Kierunek Azerbejdżan – cz. 7

JADYMY! Kiedyś Miczurin teraz Carewo ostatnia miejscowość nad Morzem Czarnym po stronie Bułgarii. Czas stanął w miejscu czyli początek lat osiemdziesiątych. Odwiedzam kilka hoteli – nic się nie zmieniło nawet farba ta sama. Odpadające tynki, stare karuzele i huśtawki, ale nikomu to nie przeszkadza, tu odpoczywają Bułgarzy z mniejszym portfelem. Piwo, małe rybki i frytki to podstawa w budkach. Nie ma znanych firm jak McDonald to i dobrze. Po drodze w kierunku granicy z Turcją dwa molochy czyli hotele próbujące naśladować Egipskie kurorty….. z marnym skutkiem, bo pustki. Środek sezonu i pusto, ale też usytuowanie hotelu to pustynia na której nic nie oferują.

Mijam rzekę Ropotamu…. Kiedyś nad tą rzeką były ośrodki dla władz Bułgarii i sekretarzy partii szczelnie ogrodzone płotami i budkami wartowniczymi. Teraz zaglądam w te luksusy, marne nijakie pokoje o łazienkach nie wspomnę. Nie wiem czego im zazdroszczono, chyba że zakrapianych imprez i opowieści ile dzików i saren tam zastrzelono. Dziczyznę dowożono w stanie żywym z Rumunii i Rosji tirami raz w tygodniu, więc było w co strzelać. Na noc rozbijamy namioty u Iwany, pracowała kiedyś w ośrodku Żiwkowa. Dobrze go wspomina bo jedzenie, a raczej resztki z pańskiego stołu, mogła do domu zabrać i tylko tyle żeby je dostać musiała zapisać się do partii i służby specjalnej. Raportowała co myślą sąsiedzi. Pytam czy pisała donosy? – „Nie”  słyszę w odpowiedzi,  bo pisać nie potrafi do dnia dzisiejszego. Mówiła bzdury, a oficer zapisywał za co dostawała butelkę koniaku i pieniądze.

Z „oj tam” coraz trudniej się jedzie. Zbieram po nim codziennie rano papiery i puszki, a szczytem bezczelności było jak zdjął gacie i chciał sypnąć klocka do ogródka Iwany. Ciągle  słyszę „ja tędy więcej nie pojadę więc co mi tam” – szlak mnie o mało nie trafił. W Carewie jedną z głównych atrakcji były majtki „oj tam, oj tam” . Kiedyś w czarnym kolorze teraz żółte z tyłu, wyblakłe od klejnotów z przodu z jednym jajkiem na widoku. Proponowałem mu, że kupię mu kąpielówki bo Polską flagę wiozę i obciach niebywały. Nic z tego, obraził się bo majtki to jego sprawa.

Góry, góry w kierunku przejścia granicznego w Malko Tarnowo. Rower „oj tam” rozsypuje się więc szuka części, bo przerzutki przestały działać. Umawiamy się, że poczekam na granicy z Turcją do wieczora jeśli go nie będzie jadę sam. Pcham się w kierunku granicy. Mgła, siąpi deszcz i na parkingu Turcy częstują mnie plackami z serem i zapraszają do siebie do domu.

Na granicy jeszcze po stronie bułgarskiej stare rampy służące kiedyś do prześwietlenia samochodów. Jakieś dziwne budki nie wiadomo komu i czemu służyły. Samo przejście nowoczesne. Wymieniam resztę pieniędzy i czekam na partnera. Pogranicznik przyszedł pogadać zaprosił na kawę.  „Oj panie, kiedyś żeby przejechać tą granicę czekali po dwie doby. Teraz pusto przez dwie godziny nikt się nie pokazał. Po 19 dniach jazdy jestem na granicy z Turcją. Zakaz fotografowania Tureckiej granicy słyszę i widzę żołnierza z bronią by udać się w kierunku celnicy. Pieczątka, kupienie znaczka i zamknięty kantor wymiany. Od razu radość bo droga nówka i z góry na liczniku 70 km na godzinę. Lekki strach przed prędkością. W miejscowości Leukaraz wymieniam pieniądze. Pierwszy kebab 2 euro, tyle samo paliwo czyli piwo. Kupa kasy, więc zaciskanie pasa. Przed Stambułem widzę bazę windserfingu, więc balsam na moje serce. „Jestem z Polski i jestem pasjonatem deski z żaglem czy mogę chwilę zostać w waszym klubie?”. Od razu zaprosili nas do środka. Kolacja i opowieści o siłach wiatrowych. Zwiedzam cały ośrodek i podziwiam hangary na sprzęt. Korzystam też z okazji łapię kilka ślizgów ale wiatr słaby. Witaj Turcjo!

Jestem nad morzem Marmara, trochę mnie śmiech ogarnął bo panie ubrane w kondony od głowy po stopy. Szczelnie zasłonięte by nie narażać odpoczywających Turków na niepotrzebny stres. To miejsce dla bogatych z Istambułu odpoczywających w cieniu palm daleko od biznesu i turystycznej stonki. Przed wjazdem do takiego miasteczka jest ochrona, tam nie każdy może zawitać. Piękne wille, większość pusta, bo to środek tygodnia. Pytanie „Skąd?” – „ Z Bulanda” – odpowiadam i szlaban idzie w górę. Robię fotki. Natychmiast ochrona chce mnie przegonić, ale jeden wypoczywający nakazał dać mi spokój. Okazał się być policjantem w randze majora. Klepie po ramieniu tysiące kilometrów na rowerze i z podziwem pyta o markę i gdzie rower wyprodukowano. Mówi, że kupi taki sam CDN

Dodaj komentarz przez Facebook

komentarzy

5 comments on “Kierunek Azerbejdżan – cz. 7

  1. Renia 6 grudnia 2012 at 11:25

    Pozdrawiam Mietku jeseś Wielki Twoje wyprawy to magia życzę samych cudownych wypraw wracaj zdrów do Nikiszowca

  2. Papuga 6 grudnia 2012 at 11:44

    Dobry „towarzysz podróży”, jest też ważny. Są „ludzie i ludziska”… Rozumiem Twoje niezadowolenie z „numerów” jakie robił. Mam podobne do Twojego poczucie porządku i…”polskości”…
    Jak na razie /czytając do tego momentu/ , oprócz zmęczenia i względnej ludzkiej życzliwości , nic się nie dzieje. Oglądałam zdjęcie , które zrobiłeś po wyjściu ze szpitala w Gruzji. Niech Cię spotykają sami życzliwi i serdeczni ludzie. Zaś /na przyszłość/ towarzyszy podróży dobieraj sobie według własnego kryterium, nie przypadkowych. Życzę zdrowia, wielu miłych wspomnień.

  3. makzak 8 grudnia 2012 at 15:42

    Zabrze śledzi trasę. Podziwiamy i trzymamy kciuki, zazdroszcząc formy i zacięcia. Do zaś.

  4. rmaniak 31 grudnia 2012 at 16:15

    Witam,
    Podziwiam. Niesamowita wyprawa i zdjęcia. Czy będzie ciąg dalszy?
    Pozdrawiam

  5. halina z Łodzi 29 stycznia 2013 at 11:57

    no i zmiana klimatu..kulturowego! I widze,że wszyscy są pełni podziwu dla Twego wyczynu rowerowego…tysiące kilometrów na rowerze. Szybko czyta się te relacje,a przecież to jest tysiące ,tysiace przekręconych kółek….

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *