MISTRZOSTWA EUROPY ECF – Zdobyliśmy z Zoją brązowy medal!!! :)

Środa – przyjechaliśmy na miejsce zawodów czyli Górę Św. Anny.

Czwartek – dwa razy objechałem uważnie trasę sam na rowerze, przy okazji pokazując ją znajomym Szwajcarom oraz Belgom. Organizator włożył dużo pracy w przygotowanie trasy: kamienie na pierwszym długim podjeździe przykrył ziemią, a bardzo głębokie żleby wypłukane przez wodę na ostatnim, finiszowym podjeździe zasypał kamieniami.

Następnie objechałem trasę z Zoją, dwukrotnie zatrzymując się na chwilę, by nie zmęczyć jej za bardzo. Po objeździe objechałem trasę jeszcze raz z Lilą i raz z Leną, młodymi psami Łukasza Paczyńskiego.

Piątek – czas wypoczynku i regeneracji. Ponownie objechałem trasę raz z Lilą i raz z Leną, potem pojechałem na szosę rozkręcić się i rozluźnić nogi.

Po treningu czas na przygotowanie roweru do startu. W okresie przed Mistrzostwami Europy dużo czasu poświęciłem na przygotowanie sprzętu. Mój rower, gotowy do tego startu, waży 9 kg. Nakłady czasu i pieniędzy podniosły w moich oczach rangę tego roweru do statusu sztuki użytkowej;). Tak samo jak przed startem w rowerach zawodniczek grupy CCC Polkowice, tak teraz w moim rowerze sprawdzam każdą śrubkę, każdy element. Gotowy, wypimpowany rower odstawiam i zaczynam planować jutrzejsze bezpośrednie przygotowanie do startu.

Po południu czeka nas sprawdzanie dokumentów i stanu zdrowia psa czyli odprawa weterynaryjna. Natomiast wieczorem oficjalne rozpoczęcie zawodów, kiedy to zawodnicy dostają numery startowe. Wszyscy je dostali oprócz mnie! Na dwanaście godzin przed startem słyszę, że nie dostanę numeru. Mój klub spóźnił się 14 dni z zapłatą do Polskiego Związku Sportu Psich Zaprzęgów składki członkowskiej. Groził mi zakaz startów do końca roku (w tym w Mistrzostwach Europy i Świata). Ostatecznie jednak dopuszczono mnie do startów (po uiszczeniu opłaty startowej).

Sobota – dzień pierwszego startu.

Jest sucho, nie pada, temperatura ok.6 stopni. Warunki idealne. Od obudzenia do startu wszystko mam zaplanowane co do minuty. Śniadanie, pojenie Zoi, przygotowanie bidonów na rozgrzewkę i na metę, godzina rozpoczęcia i zakończenia rozgrzewki, synchronizacja mojego czasu z oficjalnym czasem zawodów, sprawdzenie przez sędziów długości liny itd.

Stwierdzenie, że Zoja przed startem bardzo się denerwuje, jest zdecydowanie zbyt delikatne. Ona, gdy zobaczy start innych zaprzęgów i usłyszy odliczanie spikera przez głośniki, zaczyna się wydzierać: „ja już chcę biec!!!”, przebierać łapkami. Wydaje się, że źrenice ma większe niż same oczy. Jest jak nabój w odbezpieczonym pistolecie, gotowa by wystrzelić w każdym momencie, poza tym, że nabój nie wrzeszczy.

Wiem, że gdy Zoja „spala się” na starcie przez 10 – 15 minut, nasz czas będzie gorszy o 15 – 30 sekund, tak dużo traci energii na stres. Dlatego zawsze staram się, by Zoja była na starcie na ostatnią chwilę, 1 – 3 minut przed startem.

Pierwszego dnia na start Zoję doprowadzał Wojtek Wydmuch. Ja po rozgrzewce, on z Zoją, spotkaliśmy się w okolicy startu ok. 4 minuty do startu. Zoja zobaczyła start i zaczęła szczekać, po chwili zerwała się z obroży i pobiegła z ogromną prędkością w stronę startu. Wydarłem się jak tylko mogłem najgłośniej, by ludzie na starcie zobaczyli, co się stało i złapali Zoję. Niestety, nie było tam nikogo, kto miałby maszerski odruch łapania uciekającego psa. Wszyscy tylko patrzyli na Zoję jak kibice na piłkę na meczu tenisa. Zoja zniknęła za zakrętem. To, co poczułem w tym momencie, jest nie do opisania, dlatego nie będę próbował wyrazić uczuć. Nie napiszę też tego, co wtedy powiedziałem, bo nie nadaje się to do publikacji.

Po kilkudziesięciu sekundach widzę, że Zoja biegnie z powrotem, tak samo szybko jak uciekała. Dla niej bieganie po trasie zawodów beze mnie jest jak dla kolarza startowanie na rowerze bez łańcucha – po prostu coś jest nie tak. Zoja dobiegła do linii startu i gdy zobaczyła zaprzęg szykujący się do startu i usłyszała odliczanie, znowu wystrzeliła na trasę i znowu nikt jej nie złapał.
Dobiegłem z rowerem na linię startu, wyglądam Zoi. Biegnie znowu! Wiem, że nie ma takiej opcji, że jej nie złapię i po chwili już ją trzymam. Szybko podpinam linę do uprzęży i słyszę: 30 sekund do startu.

Mój organizm tak wydestylował adrenalinę, że teraz czekałem tylko, by już wystrzelić na trasę.

Start! Jedziemy szybko i pewnie. Wreszcie można rozładować stres i napięcie. Wszystko idzie dobrze, do zakrętu po długim, szybkim zjeździe. Przednie koło złapało duży poślizg, jednak udało mi się zostać na rowerze. Niestety, po chwili okazało się, że łańcuch nie został na zębatce, spadł, coś wpadło w napęd.

Udało mi się nałożyć łańcuch przerzutką, ale w tym czasie zamiast wściekle pedałować, tylko Zoja nas napędza. Jednak gdy tylko zaczynam pedałować, słyszę paskudny terkot, przerzutka trze o łańcuch… baaardzo. Próbuję wrzucać różne kombinacje przełożeń, jednak silnie hałasuje na wszystkich przełożeniach.

Kopię w przerzutkę, ani drgnie.

Potem znowu kombinuję z przełożeniami, znowu kopię. Dojeżdżamy do ostatniego podjazdu, mój wypieszczony rower wydaje odgłosy, jakby miał się rozpaść, masakra! Pedałować się jakoś da, więc cisnę do mety.

Wiem, że przez ucieczkę Zoi i przez defekt roweru walka o podium już jest poza naszym zasięgiem. W trakcie jazdy łzy bezsilności cisną mi się do oczu. Wiem, że do najlepszych tracimy pewnie około minuty.

Na mecie rzucam rower i idę do Zojki, uściskać ją i podziękować, ona zawsze jest bezbłędna.
Słyszę: „Marek, czemu się złościsz, jesteś drugi, 4 sekundy do pierwszego”.

Myślę sobie, że, delikatnie mówiąc, ktoś sobie ze mnie żartuje albo wpadłem w jakąś dziurę czasoprzestrzenną. Wszyscy gratulują dobrego wyniku, na tablicy świetlnej z wynikami też jestem drugi – czyli jednak dziura czasoprzestrzenna. Mój czas: 8 minut 41 sekund. Sekundę za mną jest Edo Schumet ze Słowenii i 5 sekund za mną Olgierd Tracz, ciasno.

Potem pojenie, rozjazd na szosie, karmienie Zoi.

Wieczorem musher party, na którym jest ogłoszenie oficjalnych wyników i opublikowane są listy startowe na jutro. Trasa została skrócona o pewien fragment, gdzie dotkliwie połamał się jeden z zawodników. Starty następnego dnia od najszybszego, czyli startuję jako drugi, o 9.01.

Ponownie sprawdzam i dopieszczam rower i planuję bezpośrednie przygotowanie do startu co do minuty, jak zwykle, i idę spać.

Niedziela – rano parkuję bliżej startu, Zoję na start doprowadza Radek Włosik. Na samym starcie Zoję przejmuje Łukasz Paczyński, który w przeciwieństwie do mnie i Zoi potrafi zachować spokój w takich sytuacjach.

10 sekund do startu robię stójkę. Start! Jedziemy szybko, pewnie i troszkę ostrożniej w zakrętach. Zoja pięknie dopina linę do samej mety. Na mecie moja wentylacja płuc przekroczyła chyba wszystkie rozsądne wartości, płuca pracowały jak oszalałe.

Mam czas lepszy od Igora! Ale tylko o 1 sekundę, po dwóch dniach tracę do niego 3 sekundy.

Po chwili na metę wpada Edo, dziś miał rewelacyjny przejazd i wygrywa, ja jestem trzeci.

Wyniki po dwóch dniach:

  1. Edo Schumet 16:41 min
  2. Igor Tracz 16:45 min
  3. Marek Długołęcki 16:48 min
  4. Olgierd Tracz 16:52 min

W 10 sekundach jest 4 pierwszych zawodników!!! Niesamowicie wyrównany poziom. Różni kolarze, różne rowery, różnie trenowane psy i wszyscy w czołówce jeździmy niemal tak samo, niesamowite.

Bardzo cieszę się z brązowego medalu, jednak czuję też niedosyt wiedząc, jak mało zabrakło do zwycięstwa.

W zawodach w sumie w bikejoringu i canicrossie (bieg z psem) startowało około 250 zawodników.

Po południu dekoracja, wchodzimy z Zoją na podium i odbieramy wymarzony medal Mistrzostw Europy :)

Bardzo cieszę się, że udało mi się tak dobrze przygotować Zoję na tą imprezę.

Chcę bardzo podziękować osobom, które mi pomogły: Agacie Tajer, Rodzicom, Łukaszowi Paczyńskiemu i jego wesołej rodzince, Wojtkowi Wydmuchowi, Radkowi Włosikowi.

Moje przygotowania wspierają:

ARMEXIM, NORTHTEC, ODLO, MET, SIDI, SKS, FINISH LINE, ACCENT, CONNEX oraz sklep KOMOBIKE.

Wiem, że bez pomocy tych osób i firm przy tak małych różnicach czasowych w czołówce zdobycie medalu mogłoby okazać się niemożliwe.

Dodaj komentarz przez Facebook

komentarzy

1 comment on “MISTRZOSTWA EUROPY ECF – Zdobyliśmy z Zoją brązowy medal!!! :)

  1. Anonim 29 października 2011 at 21:35

    To zes opisal Maro :D

    Ciesz sie ze nie dostales dyska za ucieczke Zoi na starcie :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *