Mama i Ja. Bałtyckim szlakiem rowerowym – cz. 4

Po małej przerwie ruszamy dalej wzdłuż polskiego wybrzeża.  W dzisiejszej części podróżujemy przez takie miejscowości jak: Jarosławiec, Ustka i Rowy. Odwiedzimy m.in agroturystykę ściśle powiązaną z hodowlą pszczół, zdobędziemy kolejną latarnie morską i na krótko zamienimy się w prawdziwych piratów!

Dzień 10: Jarosławiec > Ustka

Nie wiem czy to za sprawą wyśmienitego  śniadania, czy całodziennej regeneracji w Albatrosie, ale dzisiaj sunę R10 jak dzika! Są na trasie momenty, gdy rozwijam prędkość 36 km/h (jadąc z górki – to mój rekord), natomiast średnia jest całkiem dobra, bo ok. 24 km/h. Czuję się na rowerze jak bogini, dla której nie ma rzeczy niemożliwych. Ale po kolei…

Począwszy od Jarosławca przejeżdżamy przez Jezierzany, a dalej Łącko. Tu uwagę moją przykuwa kościół z XV wieku. Wioseczka jest tak urokliwa, że mam ochotę pogawędzić z jakąś babuszką. Przed jedną z charakterystycznych dla pomorza chat szachulcowych, zbudowaną na szkielecie drewnianym wypełnionym gliną niewypalaną, siedzi starowinka. Zagaduję ją i opowiada mi część swojej historii życia (mieszka w tej wiosce od 1968 roku), trochę bajdurzy o remoncie kościoła i co warto byłoby w nim wyremontować, o kwiatach w ogrodzie… Wiele jest w wiosce domów szachulcowych (w kratkę), a niektóre z nich są naprawdę stare – z 1830r. czy z 1840r. (w którym mieszkał książę Bogusław X). W takim domu zbudowanym z drewna i gliny podobno bardzo dobrze się mieszka, zapewnia wspaniałe warunki mikroklimatyczne, a dodatkowo jest to bardzo tanie i ekologiczne rozwiązanie. Taki typ budownictwa kojarzy się jak za króla Ćwieczka, ale jak się okazuje w wielu krajach europejskich realizowane są projekty budowy domów z  użyciem gliny niewypalanej.

Dalej śmigamy R10 małymi wioseczkami przez Korlino, Królewo, Zaleskie. Od początku dnia pogoda jest niepewna, wciąż uciekamy przed chmurami. Ale jedzie się doskonale, z wiatrem wiejącym w plecy. Czasami zdarza się jakiś “boczniak” i  wtedy jest mi gorzej panować nad rowerem, ale daję radę. Odczuwam jakiś przedziwny przypływ sił witalnych. Piękne widoki dodatkowo ładują mnie dobrą energią. Mijamy po drodze czaple na łące, boćki, zające… Mimo, że czarne chmury krążą gdzieś w pobliżu, nam przyświeca słońce. W pewnym momencie zbaczam z R10 i jadę 2 km dalej po wyboistej drodze do wsi Krzemienica.

Przeczytałam, że jest tam bardzo ciekawe miejsce – Gospodarstwo Agroturystyczne Pasieka Wędrowna Barć. Mamy szczęście, bo właśnie wtedy gdy dojeżdżamy (brama jest otwarta, więc śmiało ładujemy się do  środka z rowerami) zaczyna padać. Generalnie na zwiedzanie trzeba się umawiać telefonicznie, ale  gospodarze tego miejsca – Państwo Grażyna i Leszek Onisiewicz – witają nas wspaniale zgodnie z zasadą “gość w dom, Bóg w dom”. Dzięki temu poznajemy niesamowitych ludzi! Jestem urzeczona ich energią, pasją, poczuciem stylu, pomysłem na życie, serdecznością… Pani Grażyna przez 30 lat pracowała jako nauczycielka, po czym w 1996 roku postanowili z mężem przeprowadzić się na wieś do Krzemienicy i zająć się pszczołami. Z działalności tej zrobili mistrzostwo świata! Każdy zakątek tradycyjnej zagrody chłopskiej z I połowy XX wieku,  zbudowanej w systemie szachulcowym, tętni życiem i jest świetnie zagospodarowany. Zresztą Państwo Onisiewicz dokonali rzeczy wydawałoby się niemożliwej, bo cały remont i odrestaurowanie tej, łącznie ze stylowym urządzeniem pokoi mieszkalnych, zajęło im zaledwie 100 dni!!!  Są dla mnie absolutną inspiracją do życia i przykładem na to, jak wiele można zdziałać dzięki pracy i pasji. Grunt to mieć dobry pomysł na zajęcie dla siebie, móc się nim dzielić z innymi (nazywam to użytecznością społeczną), czerpać z tego przyjemność i jeszcze zarabiać na życie.

Pani Grażyna oprowadza nas z Jaśminką po swojej magicznej przestrzeni. Pokazuje nam mnóstwo ciekawych rzeczy związanych z pszczelarstwem, m.in. kompletny strój pszczelarza, pasiekę, ramki z miodem, przepiękne wyroby z wosku pszczelego. Jest i drewniana figura św. Ambrożego – patrona pszczelarzy. Przyglądamy się rodzinie pszczelej w szklanym ulu obserwacyjnym. Oprócz pszczółek na terenie gospodarstwa są konie, wiele odmian papug i przyjazny pies Bazyl. Po sąsiedzku bociany wychowują swoje potomstwo. Wędrowna Barć zdobyła wiele nagród za swoją działalność edukacyjną, promocję dziedzictwa kulturowego Pomorza oraz pyszny miód (rzepakowy, lipowy, wielokwiatowy, gryczany i wrzosowy) i nalewkę “Onisiówkę” (pierwszą na Pomorzu tradycyjną nalewkę). Charyzmatyczna pani Grażyna częstuje Jaśminkę słoiczkiem miodku, a mi daje do posmakowania sławetnej nalewki. Pychota! Na koniec w prezencie dostaję od niej małą buteleczkę tego cudnego trunku :-) Będąc z nią czuję niebywały przepływ energii i to spotkanie zaliczam do tzw. “magicznych”, inspirujących, bo rozmawiamy nie tylko o pszczelarstwie, ale o szeroko pojętym życiu, o miłości, relacjach, pomysłach na życie… Szkoda, ze czas tak szybko płynie… Najchętniej zostałabym u nich na kolacji, bo dom – do którego zaprasza mnie Pan Leszek – jest niesamowity! Pod dachem starej szachulcowej zabudowy kryje się niesamowity czar! Wnętrze promieniuje takim smakiem i stylem, na ścianach wiszą zdjęciach dostojnych przodków z linii Onisiewiczów. Żal stąd wyjeżdżać! Pomimo, że byłyśmy niezapowiedzianymi gośćmi poczułyśmy się w tym miejscu tak wyjątkowo.

Akurat deszcz przestaje padać i możemy jechać dalej. Zamiast wracać na R10, jedziemy jeszcze 2 km dalej do Swołowa, gdzie znajduje się muzealna Zagroda Albrechta – przykład typowej czworobocznej zagrody zamożnego chłopa, jakie występowały m.in. na Pomorzu w XIX i XX wieku. Poznajemy życie jakie się prowadziło w takiej w wiejskiej zagrodzie. Przemykają tu stada gęsi, jest bardzo oswojona koza, owce, konie, krowy…  Jest też bociek Olo ze złamanymi skrzydłami (biedak). Jaśminka znajduje sobie towarzystwo dzieciaków i włącza się wraz z bandą do akcji ratowania malutkiej jaskółeczki, która wypadła z gniazda. Na koniec raczy się pysznymi pierogami z kaszą jaglaną i serem oraz plackiem ziemniaczanym z mięsem w Gospodzie pod Wesołym Pomorzaninem. Choć potraw nie tylko kilka, to mamy pewność, że wszystko jest świeżo przygotowywane.

Po tym spotkaniu z wiejskim życiem żegnamy Swołowo. Jest tu wiele tego typu zagród, co tworzy wyjątkowy klimat. Na domach widnieją tabliczki z informacją “sprzedam świeże jaja”… Dwóch panów przed spożywczakiem pociąga lokalne piwko z butelek… Ruszamy dalej. W Pęplinie mijamy malownicze stosy ze słomą, które pięknie kontrastują z granatem nieba. Oświetlenie jest przy tym ciepłe, bo słońce już powoli zniża się ku horyzontowi.

Mkniemy polami, już R10. Przed Ustką trasa robi się trudno przejezdna. Walczę z różnymi przeszkodami na drodze, począwszy od trudnego wjazdu na mostek (ledwo daję radę), a skończywszy na błocie, wystających korzeniach i stromych podjazdach. Jest ciężko, co tu mówić. Tym bardziej cieszę się, gdy dojeżdżamy już do centrum Ustki. Kieruję się od razu do hotelu Lubicz ****Wellness & SPA (www.hotel-lubicz.pl). Zdobył on wiele wyróżnień i rekomendację “Forbes”, a co mnie interesuje reklamowany jest jako przyjazny rodzinie. Dlatego właśnie zamierzam go przetestować.

Dzień 11: Ustka > Rowy

Wczoraj przejechałyśmy 48 km. Jak tylko przekroczyłyśmy próg  pokoju w hotelu Lubicz w Ustce oddałyśmy się błogim przyjemnościom w myśl łacińskiej sentencji “Otia post negotia” (“Odpoczynek po pracy”). Na dodatek trafiła nam się ostatnia wolna “komnata”, czyli piękny apartament, w którym po negocjacjach mogłyśmy spędzić jedną z najprzyjemniejszych nocy podczas tej podróży. Zresztą, żeby skorzystać z możliwych atrakcji hotelowych, jeszcze wieczorem wskoczyłyśmy w szlafroki i zjechałyśmy windą do hotelowego basenu.

O tej porze wygląda naprawdę bajecznie – ładnie oświetlony, z minimalistycznie wysublimowanym pejzażem morskim na ścianach, trzema torami do pływania, kącikiem zabaw dla dzieci ze zjeżdżalnią oraz jacuzzi. Miły akcent na koniec intensywnie spędzonego dnia. Z każdym głębokim wydechem poczynionym w wodzie zmęczenie odpływało wraz z dziesiątkami tworzących się bąbelków. Do 22:00 buszowałyśmy w basenie. Na koniec personel był na tyle miły, że mogłyśmy zamówić do pokoju kanapki (mimo, że kuchnia była już zamknięta). Pychota!

Rano budzimy się skoro świt i schodzimy na śniadanie. Bufet jest naprawdę imponujący – Francja elegancja jak to się mówi. Na dodatek tuż obok sali jadalnej znajduje się pokój zabaw dla dzieci. Wspaniałe rozwiązanie dla wszystkich rodziców, którzy chcą spokojnie zjeść, nie martwiąc się o to czym zająć swoje pociechy. Dzięki temu po wspólnym posiłku Jaśminka idzie pobawić się z dziećmi, a ja mogę spokojnie wypić kawę racząc się miłym wystrojem wnętrz. Na ścianach jest pełno gustownych obrazów, luster, w tle sączy się przyjemna muzyka. Światowy poziom hotelu – takie jest moje odczucie. Po śniadaniu schodzimy jeszcze z Jaśminką na basen. Mała z radością zjeżdża ze ślizgawki wprost do wody, a potem bawimy się w “krabiczki” w jacuzzi. Gdyby można było zatrzymać czas… Na zakończenie pobytu w hotelu Lubicz prowadzę Minię na zajęcia animacyjne, które odbywają się tu codziennie od 10:00 do 12:00.

Dzieci można zostawić pod opieką animatorki i skorzystać np. z pełnego pakietu zabiegów Welness & SPA. Tuż przed wyjazdem Mała ląduje jeszcze na placu zabaw przed hotelem i skacze z lubością na trampolinie :-) Żal wyjeżdżać, ale ładuję sakwy na rower i ruszamy zwiedzać  latarnię morską w Ustce z 1892 roku. To już siódma z rzędu od Świnoujścia (ominęła nas tylko latarnia w Kikucie, której tak czy inaczej zwiedzać nie można). Dziś jest słonecznie, ale też wietrznie. Próbujemy słynnych Lodów Usteckich, po czym ładujemy się na pokład statku “pirackiego” DRAGON.

Jaśminka ma okazję poczuć się jak Pippi, a ja z braku laku jak kapitan Pończocha (czyli tata Pippi ;-). Przejmujemy ster, celujemy z armaty i wkręcamy się w awanturniczy klimat rodem z filmu “Piraci z Karaibów”. Przemieszczamy się spacerowym krokiem w stronę molo. Mijamy pomnik zmysłowej syrenki (zwanej Bryzgą Rosową). Wierzy się, że każdy kto choć na chwilę dotknie królowej Bałtyku wróci do Ustki ponownie. Ba, kto ośmieli się złapać ją za lewą pierś i pomyśli marzenie, to z pewnością się ono spełni. A co tam, łapię ją za atrybut kobiecości ku uciesze Jaśminki :-) Syrenka to ważny symbol miasta –  herb Ustki przedstawia na błękitnej tarczy okręt oraz syrenę trzymającą łososia. Plaża w Ustce jest bardzo ładna, a im dalej centrum miasta tym piękniejsze widoki z klifowego wybrzeża. Piękny zakątek na wypoczynek. Przejeżdżamy rowerem  promenadą zatrzymując się na pogawędkę z przebierańcami (Neptunem, Księżniczką, Śmiercią), których spotykaliśmy już wcześniej w innych miejscowościach. Wygląda na to, że wraz z nami przemierzają część wybrzeża ;-).

Wjeżdżam na jakiś czas na nadbrzeżny szlak czerwony (wiodący wzdłuż klifu), ale szybko z niego zjeżdżam na R10. Jak na moje obłożenie roweru (będzie na oko z 30 kg) za dużo jest piachu i górek. Jedziemy przez Zapadłe, Machowinko i dalej lasem, polami aż do Rowów. Dzisiaj nie czuję się dobrze, ledwo naciskam na pedały… Gdzie ta wczorajsza energia?! Zdaje się, że jestem w dołku sinusoidalnym. Ostatni kawałek drogi do Rowów prowadzi betonową ścieżką pośród pól, łąk i zbiorowisk wodnych. Myślę tylko o tym, żeby się tylko jakimś cudem doczołgać do tej mieścinki. Dojeżdżamy w dobrym czasie. Serwujemy sobie obiad w bardzo dobrej, mocno obleganej knajpce przy ul. Plażowej (stołują tu nawet ratownicy, a oni z całą pewnością wiedzą, gdzie warto dobrze zjeść). Rozpoznać ją można po tłumach czekających na wolny stolik.

Rowy to bardzo sympatyczna miejscowość, malowniczo położona – w bramie wejścia do Słowińskiego Parku Narodowego, przy rzece Łupawa i w pobliżu Jeziora Gardno. Świetna baza do aktywnego wypoczynku. Gdybym miała wybierać miejsce na wakacje właśnie tutaj chętnie bym się zatrzymała. Nie dość, że sama mieścina jest urokliwa to na dodatek lądujemy z Jaśminką w naprawdę wymarzonym miejscu  – w Hotelu Wellness Medical SPA KORMORAN w Rowach (www.kormoran-rowy.pl). Wyśmienite miejsce na rodzinny pobyt, naprawdę bardzo przyjazne dzieciom.  Już na wstępie trafiamy z Jaśminką na wieczorny spacer nad morze z pochodniami. Dzieciaki są w siódmym niebie – podobno takie wspólne pożegnanie dnia wpisane jest już w codzienny rytuał. Wielka szkoda, bo dowiadujemy się, że dzisiaj w tym właśnie hotelu odbyło się mnóstwo się imprez dla dzieci i rodziców – spotkanie z legendą przy ognisku (lokalną baśnią o tym, jak diabeł kościół budował), grillowanie, zawody na korcie tenisowym i wiele konkurencji sportowych, w których brali udział dorośli i dzieci. Mało tego, każde dziecko otrzymało prawdziwy (nie jakiś plastikowy) medal za udział w zawodach. To była dopiero radość! Jaśminka co prawda nie zdążyła uczestniczyć w konkurencjach, ale również dostała  medal za dzielną postawę podczas wyprawy rowerowej.

Ach, ta mina pełna dumy i szczęścia… Podobno w każdy czwartek odbywają się tu igrzyska na basenie i żeby w nich wziąć udział dziecko nie musi umieć pływać. Tu również przyznawane są medale, które –  jak się okazuje – cieszą dzieci bardziej niż jakiekolwiek inne trofea. Po zachodzie słońca przebieramy się  w stroje kąpielowe, żeby skorzystać jeszcze przed snem z basenu i jacuzzi.  Pokoik mamy niby standardowy, ale jest tak przytulnie urządzony, że można byłoby zakwalifikować go do kategorii deluxe. Zresztą hotel dopieszczony jest w szczegółach. Zachwycają bardzo gustowne wnętrza, mnóstwo pięknych obrazów na ścianach oraz fotografii, eleganckie sofy, kwiaty… Wysmakowany styl. Jest tu wiele zakątków, gdzie można się zaszyć i cieszyć oko wyrafinowanym klimatem tego miejsca. Przy tym można poczuć się tu naturalnie, kameralnie. Nawet takie drobnostki jak mydełka  z francuskiej perfumerii Galimard z Grasse świadczą o najwyższej dbałości o detale i luksus oferowany gościom. Moje bystre oko wszystko dostrzeże, także waciki i mleczko do demakijażu dostępne w szatni przy basenie ;-)

W ładnie podświetlonym basenie Jaśminka szaleje pośród innych dzieci. Na koniec lądujemy w cudownie usytuowanym jacuzzi przy basenie, ale pod gołym niebem, z tarasem widokowym na ogród. Jest bosko! Spokój, harmonia, piękno i totalny relaks… Jaśminka bawi się z małą Joanną w wyrzutnie… To mój zdecydowany faworyt wśród miejsc przyjaznych dzieciom i rodzicom. Idealny na wyjazd z rodziną, czy z przyjaciółką. Mało tego, z takim podejściem personelu do dzieci nie spotkałam się nigdzie indziej! Każde dziecko traktuje się indywidualnie, jako ważnego gościa, z pełnym szacunkiem. To mnie tutaj urzeka – rozmowa z dziećmi, dbanie o ich potrzeby, kompetencja psychologiczna pracowników, uśmiech i dobre intencje. Hotel trafiony w dziesiątkę!

Dodaj komentarz przez Facebook

komentarzy

1 comment on “Mama i Ja. Bałtyckim szlakiem rowerowym – cz. 4

  1. jaceksr 15 listopada 2015 at 13:38

    Bravo ! JA w tym roku z wnukiem zrobiłem trasę Hel – Gdańsk w 3 dni. BYło super po drodze z różnymi atrakcjami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *