Buntownik z wyboru

Pogoda marzenie. Patrząc na wczorajsze prognozy spodziewałem się sprzyjającej aury, ale świecące słońce, suchy asfalt i dodatnia temperatura przeszła moje oczekiwania. Jak co niedziele w planie miałem trening z lokalnymi mastersami, jednak biorąc pod uwagę zbliżający się sezon MTB wybrałem się na moim rowerze górskim. Porządnie napompowane opony i pedały szosowe miały ułatwić mi moją męczarnie. Jak się udało? Przeczytajcie sami!

Nie raz już zachwalałem mojego Authora Instincta, który po mały tuningu waży niewiele ponad 10kg. Może jak na carbonowe Introverty chłopaków z DSR to marny wynik, ale w końcu moja rama jest aluminiowa i tak bardzo podoba mi się jej kolor, że póki co nieprędko zamierzam ją zmieniać. Napompowałem moje Panaracery Razer XC na 4 atmosfery, zablokowałem widelec  i wyruszyłem w trasę. Tak, jak się spodziewałem, większość chłopaków przyjechała na rowerach szosowych lub przełajowych.  Nie zraziło mnie to zbytnio, bo przecież wybór roweru był świadomy, miałem nadzieję ostro potrenować, a także przestawić się po części na „nową pozycje”. Pierwszy wyścig już za niecały miesiąc, więc trzeba przeprosić się z rowerkiem wyścigowym i zacząć na nim coraz więcej jeździć. Póki co będą to treningi na szosie, ale z czasem zamierzam coraz więcej wjeżdżać w teren.

Wracając do samego treningu, to nie było źle. Przyznam od razu, że zmiany dawałem relatywnie krótkie, ale za to nie miałem większych trudności z utrzymaniem się w grupie. Jedyne problemy to brakujące przełożenia w korbie/kasecie i zbyt szeroka kierownica, która przy jeździe w szosowym peletonie może być lekkim zagrożeniem dla innych kolarzy. Jednak odbyło się bez większych przygód, a prawie 100km w siodełku innego roweru niż szosowy dobrze mi zrobiło. Bez dwóch zdań najbardziej pozytywną rzeczą były szosowe pedały spd, które bardzo ułatwiły jazdę i przyśpieszenia. Gdyby nie to, że bloki podatne są na łatwe zniszczenie, a samo wypinanie nie jest tak łatwe jak przy górskich pedałach, to z wielką chęcią sprawdziłbym ich działanie na maratonie lub wyścigu xc. Wiem, że z takiego patentu korzysta Marek Rutkiewicz, z którym miałem okazję startować w kilku akademickich wyścigach.

Dużo niższe tempo na dzisiejszym treningu, to też z pewnością zasługa tego, że zawodnicy Dobrych Sklepów Rowerowych grzeją się teraz na zagranicznych zgrupowaniach. Mówię tak oczywiście z lekką przekorą, bo wiem, że chłopaki nie oszczędzają się i wykorzystują każdy dzień spędzony w sprzyjającej do jazdy pogodzie. Paweł Wiendlocha od piątku trenuje w Chorwacji, gdzie z tego co sprawdzałem temperatury dużo bardziej ułatwią regularne treningi, niż te które panują u nas. Nie należy się jednak poddawać i pamiętajcie, że połowa sukcesu to dobre chęci. Zawsze jak ktoś mi marudzi, że sukcesywny trening ogranicza mu kiepska pogoda lub słaby sprzęt, to przytaczam mu postać Graema Obree. Do bicia rekordu w jeździe godzinnej na czas przygotowywał się na tanim, marketowym rowerku, a sam wynik osiągnął na skonstruowanym przez siebie rowerze, do którego wykorzystał m. in. części z pralki! Tak więc, powodzenia w treningach i pamiętajcie – „siła!”

Dodaj komentarz przez Facebook

komentarzy

2 comments on “Buntownik z wyboru

  1. Rowerzysta 7 marca 2011 at 14:58

    Graeme Obree – a nie Graham!

  2. Maciek 8 marca 2011 at 21:52

    poprawione, dzięki:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *