Maratończyk, który zamarzył zostać triathlonistą – część 3

Robert Krzak

i jego historia od przebiegnięcia pierwszego maratonu do startu w mistrzostwach świata IRONMAN 70.3 

Do Gdyni zostały tylko dwa miesiące, a nic się nie poprawiało, a było nawet gorzej. Może i by się poprawiło, ale trzeba by odpuścić treningi – jak sugerowali mi fizjoterapeuci. Ale jak tu odpuścić, kiedy ważne zawody są tak blisko, a z trzech dyscyplin nie mogę trenować tylko jednej? Na miesiąc przed Gdynią po kolejnej próbie treningu biegowego, podczas którego musiałem po trzech kilometrach wrócić do domu, bo nie byłem wstanie biec, podjąłem jedynie słuszną decyzję. Nie biegam do zawodów. Trudno, nie będę w najwyższej formie biegowej, ale może przez miesiąc nieobciążania kręgosłupa bieganiem, coś się poprawi. Zacząłem systematycznie wykonywać ćwiczenia wzmacniające kręgosłup i skupiłem się na pływaniu i rowerze. W lipcu przejechałem na rowerze aż 1600 km. Jak dla mnie to wyczyn.

Tak jak powiedziałem, tak i zrobiłem. Przez miesiąc zero biegania. Nie wiedziałem co się stanie jak zacznę znowu biec, dlatego na zawody wziąłem buty minimalistyczne, aby starać się biec z większą kontrolą ze śródstopia. Miałem nadzieję, że to zamortyzuje wstrząsy i nie dopuści do powrotu kontuzji w czasie zawodów.

Nie ukrywam, że byłem wściekły na cały świat, że jadę na zawody, na których mógłbym powalczyć o kwalifikację, a przez przygotowania do kolejnej próby bicia rekordu w maratonie nie dość, że straciłem kilka miesięcy treningu rowerowego, to w dodatku złapałem kontuzję, która nie pozwalała mi biegać. Jak to mówią: „nadzieja umiera ostatnia”. Nic nie pozostało tylko wystartować, a życie miało pokazać co się wydarzy. Mam w naturze nie poddawać się, a zawody traktuję jak bitwę, na której nie zabiera się jeńców. Więc na trasie zawsze walczyłem do bólu. Jednak tym razem musiałem uważać. Gdy na bieganiu po pierwszej 7-kilometrowej pętli zobaczyłem, że biegnę lekko powyżej 4 min/km, trochę się wystraszyłem, że przeszarżuję i zwolniłem. Wolałem dobiec w trochę wolniejszym tempie, niż stanąć w pewnym momencie bez możliwości kontynuowania biegu. Dopiero ostatni kilometr pobiegłem na całość. Jako początkujący triathlonista nie znam wielu zawodników z mojej kategorii wiekowej. Nie walczyłem na trasie z przeciwnikami, tylko o jak najlepszy czas. Dzięki mojemu mocnemu finiszowi, gdzieś w końcówce wyprzedziłem o 5 sekund trzeciego zawodnika w mojej kategorii. Byłem trzeci, rzutem na taśmę udało mi się wskoczyć na pudło, ale byłem pewny, że to nie wystarczy, aby zdobyć kwalifikację. Ilość tak zwanych slotów na kategorię wiekową przydzielana jest dopiero po starcie, proporcjonalnie do ilości osób w danej kategorii wiekowej. Na pewno kwalifikacje otrzymywał zwycięzca kategorii, a ile więcej osób, okazywało się wieczorem po dekoracji – wtedy uroczyście wręczano sloty. W Gdyni było ich 35.

 

 

Zanim przejdę do dekoracji to kilka danych statystycznych. Pierwsze zawody Ironman 70.3 ukończyło ponad 1800 osób. Moje pływanie z czasem 36:59 dało mi dopiero 538 pozycję. Rower też bez rewelacji, średnia mimo w miarę łatwej trasy ledwo 34 km/h, pozycja 514. Mimo braku treningu biegowego, czas z biegania dobry 1:29:33. Dało mi to 45. czas open. Podczas biegu wyprzedzałem wielu zawodników, ale nie wiedziałem, że aż tylu. Ostatecznie zawody ukończyłem na 176. pozycji.

Tak jak wspominałem wyżej, były to pierwsze zawody pod marką IRONMAN w Polsce. Aby podkreślić wyjątkowość imprezy, w trakcie startu zawodników Pro nad plażą na niskiej wysokości przeleciał samolot, który reklamując od kilku miesięcy imprezę był wyklejony logiem imprezy. Oczywiście nie obyło się bez symbolicznego strzału z armaty w trakcie startu każdej z fal zawodników.

Już pogodziłem się, że w tym roku slot nie będzie dla mnie. Na pocieszenie została dekoracja pierwszej trójki. Pierwsze zawody Ironman 70.3 w Polsce i jestem na podium. Fajna sprawa. W trakcie oczekiwania na dekorację miałem okazję porozmawiać z pierwszym zawodnikiem z mojej kategorii. Poinformował mnie, że w związku z tym, że koszty wyjazdu do Australii są wysokie, rezygnuje ze slota. Nagle okazało się, że może nie wszystko stracone. Został tylko drugi. Schodząc z podium, mimochodem spytałem, czy bierze slota. Odparł, że nie i nagle stało się jasne, że jednak jadę. Byłem przeszczęśliwy. Mimo tylu przeszkód ostatecznie zdobyłem wymarzonego slota. Trochę awaryjnym wejściem, ale mam. Reguły przydzielania slotów są proste: jeśli trzykrotnie wywołana osoba nie zgłosi się, slot przechodzi na kolejnego zawodnika w kategorii i tak do skutku. Jak nikt z danej kategorii się nie zgłosi, to slot przechodzi do kolejnej kategorii wiekowej. W trakcie wręczania slotów okazało się, że dla naszej kategorii były zarezerwowane 2 sloty, czyli niewiele mi zabrakło, aby bez liczenia na czyjąś rezygnację zdobyć kwalifikację. Podczas wręczania slotów otrzymuje się na pamiątkę specjalny żeton i dokonuje wstępnej rejestracji wraz opłatą startową.

 

To były moje ostatnie zawody w tym sezonie. Z powodu kontuzji, nie zapisywałem się na nic więcej. W tej chwili najważniejsze to wyleczyć się do końca, abym mógł bez przeszkód regularnie trenować, bo w treningu najważniejsza jest systematyczność.

Wspominałem, że na zawody w Gdyni założyłem buty minimalistyczne. No właśnie, skąd ten pomysł. Zawsze byłem przeciwnikiem stosowania przez amatorów butów startowych w maratonie. Uważałem, że buty startowe przeznaczone są dla zawodowców, którzy mkną po asfalcie, a nie dla tych co spędzają w drodze do mety trzy i więcej godzin. Kiedy po raz kolejny dopadła mnie kontuzja, zacząłem myśleć co by zmienić, aby tego uniknąć w przyszłości. Wpadło mi w oko, że większość firm wprowadziło do oferty grupę butów minimalistycznych, zalecając stosowanie ich zamiennie z innymi modelami. Takie buty wymuszają inny styl stawiania stopy. Staramy się biegać bardziej ze śródstopia, z większą naturalną amortyzacją (stąd pomysł, aby zabrać takie buty na zawody do Gdyni). Przypomniałem sobie jak kiedyś, trenując jeszcze w Wawelu Kraków, po treningu ściągaliśmy buty i dla roztruchtania biegaliśmy boso po trawie wokół boiska do piłki nożnej. Mieszkam 4 kilometry od małego ośrodka wypoczynkowego, gdzie jest jeziorko z dużym terenem do plażowania i właśnie jest tam trawa. Po powrocie z Gdyni zacząłem próbować. Dobiegałem do ośrodka w butach, potem ściągałem je i próbowałem biegać boso. Najpierw jeden kilometr, potem już dwa, trzy… doszedłem do pięciu. Nie powiem, że obyło się bez bólu, stopy musiały się przyzwyczaić, ale z czasem biegało mi się coraz lepiej. Bieganie boso wymusza zmianę stylu biegania, musiałem biegać jak sprinter, przednią częścią stopy. Czułem też wyraźnie jak wzmacniają mi się łydki. Kontuzja nie wracała. Nie ukrywam, że zaczęło mi to też sprawiać przyjemność… duchową. Biegałem głównie rano: mokra trawa, wschodzące słońce nad wodą, receptory w stopach wymasowane do bólu. Jak jeszcze było ciepło to czasami dokładałem krótkie pływanie. Czułem się prawie jak na wczasach ;-) Chciałem coraz więcej biegać boso i aby nie tracić czasu na dobieg, dojeżdżałem do ośrodka samochodem. Przebiec 18 km boso to dla mnie nie problem, nawet jak temperatura była bliska zeru. Najważniejsze, aby ziemia nie była zmarznięta, bo wtedy łatwo pokaleczyć stopy. Do dzisiaj staram się przynajmniej raz w tygodniu wykonać taki trening. Polecam to jako uzupełnienie planu treningowego.

Bliskość ośrodka z wodą podsunęła mi kolejny pomysł. Kilka razy w okresie jesienno-zimowym dla zregenerowania i zaleczenia drobnych urazów, korzystałem z serii zabiegów pełnej krioterapii. Cztery minuty w temperaturze minus 130 stopni daje niezapominane wrażenia. Ale po co krioterapia jak pod nosem mam wodę i polską zimę. Nie było łatwo, pamiętam swój pierwszy raz. 11 listopada, woda jeszcze niezbyt zimna. Wytrzymałem tylko pół minuty. Uciekałem z wody jak poparzony, miliony igieł kłuło moje ciało. Teraz jestem już zaawansowanym morsem, wchodzę do lodowatej wody bez wzdrygnięcia i tylko rozsądek nakazuje mi wyjść po 5-6 minutach. Traktuję cotygodniowe morsowanie jako jeden z elementów regeneracji i w większości przypadków morsuję zaraz po treningu.

Po zastosowaniu nowych elementów treningowo-regeneracyjnych okres zimowo-wiosennych przygotowań minął bez żadnych problemów. W grudniu jak to coraz częściej bywa (listy startowe zapełniają się coraz szybciej) miałem już zaplanowany cały sezon 2016. Wiadomo, najważniejszym startem były mistrzostwa świata w Australii, ale apetyt rośnie w miarę jedzenia i czemu nie startować w mistrzostwach co roku? Zawody Ironman 70.3 w Gdyni planowane były na 4 tygodnie przed imprezą w Australii. Będzie to dobry sprawdzian formy i okazja by powalczyć o kwalifikację na MŚ w 2017.

Oprócz Gdyni, w planie były mistrzostwa Polski w Sierakowie na koniec maja. Za kolejny miesiąc powrót sentymentalny do Susza (mój debiut w 2011 roku) i na 2 tygodnie przed Gdynią dystans olimpijski w Poznaniu.

Regularne treningi rowerowe przeniosły się na wzrost formy. Pierwszy raz w ciągu roku przejechałem prawie 10 tysięcy kilometrów. Większość z nich wykonałem na moim ulubionym rowerze AUTHOR Charisma 66 na Shimano Ultegra. Zawodowcy mówią, że dobrze jeździ tylko Dura Ace, ale dla takiego amatora jak ja Ultegra wystarczy ;-)

Z drugiej strony, mój kolega – były kolarz zawodowy – twierdzi, że najważniejszy w rowerze jest… „silnik”. Nie jestem zawodowym kolarzem, nie mam wieloletniego doświadczenia, ale na tej wersji ramy jeździ mi się wyjątkowo wygodnie. Żadnych problemów z drętwieniem rąk i tym podobnych dolegliwości. Charisma jest jakby idealnie zaprojektowana pode mnie. Do kompletu do roweru treningowego idealnie wkomponowały się kolorystycznie buty szosowe SIDI Wire. Oprócz nowego roweru treningowego doposażyłem też mój sprzęt startowy. Na głowę kask czasowy MET Drone i do roweru nowe koła karbonowe VITTORIA Qurano 84 mm wraz z szytkami VITTORIA Corsa Speed. Zestaw kół z kosmiczną technologią Graphene Plus.  Prezentowałem się prawie jak zawodowiec ;-)

Co do silnika, był lepszy niż w zeszłym roku. Byłem już w stanie na każdych zawodach na dystansie 90 km wykręcić średnią prawie 36 km/h, a na olimpijce (40 km) osiągnąłem 38 km/h. Jakby dało się średnią z olimpijki przenieść na 90 km byłoby super… No cóż, nie od razu Kraków zbudowano. Ważne, że jestem powtarzalny i na każdych zawodach nie schodziłem poniżej pewnego poziomu. Co do biegania, mimo, że zmniejszyłem objętość treningową i biegałem tylko 3 razy w tygodniu, forma ciągle była. Najgorzej z pływaniem. Widzę poprawę w stylu i swobodzie pływania (już nie boję się wejść do wody ;-), ale jak na razie nie przenosi się to na lepszy czas. Jednak najważniejsze, że także na pływaniu jestem ciągle powtarzalny. Już wiele razy słyszałem, że nie da się zrobić z dobrego biegacza dobrego pływaka. Szczególnie, gdy ten biegacz ma 53 lata, jedynie 167 cm wzrostu i nie grzeszy elastycznością. Jednak nie poddaję się. Może kiedyś mój przypadek będzie cytowany w szkołach jako wyjątek od reguły, kiedy stanie się cud i zacznę pływać jak Jan Frodeno ;-)

Umocniłem się też w roli jednego z faworytów w kategorii wiekowej. W Sierakowie obroniłem wicemistrzostwo Polski, w Suszu ponownie stanąłem na drugim stopniu podium, a w Poznaniu w spektakularny sposób zwyciężyłem. Po raz kolejny w moim przypadku sprawdziła się zasada, że warto walczyć do końca. Wyprzedziłem mojego konkurenta dosłownie na linii mety. Organizatorzy musieli skorzystać z zapisu kamery, bo mieliśmy identyczny czas.

Ciąg dalszy nastąpi…

To trzecia część tej historii. Jeśli ominąłeś poprzednią, znajdziesz ją tutaj.

Robert Krzak

Robert Krzak

Maratończyk, który stał się triathlonistą. Zdobywca Maratońskiej Korony Ziemi, wicemistrz Polski M50 na dystansie 1,9-90-21,1
Robert Krzak

Dodaj komentarz przez Facebook

komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *