Hajerowe Santiago de Compostela, cz.1 – Jadymy!

Długo odkładana podróż rowerowa w kierunku Santiago de Compostela. Zawsze coś wyskoczyło – a to inny kontynent, problemy  zdrowotne… W końcu przygotowania trwały tylko dwa  tygodnie. Dałem ogłoszenie czy jest ktoś chętny na trasę, tym bardziej, że postanowiłem trzymać się poza opisanymi trasami z planem wyznaczenia swojego autorskiego szlaku. To w dużej mierze mi się udało. Na ogłoszenie odpowiedział „DYPLOMOWANY” – tak go będę nazywał do czasu rozstania. Dyplomowany dlatego, że po angielsku znał trzy słowa, ale dyplom ukończenia kursu posiadał. Zawsze z dumą podkreślał, że nie ważne ile się umie – ważne, że jest dokument.

Dyplomowanego spotkałem kilka lat temu podczas podróży nad morze Czarne. Podłączył się i został. Miał garnek, na którym gotował, ale denko odpadło ze starości i rozpaczał, że nie ma na czym gotować.

Pod jednym z bogatych rumuńskich domów była buda dla psa i pod nią dwie miski,więc Dyplomowany pożyczył od piesków miski  -pies do dziś wyje pod budą, a Dyplomowany ma miski i trzaska nimi z samego rana. Ot taki budzik. A zarazem gdy okazywał niezadowolenie to też nimi trzaskał, dodając polszczyznę: ,,k…a!”

Rower Author 29 Dexter był już sprawdzony w boju podczas wyprawy w góry Kirgistanu. Wymieniłem tylko wkłady do hamulców hydraulicznych. Łańcuch co prawda ma za sobą 7 tyś. km, ale stan prawie idealny – postanowiłem, że jeśli padnie to wymienię w trakcie podróży. Ciężar rozłożony na cztery sakwy firmy CORS – sprawdzone w poprzednich podróżach. Piątą sakwą jest worek tej samej marki, trzymam w nim namiot.

Dyplomowany jedzie na rowerze nieznanej mi marki. Kupił na bazarze za sześćset złotych. Do tego dwa ogromne bagażniki i wór. Ciężar – trudno  powiedzieć, nie mogłem go podnieść. Postanowiłem pierwszy kawałek  do Czechowic-Dziedzic podjechać lokalnym pociągiem, tym bardziej, że Dyplomowany jedzie z Lublina.

DSC03694

Dworzec w Katowicach posiada ruchome schody, więc wjazd na peron ułatwiony. Kolega wprowadził swój bolid pod schody i tylko przód ruszył, od razu fiknął koziołka do tyłu, przykrywając Dyplomowanego. Jedzie bidula na schodach nakryty rowerem, biegnę by mu pomóc, ale nie potrafię zdjąć tej maszyny, bo ciężar przekracza moje możliwości. Na szczęście ktoś zatrzymał schody i ludzie pomogli Dyplomowanego wyciągnąć z pułapki. Podróż schodami skończyła się na otarciach i siniakach. Jak się później okazało, miał z sobą ze trzydzieści puszek paprykarza szczecińskiego i drugie tyle innych. Do tej pory dziwię się, że rower wytrzymał tak ogromny ciężar. Worek, w którym trzymał to wszystko rozwiązał  się i puszki tańczą na dworcu. Ludzie skaczą jak pingpongi między puszkami, a ja słyszę tylko: „Nie pomagaj mi, ratuj moje zapasy bo ukradną!” Oczywiście cała ta sytuacja wzbudzała w ludziach śmiech…

W drodze do Cieszyna zjadł trzy paprykarze i bochenek chleba, ale bardzo szybko dokupił pięć puszek, by nie brakło. Mówię mu, że tu Europa i jedzenia nie powinno braknąć. Tylko burknął: „oj tam, oj tam”.

DSC03710 DSC03712DSC03704 DSC03714

Pierwsza mżawka i deszcz towarzyszy nam do samego Cieszyna. Tu jesteśmy umówieni z moim przyjacielem Andrzejem i Beatą. Zupa z bażanta, a na drugie danie sam bażant. Pyszności. Wiem jedno – szybko znów takie cudo się nie zdarzy. Dyplomowany zjadł swoją porcję, połowę mojej, beknął i zasnął. Pod samym mostem granicznym czekamy aż otworzą kantor. Mój kompan chce kupić korony. Kręci się tu i tam, w końcu pod mostem zostawił wizytówkę w postaci przetrawionej kolacji. Przypomniało mi się, że ma taki zwyczaj dziękowania. Na Słowacji przyjął nas właściciel pięknego domu z basenem i ogrodem, który był oczkiem w głowie gospodyni. Tam pozwolili nam rozbić namiot. Rano słyszę stękanie otwieram namiot, a tam Dyplomowany drukuje wizytówkę. Jak nie krzyknę: „co ty robisz?!” A on z rozbrajającą miną mówi: „srom”. No tak, widzę. Ale tak  chcesz podziękować gospodarzom? A już mi to zabieraj! Nawet się nie zastanawiał. Wziął zawartość w dwie dłonie i z rozpaczą w oczach pyta co ma teraz z tym robić. Jak  co? Wyrzuć za płot na pole. I wyrzucił, ale rączki cale w czekoladzie i idzie umyć w basenie. Znowu  interweniuję… O dalszych czekoladowych przygodach Dyplomowanego w kolejnej części. Jedynie wymogłem na nim by przykrył prezent liśćmi.

W strugach deszczu docieramy do Fredek Mostek. Droga nie oznakowana w prawo kieruje na autostradę, a w lewo w niewiadomym  kierunku. Widzę, że na autostradę nie ma sensu. Dyplomowany namawia by jechać, bo w Serbii jechał autostradami i nic się nie stało. Nawet nie podjąłem decyzji, gdy na sygnale podjechała cywilna Skoda z kogutem na dachu. Stała ze sto metrów powyżej.

– Dzień dobry – mówi umundurowany policjant. – Będzie  pokuta  za  wjazd  na autostradę.
– Po pokutę dopiero jadę do Hiszpanii – próbuję żartować.
– Dwa tysiące koron kary od osoby – usłyszałem. I to gotówką. Tu co prawda miałem z tysiąc koron, ale tłumaczę, że dziś niedziela, więc nie ma gdzie wymienić. Zabrano paszport i w samochodzie wypisali po tysiąc. Próbuję jeszcze zagadać, by wytłumaczył mi jakie przestępstwo popełniłem, ale szkoda gadać. W odpowiedzi szczerze do bólu powiedział mi, że polują na Polaków, bo ich nie lubią. Odjechali, a w ręku został mandat. Dyplomowany od razu potargał puszczając wiązankę melodycznych słówek spod Lublina. Nie wszystkie zrozumiałem.

hajer-mandat

Ruszamy w strugach deszczu. Co tu kryć, tym razem na deszcz byłem dobrze przygotowany – na nogi worki foliowe z Biedronki, do tego płaszcz przeciwdeszczowy. Po drodze mijają nas samochody dodatkowo oblewając nas obficie wodą. Dalsza jazda nie ma sensu, bo widoczność spadła prawie do zera. Prawie całe popołudnie siedzimy na przystanku autobusowym.

DSC03719 DSC03720 DSC03721 DSC03725 DSC03726

Późnym popołudniem docieramy do Nowego Jiczyna. Przed samym rynkiem otwierają się drzwi posesji i wychodzi chłopak z dziewczyną. Wypychają rowery. Pytanie dokąd jedziemy i od razu zostajemy zaproszeni na nocleg i kolację. Radość, bo na strychu mieli suszarnię do ubrań, więc kolejnego dnia wszystko suche jak pieprz. Rozmowa do późnych godzin nocnych przy czeskim piwie. Dyplomowany po kąpieli od razu zasnął, ale tylko na moment. Paprykarze były już dawno po terminie, więc gonił całą noc do toalety. „Szczęśliwej drogi” – słyszę od moich nowych znajomych. Zapraszam z rewizytą do Katowic.

Nowy Jiczyn – miasto powiatowe w Czechach w południowo-zachodniej części kraju morawsko-śląskiego. Liczba mieszkańców: ok. 23 tys., a powierzchnia ok. 44 km². Jest częścią przemysłowej aglomeracji ostrawskofrydeckiej. Gospodarka to przede wszystkim przemysł lekki i rolnictwo.

Miasto położone jest nad rzeką Jičínką, prawym dopływem Odry. Administracyjnie podzielone jest na 7 dzielnic, z tego niektóre wyraźnie o charakterze wiejskim. Zabytkowe Masarykovo Namesti jest historycznym centrum Nowego Jiczyna. Ponadto znaną atrakcją turystyczną miasta jest słynne w całych Czechach muzeum kapeluszy mieszczące się w dawnym zamku.

Starszą osadą od Nowego Jiczyna był Stary Jiczyn, w przeszłości istotne centrum dla rozwijającego się w XIII wieku zakątka Moraw w trójkącie między Odrą, Ostrawicą a pasmem Radhošťa Beskidu Śląsko-Morawskiego. Nowy Jiczyn został po raz pierwszy wzmiankowany w 1313.

Według austriackiego spisu ludności z 1900 roku Nowy Jiczyn miał 12003 mieszkańców, z czego większość (10654) była niemieckojęzyczna a mniejszość (1088) czeskojęzyczna, pod względem religijnym większość stanowili katolicy (11560), znaczniej mniej było Żydów (253) i ewangelików (186)[1]. Było to wysunięte najdalej na południowy wschód miasto zwartego osadnictwa niemieckiego od strony Sudetów i jako takie było częścią Kraju Sudeckiego.

DSC03732 DSC03735 DSC03739 DSC03740 DSC03743 DSC03744 DSC03745 DSC03746 DSC03747 DSC03748 DSC03749

Chmury towarzysza nam do samego Ołomuńca, ale burze przelewają się nad Polską, więc czym dalej od granicy tym lepsza pogoda. Postanowiłem, że minimum podczas tej wyprawy to sto kilometrów dziennie.

Ciąg dalszy nastąpi…

Mieczysław Bieniek - Hajer

Mieczysław Bieniek - Hajer

Łowca przygód, podróżnik, emerytowany górnik z Katowic.
Mieczysław Bieniek - Hajer

Dodaj komentarz przez Facebook

komentarzy

1 comment on “Hajerowe Santiago de Compostela, cz.1 – Jadymy!

  1. Maria 24 października 2015 at 12:12

    NARESZCIE -jak zwykle czekam na opowieści z trasy, Marysia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *