Mama i Ja. Bałtyckim szlakiem rowerowym – cz. 3

Kolejne przygody naszych Pań przed nami. Tym razem czeka Nas sporo kulinarnych specjałów i miłych chwil spędzonych na plaży. Padnie kilka rowerowych rekordów, a także odwiedzimy miejsca pełne zabawy, w których Jaśminka udanie spędzi czas. Łazy, Darłówek,  Dąbki i Jarosławiec czekają na odkrycie!

Dzień 7: Łazy

W siódmym dniu wyprawy odpoczywamy ;-) Może nie do końca, bo muszę koniecznie zrobić “przepierkę” (słowo to pokochałam odkąd zobaczyłam w Indiach codzienny rytuał “przepierki” w Gangesie odprawiany przez hinduskie kobiety o poranku). Wujostwo udostępnia mi kultową pralkę “Frania”. Przypominają mi się czasy dzieciństwa. Mama często prosiła mnie o pomoc przy opróżnianiu wody z pralki po skończonym praniu. Kontrolowałam ujście wody z węża, żeby się nie przelało w wiaderku – niezła fucha ;-) Po takim intensywnym tempie podróży – pedałowania i zwiedzania z dzieckiem – ten przystanek w Łazach działa kojąco zarówno na mnie, jak i na Jaśminkę.


Czujemy się “jak u Pana Boga za piecem” – ciocia Wanda piecze specjalnie dla nas legendarny drożdżowiec (znany chyba w całych Łazach), kosztujemy świeżo wędzonego łososia i pstrąga, wujek Andrzej sypie żartami, Jaśminka bawi się z kuzynką Nadią… Doceniamy każdą chwilę dnia ciepło myśląc o gospodarzach, którzy tak serdecznie nas goszczą. Jest też trochę błogiego plażowania w słońcu, niezbyt długo, bo popołudniu pada deszcz. Jutro czeka nas dość spory kawałek drogi do Jarosławca – ok.60 km. Musimy naładować akumulatory na dalszą podróż. W końcu półmetek za nami! :-D

Dzień 8: Łazy > Jarosławiec

Tak się przyzwyczaiłam do pedałowania, że z radością po całym dniu przerwy wskakuję na rower. Naprawdę mi tego brakowało! Czuję się znakomicie z tym całym majdanem na bagażniku i małą pasażerką. Co ciekawe, nie spotkałam jeszcze na trasie tak obładowanej rowerzystki jak ja – z sakwami i dzieckiem. Zresztą o ile w Świnoujściu mijałam tabuny cyklistów (od typowo rekreacyjnych po długodystansowców z wypchanymi po brzegi  sakwami), o tyle teraz spotykam pojedyncze egzemplarze amatorów takiego wypoczynku. Na R10 rzadko mijam obładowanych ludzi na rowerze. Raczej przeważnie poruszających się między położonymi blisko siebie miejscowościami.


Wyjeżdżam z Łaz pakując wcześniej w sakwy świeżutkie, czystością pachnące ubrania (akurat starczy mi ich na kolejny tydzień wyprawy). Szkoda, że nie ma tutaj ścieżki rowerowej wzdłuż wybrzeża do Dąbek. Trzeba nadrobić trochę kilometrów szlakiem R10 biegnącym na tym odcinku przez wioski. Pogoda jest doskonała na podróż – trochę słońca, trochę wiatru, przelotny deszczyk kilka razy nas omija. Mijamy łąki z pasącymi się krowami, gospodarstwa popegeerowkie, przydrożne sklepiki spożywcze, łany zboża i jednego na tej trasie cyklistę z sakwami… W Dąbkach rozpływam się w sentymentach. Bardzo często przyjeżdżałam tu z rodzicami na wczasy. Zabieram Jaśminkę do rybaków, patrzymy na malownicze kutry z kolorowymi chorągiewkami i łódki rozstawione na plaży. Podjeżdżamy do najstarszego w Dąbkach domu rybackiego, gawędzimy z gospodynią tego miejsca.


Dalej zatrzymujemy się w Bobolinie w “Gospodzie OBORA” (za Dąbkami) na fenomenalnych “babach ziemniaczanych”. Taka baba to coś na kształt ciasta ziemniaczanego.  Zamawiam “specjał oborowy”, czyli babę pięć serów zapieczoną z camembertem, gorgonzolą i fetą, obsypaną twarogiem i wiórkami ostrego sera. Podawana jest z sosem czosnkowym i żurawiną. Polecam! Prawdziwa rozkosz dla podniebienia! Podobnie warto spróbować  baby z kawałem soczystej pieczeni wieprzowej. Mniammm! Jaśminka wcina natomiast z wielkim apetytem żurek z jajkiem i kiełbasą. Nie tylko wyśmienite dania są powodem, żeby tutaj zajrzeć. Także bardzo oryginalne wnętrze przykuwa uwagę.

Motywem przewodnim na jednej ze ścian jest tapeta z krowami naturalnej wielkości w czarno-białym wydaniu. Zważywszy na fakt, że pierwotnie była tu faktycznie obora, to pomysł na aranżację jest znakomity. Jest to jednak bardzo elegancka i z dużym wyczuciem smaku urządzona obora. Zresztą niedaleko tej knajpki mijamy wielkie pastwiska z ogromną ilością krów. Co tu dużo mówić – brawo dla tego, kto tak doskonale wydobył krowi potencjał tego terenu! Uwielbiam takie rozwiązania :-)


Dalej suniemy do Darłówka zbaczając z R10. Przejeżdżamy przez rozsuwany most (z lat 80.tych łączący Darłówko Wschodnie z Zachodnim). Obserwujemy ujście rzeki Wieprzy do Bałtyku, pływające statki wycieczkowe. Zdobywamy z Jaśminką piątą latarnię morską (do tej pory przeoczyłyśmy tylko latarnię w Kikucie). Statek Król Eryk I kusi możliwością odbycia przyjemnego rejsu, ale wyrachowany “majtek”, którego pytam o bilety (uznaję, że to majtek, bo kapitan miałby chyba większą klasę) skutecznie odwodzi mnie od tego pomysłu. Główny deptak portowego miasteczka tętni życiem – muzycy i grajkowe, przebierańcy, drobny handelek kwitnie… Jest gwarno, wakacyjnie, a całość ma nawet fajny klimat (nawet pomimo wszędzie zakradającego się kiczu). W Darłowie wpadam do Zamku Książąt Pomorskich minutę przed zamknięciem (sic!). Na tyle, że udaje mi się tylko zrobić zdjęcie w środku.


Szkoda, bo bardzo chciałam go z Jaśminką zwiedzić… Ale cóż robić. Przejechałyśmy 40 km, do Jarosławca jest jeszcze 20 kolejnych. Od Darłowa jedzie mi się ciężko, bo mam pod wiatr.  Jednak piękny widok na ogromne wiatraki rekompensuje mi wszelkie trudy drogi. I nawet gdy wjeżdżam żółwim tempem pod dużą górę, a wiatr mi wieje prosto w twarz, to i tak jest bosko! Na szczycie wiatrakowego wzniesienia czeka mnie nagroda – cudowny widok na morze. Jest tutaj naprawdę uroczo. Nie dziwi mnie wcale to, że pomimo sporej odległości od morza ludzie chętnie tu przyjeżdżają na wypoczynek. W miejscowości Cisowo natrafiamy przy drodze na duże bocianie gniazdo.  Zadzieramy głowy do góry i obserwujemy przez dłuższy czas bocianią rodzinę. Emocji jest co niemiara, bo młody bociek dopiero co uczy się latać pod okiem rodziców i przy ich wsparciu. Mały trzy razy nie trafia do gniazda, znosi go wiatr. Dopiero za czwartym razem mu się udaje. Posługuję się tą zaobserwowaną scenką, żeby tłumaczyć Jaśmince kwestie odwagi, samozaparcia, nauki samodzielności, radzenia sobie w życiu oraz roli rodziców w tym całym procesie. Mała słucha, kiwa głową z przejęciem, zda się, że rozumie w czym rzecz ;-) Żegnamy bocianią familię i mkniemy dalej R10 przez bardzo malownicze tereny -pośród wiatraków, złotych kłosów zboża i wzdłuż jeziora Kopań, nad którym przelatują stada ptaków…


Jest tu tak cicho, spokojnie, kojąco, że najchętniej rozbiłabym w tym miejscu namiot i została na noc ;-) Po tym odcinku droga do Jarosławca biegnie już ulicą, ale po pokonaniu sporej górki , przed dłuższy czas sunie się w dół. Bardzo szybko mija nam z Jaśminką trasa do Jarosławca. Akurat łapiemy się jeszcze na piękny zachód słońca przy którym turyści puszczają w niebo lampiony. O Jarosławcu niewiele wiem, nigdy tu nie byłam, ale na pierwszy rzut oka już mi się podoba. Ma swoją specyfikę… Jutro poznamy go lepiej. Tymczasem szukając jakiegoś dobrego ośrodka, w którym mogłybyśmy miło z Jaśminką spędzić czas, trafiamy do wymarzonego na wypoczynek miejsca – ALBATROS SPA & SKI. Można się tu nie tylko zrelaksować w salonie SPA czy korzystając z pięknego basenu, ale też pojeździć latem na nartach. Powstał tu pierwszy na polskim wybrzeżu całoroczny stok narciarski. Jutro będę go testować, a Jaśminka mam nadzieję, że też się będzie dobrze bawić w Akademii Małego Twórcy :-) Szykuje nam się jutro bardzo miły czas do południa. A podsumowując dzisiejszą trasę – przejechałyśmy 62 km, co znaczy, że pobiłyśmy swój rekord! Wygląda na to, że się nieźle rozkręcamy… ;-)

Dzień 9: Jarosławiec

A co tam! Zatrzymałyśmy się w tak atrakcyjnym hotelu (www.albatros-jaroslawiec.pl), że postanawiam spędzić w Jarosławcu cały dzień. Myślę głównie o Jaśmince spragnionej normalnej zabawy z dziećmi. Staram się zaspakajać podczas podróży wszystkie potrzeby właściwe dzieciom w jej wieku. Wyprawa ma być dla niej przyjemnością – w końcu są wakacje, a odrobina komfortu z pewnością nam obu nie zaszkodzi ;-)


Po pysznym bufetowym śniadaniu w Albatrosie Jaśminka bada na początek place zabaw, skacze z radości na widok dużego basenu, po czym ląduje w Akademii Małego Twórcy (czyli wakacyjnym przedszkolu). Organizowane są tu zabawy pod okiem animatora od 10 do 17:00 dla dzieci od 4 roku życia. Sala zabaw jest świetnie wyposażona, a dzieci absolutnie się nie nudzą, bo są bez przerwy zachęcane do bardzo urozmaiconych aktywności przez panią Teresę (to pedagog z prawdziwym powołaniem i niebywałą energią). Dzisiaj malują farbami, tańczą, śpiewają, mają wiele zabaw podczas których ćwiczą pamięć, koordynację, myślenie logiczne. Wśród imprez dla dzieci jest teatr lalek, dzień pirata i poszukiwanie skarbu, balik z klaunami, dzień harcerza, olimpiada sportowa. Jaśminka zaprzyjaźnia się z 4- letnią Zuzią na tyle, że absolutnie nie chce wychodzić z Akademii.


O 13:00 dla wszystkich dzieci jest podawana zupa – moja Mała zgadza się opuścić salę zabaw, ale pod warunkiem, że zje w towarzystwie Zuzi. O tej godzinie można przyjrzeć się ile rodzin z dziećmi przyjeżdża do tego hotelu na wakacje. Mnóstwo! Rodzice wybierają to miejsce właśnie ze względu na swoje pociechy. Nawet gdy nad morzem nie dopisuje pogoda, dzieci mają tu możliwość aktywnego spędzenia czasu. Baseny z podgrzewaną wodą, stok narciarski, Mini Golf, dwie sale zabaw, boisko do piłki plażowej i wspomniana Akademia Małego Twórcy. Rodzice też mogą pojeździć na stoku, skorzystać z sauny, jaccuzi, strefy SPA & Wellness; są zajęcia nordic walking, aqua aerobic, zumba, turniej tenisu stołowego, siatkówki i mini golfa. Wieczorami jest urządzane karaoke i tańce. Jedzenie jest naprawdę wyśmienite i bardzo urozmaicone. Dla najmłodszych dzieci są dostępne wszelkie przydatne akcesoria (jak podnóżki, wanienki, podgrzewacze do butelek, elektroniczna niania, przewijaki, nocniki itd.). Z czystym sumieniem polecam to miejsce dla rodzi z dziećmi.

Mała jest zachwycona wszelkimi dostępnymi tu atrakcjami na tyle, że ciężko mi ją nawet namówić na zdobywanie latarni w Jarosławcu i wyjście na plażę! Na szczęście daje się przekonać. Z latarni (pochodzącej z 1828 roku) widać panoramę miasteczka, Morze Bałtyckie, dwa pobliskie jeziora Wicko i Kopań, a w oddali wiatraki elektryczne. W przystani przyglądamy się kutrom i sieciom rybackim, kolorowym chorągiewkom trzepoczącym na wietrze. Charakterystyczne są w Jarosławcu falochrony, ustawione w taki sposób, że tworzą wydzielony teren kąpielisk. Fale są dzisiaj ogromne, morze szaleje.

Po południu gramy z Jaśminką w golfa, a potem zakładamy narty i próbujemy sił na stoku narciarskim w Albatrosie. Nie sądziłam, że jazda na takim sztucznym stoku jest tak wyczerpująca! Przynajmniej dla mnie. Ale zgodzę się z tym, że to idealne miejsce treningowe, żeby szlifować technikę jazdy na nartach. Mała szybko kapituluje, bo trudno jej się przemieszczać w nartach (chyba jest jeszcze faktycznie za mała), a ja ostro próbuję swych sił na stoku. W końcu też rezygnuję. Jaśminka już mnie wyciąga na zabawę przed hotelem. Dzisiaj urządzane jest grill party. Muzyczka Czesława Mozila, tańce, grzaniec. Jaśminka jest w swoim żywiole, a ja wciągam się w wir rozmów z “wczasowiczami”. Czuję się tutaj trochę jak przelotny ptak… Jutro zregenerowane wyruszamy w dalszą trasę :-)

Dodaj komentarz przez Facebook

komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *