Azja z Hajerem, cz.1 – Bangkok, czyli miasto aniołów

JADYMY!

Plany, plany… Próba pokonania niesamowitych odległości rowerem. Kiedy zaplanowałem podróż odezwał się znajomy Paweł, którego spotkałem w schronisku Samotnia i to on zaproponował podróż dookoła Kambodży. To on sprawdził, że jeszcze nikt nie zrobił takiej trasy. Poza tym jest szansa na audycję u króla Kambodży. To wszystko brzmiało jak bajka, ale bajka do realizacji.

Pakowanie roweru sprzętu, części zapasowych… I kiedy wszystko zostało wyciągnięte z garażu i piwnicy to ciarki po plecach przeszły. Jak ja się zabiorę? Wiem jedno: do Azji starczy tylko jeden komplet lekkich ubrań, ale w planach Himalaje, więc ciepłe kurtki i buty. Połowa zostaje w domu.

DSC09890 DSC09897 DSC09898 DSC09906

Ze mną leci znajomy z Jaworza. W planach ma Bangkok. Bilet w jedną stronę kupiony w jednym z biur podróży. Do Warszawy pociągiem, rower spakowany, więc nie muszę dopłacać za niego. W Warszawie pomaga mi przyjaciel – zapalony rowerzysta, więc autobusem na lotnisko. Pierwsza niespodzianka to opłata za rower. Większość firm lotniczych życzy sobie plus-minus 50 USD i na tyle byłem przygotowany. A tu zaskoczenie, przedstawicielka LOT z miłym uśmiechem życzy sobie 480 złotych. Proszę o informację dlaczego, przecież rower waży równo 14,5 kg. Odpowiedzi nie dostaję tylko pytanie: płaci pan czy nie? Co robić, odpalam kartę kredytową i uszy po sobie. Daimler, ogromna maszyna unosi mnie w przestworza. Maszyna LOT wyczarterowana.

Lot to ponad dziewięć godzin. Wszystko płatne na pokładzie, nawet kropli wody do tabletek nie dostaniesz. Podszedłem do stewardessy i zadałem  pytanie: dlaczego bilet nie jest droższy o jedną czy dwie butelki wody, kanapki, już o posiłku nie wspomnę? „Jest mi przykro, ale tak jest ustalone nie przez nas. Nie dziwię się, że nasz narodowy przewoźnik ledwo dyszy. Ceny w samolocie z najwyżej półki. Trudno, to ma być przygoda i taka mała niedogodność nie wpłynie na wyprawę

DSC09909 DSC09910 DSC09917 DSC09918 DSC09923

Po wyjściu z lotniska dostaję dosłownie szoku termicznego. Temperatura dochodzi do 40 stopni na plusie. Wilgotność taka, że pot oblewa cię dosłownie w ciągu jednej sekundy. Do Kao San można dostać się bez żadnych kłopotów. 150 batów plus za rower 50. Kilkukrotnie będąc w tym mieście zawsze spałem w hoteliku o nazwie DOM-OGRÓD. Właścicielka, Chinka, była bardziej łysa niż ja, więc nosiła peruki. Rano inna i wieczorem kolejny model. Zmarło się biedaczce, a hotelik zamknięty. Obok na sąsiedniej ulicy napis Villa. Koszt pokoju 2-osobowego 300 bat. Za 1 USD płacą 34,4. Wspólna łazienka, wentylator i szerokie łóżko. Ogród zadbany, klucz do furtki, więc jesteś całkowicie wolny. U Chinki zawsze ona otwierała. Pomimo wentylatora idę spać mokry i mokry wstaję.

DSC09924 DSC09926 DSC09927 Yellow Bridesmaid Dresses

Bangkok to miasto aniołów, wielkie miasto i rezydencja świętego klejnotu Indry (Szmaragdowego Buddy, niezdobyte miasto Boga, wielka stolica świata ozdobiona dziewięcioma bezcennymi kamieniami szlachetnymi, pełna ogrodów i ogromnych pałaców królewskich). Miasto podarowane przez Indrę i zbudowane przez Wiszwakarmana. I tak można bez końca dodawać tytuły oficjalne i te mniej. Odwiedzam stare kąty, w tym kawiarenkę, w której poznałem wiele lat temu Michała – autora książki „12 razy skazany na śmierć”. Nic się nie zmieniło tylko wieczorami ciszej. Dawniej wchodząc do kawiarenki unosił się słodkawy zapach znanego zioła. Kao San, ulica znana na całym świecie przez podróżników też zmieniła się. Mister pingpong szoł, marihuana, hasz i inne takie w ofercie. Obecnie nic z tego, tylko jedna propozycja: panienki i to szeptem. Kilku pijanych młodzieńców, kawiarenki pustawe, ale jedzenie na ulicy to radość dla podniebienia. Władze robią wszystko by Tajlandia kojarzyła się z bajkowymi plażami, zabytkami, wypoczynkiem, a nie z panienkami czy narkotykami. Dla mnie ważne są informacje jak wydostać się z Bangkoku rowerem.

DSC00069 DSC00076 DSC00092 DSC00097 DSC00109 DSC00112 .

W samym centrum Bangkoku są ścieżki rowerowe, ale w dzień nikogo nie widziałem. Upał ponad 40 stopni skutecznie zmienia zapały rowerzystów. Nocą ciemną spotkałem tylko dwóch miejscowych, którzy naciskają na pedały. Rozmawiam z miejscowym i tu dowiaduję się, że wydostanie się z Bangkoku to niemądry pomysł. Decyzja: do granicy z Kambodżą autobus.

DSC00060 DSC00061 DSC00123 DSC00253 red carpet prom dresses DSC00365 red carpet dresses for sale DSC00380 DSC00260

Na Kao San bilety do Phnom Pen zaczynają się od 750 do ponad 1000. Na dworcu 450 bat. Autobus nocny, więc odpada koszt noclegu. Kierowca jak zwykle próbuje dorobić i każe mi dopłacić za rower. Mój bagaż jest mniejszy niż niejednego pasażera, więc tylko uśmiecham się i kierowca odpuszcza. Rano śniadanie w cenie biletu: ryż z kurczakiem i butelka wody mineralnej w autobusie. Autostrady tylko pozazdrościć, kilka kilometrów od granicy autobus zatrzymuje się i białym każą wysiąść by załatwić wizę. Ja zostaję w autobusie. Pani, która namawia bym kupił wizę w tym biurze, bo na granicy będę miał kłopoty. Odpowiadam, że to mój problem.

Turystów skasowali po 50 USD, a koszt wizy na granicy to 30. Kolejna niespodzianka na samej granicy – namiot i informacja, że należy pokazać szczepienia na malarkę. Zgodnie z prawdą mówię, że nie posiadam, bo takowych szczepionek nie ma. No to tabletki poprawia się pani w mundurku. Idę do urzędnika na granicy i okazuje się, że nie mam kartki z lotniska. Dostaję jeszcze jedną i proszę urzędnika o pomoc w wypisaniu, bo okulary gdzieś na dnie plecaka. Pieczątka i dalej z bagażem na stronę Kambodży. Tam kolejni proponują zezwolenia na pobyt w cudownym miejscu za jedyne 10  USD, w tym pozwolenie na przebywanie w strefie malarycznej. Klnę szpetnie, ale to nikogo nie odstrasza i naganiaczy znów więcej. Płacę 30 USD. Uff jestem w Kambodży!

Ciąg dalszy nastąpi…

Dodaj komentarz przez Facebook

komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *