Rowerem po Indiach – cz. 4

Przygody Damiana ciąg dalszy. Tym razem zdobywamy Fotu La, Namika i Zozila Pass. Nasz bohater odwiedza też Kargil, Kaszmir i Dharamsala. Ponownie nie zabraknie zmiennej pogody,  długich podjazdów i specjałów indyjskiej kuchni!

Dzień 21 – 17.07.2012 – Fotu La i Namika La ZDOBYTE!
112.38 km, 12.7 śr, 38.2 max, 1311 m w górę, 8:48:39, 20-35 °C

Ciężki dzień ale wszystkie założenia, które sobie postawiłem udało mi się zrealizować. Zdobyłem dwie przełęcze oraz dojechałem do miasta Kargil. Początek dnia to wspinaczka na przełęcz Fotu La o wysokości 4108 m. Jest to również najwyższy punkt na drodze między miastami Srinagar i Leh. Wjazd na przełęcz i pokonanie 17 km z Lamayuru zajęło mi prawie trzy godziny. Wszystko przez remontowany odcinek drogi kilka kilometrów przed przełęczą. Każdy przejeżdżający obok mnie samochód, a z reguły była to ciężarówka zostawiała za sobą ogromną chmurę pyłu, kurzu, piachu i wszystkiego co znajdowało się na drodze. Musiałem uciekać jak najdalej od samochodów oraz co chwilę zatrzymywać się i zasłaniać aby mieć czym oddychać. Mimo, że jestem już przyzwyczajony do wysokości to jednak wstrzymywanie oddechu na 4000 m.npm nie należy do najprzyjemniejszych. Zjazd z przełęczy Fotu La również nieprzyjemny aż do pierwszej wioski Heniskot. Za kilka lat kiedy już skończą remontować wszystkie odcinki będzie sie tu naprawdę przyjemnie jeździć. Aż do następnej przełęczy Namika La oraz kawałek za jest już nowa, równa i szeroka droga :)

Przełęcz Namika La to najłatwiejsza i najszybciej zdobyta przeze mnie przełęcz w Indiach. 8 km kilku procentowego podjazdu z wioski Khaltse nie jest żadnym problemem. Problem za to coraz większy mam z oponą, która rozdziera się coraz bardziej. Mam już trzy pęknięcia. Dwa na 5-6 cm i jedno mniejsze. Aby tylko dojechać do Kargil, tam mam zaplanowany dzień przerwy, więc postaram się coś wykombinować. Zjazd z Namika La był przyjemny tylko przez kilka kilometrów, zdecydowana większość drogi do Kargil jest w remoncie. Jedzie się głównie po sporych luźnych kamieniach, czuć jak koła roweru i przyczepki raz za razem zsuwają się z jakiegoś większego. To prawdziwy test wytrzymałości dla roweru. a przede wszystkim ogumienia. Do Kargil dotarłem po 18:00. Jest to już zupełnie inne miasto niż te, które zwiedziłem dotąd w Ladakh. Nie ma już stup, gomp i monastyrów, jest za to spory meczet, a ludzie tutaj to w większości muzułmanie. Daje się odczuć inną atmosferę niż tą z Ladakhu. Dość szybko udało mi się znaleźć nocleg. Zaczepił mnie jeden z właścicieli wynajmujący pokoje. Jedno słowo ROOM i wszystko jasne. Potem obowiązkowa negocjacja ceny i można się wprowadzać :)

Dzień 22 – 18.07.2012 – Kargil, dzień luzu
0 km

Kargil jak i Srinagar, do którego zawitam za kilka dni, to muzułmańskie miasta znajdujące się tuż przy spornej granicy z Pakistanem. Indie i Pakistan już kilka razy toczyły wojny o te dwa miasta. Ostatnia z nich była nie tak dawno bo 1999 r. W mieście trochę dziwnie się czuję, ludzie jakoś inaczej tu na mnie patrzą niż z buddyjskiej części Ladakhu. Staram się tym jednak nie przejmować i cieszyć się luźniejszym dniem w sumie niezbyt ciekawym turystycznie miejscu.

Rano miałem nie lada problem z wybraniem gotówki z bankomatu. W Kargil są trzy ATMy (bankomaty) jeśli już się je znajdzie, co też nie jest takie proste. Jeden popsuty, drugi nie przyjmował mojej karty, a trzeci w ogóle zamknięty. W portfelu po śniadaniu zostało mi 8R, które nawet na wodę nie starczy. Nie tylko ja miałem ten problem, wielu Kargilczyków również. Bank of India jednak szybko zareagował i naprawił niedziałającą maszynę. Po trzech godzinach z około 50 groszami w kieszeni rozwiązał się przynajmniej jeden z moich problemów. W Kargil jest sklep i serwis rowerowy. Opony trekkingowej oczywiście nie kupię, a naprawić nie umieją. Zastanawiam się czy by może nie kupić dratwy i igły i samemu nie spróbować na przykład zszyć opony. Ostatecznie mogę jeszcze zamienić koło z przyczepki, ma co prawda 26 cali i nie będę miał przedniego hamulca ani prądu z dynama ale przynajmniej będę mógł w miarę normalnie kontynuować jazdę.

Po południu znalazłem szewca, który podjął wyzwanie i zszył moją popękaną oponę. Może skończą się w końcu moje problemy, a jeśli nie to zamieniam z mniejszym kołem z extraweela. Popołudnie i wieczór spędziłem w pokoju, po Kargil już się pokręciłem. Jest jedną główna ulica ze sklepami, restauracjami, bazarem oraz meczetem. Niewiele więcej jest tu do oglądania. Odpoczynek na łóżku z hinduskimi smakołykami to coś czego dawno nie robiłem :) Kolejny raz podczas wyprawy zrobiłem serwis roweru. Gruntowne mycie i smarowanie. Rower jak i sakwy umyte pod prysznicem. Kilogram piachu i kurzu mniej.

Dzień 23 – 19.07.2012 – Deszczowa Zozila Pass 3529 m – ZDOBYTA!
141.52 km, 14.4 śr, 45.9 max, 1724 m w górę, 9:45:50, 9-24 °C

Ciekawy i udany etap z Kargil do Sonamarg. Odpoczynek po przejechaniu pierwszych kilkuset metrów. Zamieniłem przednie koło na to z extraweel’a. Trzecie koło z przyczepki jako zapasowe przednie to świetne rozwiązanie. Opona jest zszyta, ale niemiłosiernie podskakiwała w jednym miejscu. Nie dało się jechać. Teraz mam tylko tylny hamulec ale jedzie się normalnie. Nie czuję różnicy, że teraz przednie koło jest mniejsze i ma 26 cali. Kilka kilometrów za Kargil spotkałem samotną Brytyjkę imieniem Clare podróżującą rowerem po Indiach. Zamieniliśmy kilka zdań, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie i pożegnaliśmy się odjeżdżając w przeciwnych kierunkach. Nawet nie zdarzyłem się rozkręcić a już byłem cały brudny od kurzu i piachu. Remontów na drogach ciąg dalszy. Moja czarna koszulka Primal’a zrobiła się szara, a rower i sakwy jakby w ogóle nie były myte dzień wcześniej. Kilkadziesiąt kilometrów dalej zatrzymałem się na śniadanie w wojskowej przydrożnej knajpie. Zamiast śniadania zjadłem obiad. Pierożki Momo oraz kotleciki Bara. Pierożki bardzo podobne do polskich z kapustą, tylko w środku było więcej cebuli i podane były oczywiście z ostrym sosem. Kotleciki były bardzo puszyste, wyczuwalny był smak mąki i ziemniaków. Podane również z ostrym sosem. Do popicia dostałem wodę i herbatę kojące ostry smak.

Prawie od samego Kargil do przełęczy Zozila było lekko ale pod górę. To mój najdłuższy podjazd. 100 km w górę z małymi korektami. Przerobiłem również chyba wszystkie możliwe nawierzchnie. Nowy asfalt, stary szuter piach, kamienie duże i małe oraz kostki, brukowa i puzle. Ponad połowa drogi do Sonamarg w remoncie. Kilka kilometrów przed przełęczą Zozila jest piękna zielona dolina z pasącymi się na niej zwierzętami. Zwierząt pilnują koczownicy mieszkający w prymitywnych namiotach. Ich dzieci z kolei widząc, że ktoś nadjeżdża wybiegają na drogę i żebrzą. Kilka razy mała grupka próbowała mnie zatrzymać a nawet łapać za sakwy. Zdecydowanie mniej mi się podoba w tej części Indii. Z doliny widać kilka spływających lodowców. Kilka razy w ciągu dnia zachmurzyło się i popadał niegroźny deszcz, który chociaż trochę zmył ze mnie brud unoszący się w powietrzu. Tuż przed przełęczą rozpadało się na dobre. Na przełęczy byłem już przemoczony, a temperatura spadła do 9 °C. Zrobiłem tylko jedno szybkie zdjęcie i uciekałem w dół.

Przełęcz Zozila to granica krain Ladakh i Kaszmir. Od teraz jeżdżę po Kaszmirze chociaż jak najszybciej chcę minąć Srinagar i kierować się na wschód w kierunku buddyjskiej Dharamsali. Zjazd z przełęczy był niezwykłe emocjonujący. Widoki i ekspozycje jak z programu Ice Road Truckers, wszystko na nowo budowanej równoległej drodze do Sonamarg. Zjeżdżając z jednym hamulcem musiałem bardzo uważać na mokrej drodze. W dolinie przy wsi Baltal znajduje się święta jaskinia, miejsce pielgrzymek wielu hindusów. Z góry mogłem zobaczyć tysiące różnokolorowych namiotów przybyłych tu ludzi. Po ponad 140 km dotarłem do miasta Sonamarg gdzie zostałem na noc. W mieście panuje zmowa cenowa. Wszystkie pokoje po 500R i nawet targować się nie da. W końcu po kilku próbach udało mi się znaleźć pokój za 400R z prądem całą dobę i ciepłą wodą. Ciepły prysznic szybko mnie ogrzał. Mogłem też wysuszyć mokre ubranie i buty. Zmęczony prawie 10 h na siodełku szybko zasnąłem. W nocy kilka razy przebudził mnie ulewny deszcz stukający o dachowe okno. Rano już pogoda była lepsza.

Dzień 24 – 20.07.2012 – Kaszmir
197.49 km, 19.8 śr, 48.8 max, 810 m w górę, 9:56:57, 15-31 °C

Oj… narozrabiałem dziś w Kaszmirze :) Raz, że przegiąłem z kilometrami, a dwa to pobłądziłem trochę w Anantnag. Większość trasy z Sonamarg do Anantnag było w dół lub po płaskim stąd taki dystans. Od Anantnag zaczęło się lekko pod górę. Nocleg planowałem zrobić w Anantnag jednak od Srinagaru hoteli jest jak na lekarstwo, a te które są to odstraszają wyglądem. Na obiad zjadłem Piaz pokora czyli tutejsze jakby frytki smażone na oleju. Ziemniaki zmieszane z cebulą i podawane z ostrym sosem lub keczupem. Samymi frytkami się nie najadłem, więc wziąłem jeszcze Tosta, czyli Bread pokora. Przez Srinagar tylko przejechałem nic nie zwiedzając, zatrzymałem się tylko w parku nad jeziorem aby chwilę odpocząć. Od Srinagaru co chwilę mijałem namioty w których można kupić przyprawy, suszone owoce oraz kije do krykieta. W Kaszmirze jest nawet liga krykieta. Nie można zapomnieć również o hektarach pól ryżowych których nie widziałem w Ladakhu.

Od Anantnag planowałem jechać na ostatnią przełęcz tej wyprawy, czyli Shintan Pass z mnóstwem serpentyn. Najpierw jednak wjechałem nie w ta drogę co trzeba i niepotrzebnie zrobiłem 10 km a potem ani z map, ani z GPS, ani nawet z pomocą mieszkańców nie udało mi się znaleźć drogi w kierunku Shintan Pass. Pojechałem więc główną drogą w kierunku przełęczy. Dużo się nie pomyliłem bo trafiłem na równoległą drogę do tej właściwej. Nie było tu jednak żadnego łącznika z drugą drogą i w ten sposób znalazłem się we wsi Vernag. Odbywała się tam jakąś spora impreza, dostałem nawet hinduską flagę od jednego z mieszkańców ale noclegu nie znalazłem. Pozostało tylko szukać miejsca na rozbicie namiotu. Kilka kilometrów za Vernag tuż przed zmrokiem udało się znaleźć zaciszny kawałek równego terenu.

Dzień 25 – 21.07.2012 – Batote
105.59 km, 16.8 śr, 47.2 max, 1378 m w górę, 6:15:53, 20-39 °C

Dawno nie spałem w namiocie. Już zacząłem się zastanawiać po co dźwigam namiot skoro i tak szukam noclegów w hotelach i GH. Rano obudziłem się bardziej zmęczony niż wieczorem szedłem spać. Pierwsze 12 km do tunelu Jawahar były naprawdę ciężkie. Tunel leży na wysokości ponad 2000 m i ma aż 2500m długości. Przed wjazdem do tunelu musiałem pokazać żołnierzom co mam w sakwach. Tunel jako miejsce strategiczne jest dobrze strzeżony. Co kilkaset metrów z jednej, jak i drugiej strony tunelu stoją żołnierze. Niestety obiektu nie można również fotografować. Zdjęcie zrobiłem kawałek za tunelem. Sam tunel jest wąski, ruch odbywa się tylko w jednym kierunku. Przez całą jego długość przejechałem sam, wojsko wstrzymało ruch abym bezpiecznie przejechał na drugą stronę. Za tunelem droga prowadziła przez następne kilkadziesiąt kilometrów w dół. Zaczęły się drzewa to i pojawiły się małpy. Spore grupy przesiadujące wzdłuż drogi i jedzące owoce lub resztki z drogi. Ostatnie 30 km trasy na dziś to podjazd do miasta Batote, w którym udało mi się znaleźć przyzwoity i nie drogi hotel. Kilka kilometrów przed miastem zatrzymał mnie wojskowy patrol. Z auta wysiadło czterech żołnierzy w tym dwóch uzbrojonych. Przywitali się, zadali kilka standardowych pytań typu skąd jestem i gdzie jadę oraz postawili butelkę zimnego napoju. Jeden z żołnierzy był oficerem w jakimś wyższym stopniu, miał sporo belek i gwiazdek na pagonach. Żołnierze z niedowierzaniem przysłuchiwali się miejscom w których byłem. Na koniec miłej rozmowy wspólne zdjęcie. Po południu znów dał znać o sobie upał. 39 stopni to już dla mnie zdecydowanie za dużo, a największe upały jeszcze przede mną. Na kolację chleb tostowy z białym serem, pomidorem i ogórkiem, hinduskie krówki oraz mango.

Dzień 26 – 22.07.2012 – 43 °C !
131.68 km, 16.1 śr, 47.3 max, 1372 m w górę, 8:10:58, 22-43 °C

Sądziłem, że koniec podjazdu jest w mieście Batote, niestety od rana czekało mnie kolejne kilkanaście kilometrów podjazdu, aż do miasteczka i przełęczy Patnitop na wysokość 2010 m. Potem już na szczęście miałem większość z góry. W tym upale nie mam ochoty na rowerowe wspinaczki. Już sama jazda po płaskim terenie strasznie męczy. Ostatnie 20 km przejechałem bezskutecznie poszukując miejsca na nocleg. Nie myślałem już o hotelu, bo takich tu po prostu nie ma, lecz o możliwości rozbicia namiotu. Z tym także było ciężko, jeśli trafiło się przyzwoite miejsce to wokół było pełno hindusów, którzy zlatywali się większymi grupkami jak tylko zobaczyli rower. Razem ze zmierzchem znalazłem ustronną polankę z niedokończoną altanką. W końcu ciche i spokojne miejsce bez wszędobylskich tubylców.

Dzień 27 – 23.07.2012 – Z Kaszmiru do Himachal Pradesh
114.55 km, 14.7śr, 45.2 max, 1414 m w górę, 7:43.43, 25-40 °C

Do pierwszej w nocy gryzły mnie komary, a od pierwszej zerwała się burza i zaczęło padać. Nie pospałem za wiele. Dobrze, że miałem się gdzie schować przed deszczem. Noc bardzo ciepła, a rano po burzy o 6:00 rano było już 25 °C. Dzień dosyć męczący, nie tylko z powodu upału ale również z interwałowej jazdy. Raz w górę raz w dół i tak cały dzisiejszy etap. Przed miasteczkiem Dhar przejeżdżałem obok zielonego sztucznego zbiornika wodnego ze sporą tamą. Na koniec jeszcze GPS trochę ze mnie zażartował i skierował na inna drogę co kosztowało mnie dodatkowe 20 km.

W Nurpur zjadłem kilka lodów dla ochłody. Kiedy delektowałem się smakiem i przyjemnym chłodem wokół roweru zebrało się osiemnastu hindusów, którzy głośno debatowali na temat niektórych podzespołów. Nocleg w Himachal Pradesh za miastem Nurpur w nowo wybudowanym Guest House. Szef kuchni zrobił mi najlepsze frytki jakie kiedykolwiek jadłem. Tak pachnących i przyprawionych wieloma hinduskimi przyprawami nie da się porównać z żadnymi innymi. Frytki popiłem mocnym hinduskim piwem Godfather.

Dzień 28 – 24.07.2012 – Dharamsala
60.62 km, 12.7 śr, 41.1max, 1244 m w górę, 4:44:30, 24-32 °C

Dzisiejszy dzień był ostatnim górskim etapem wyprawy. Wspinaczka do miasta Dharamsala, gdzie niedaleko swoją siedzibę ma Jego Świętobliwość Dalai Lama zakończył mój rowerowy maraton po himalajskich drogach i przełęczach. Jak powiedział mi pracownik hotelu właśnie zaczyna się pora monsunowa w tej części Indii, a Dharamsala należy do najbardziej deszczowych miejsc w Himachal Pradesh. Jeśli chodzi o pogodę to dziś było całkiem przyjemnie, 32 °C, słońce lekko schowane w chmurach i lekki wiatr w plecy. Nie spiesząc się 60 km z Nurpur do Dharamsali przejechałem do 15:00. Nie obyło się bez małych kłopotów. Przedni bagażnik złamał się całkiem. Musiałem go odkręcić i trochę przeorganizować swój bagaż, potem kapeć w przednim kole po tym jak najechałem na kamień, a na koniec odkręcił się jeden z zacisków od sakwy. Nieszczęścia chodzą trójkami ;) Dobrze, że to same pierdółki i ze wszystkim sobie szybko poradziłem. Hotel znalazłem kawałek za Dharamsalą w kierunku MacLeodganj, czyli miejscu pobytu Dalai Lamy. MacLeodganj odwiedzę jutro. Dziś popołudniu małe zakupy, spacer po Dharamsali i kolacja po hindusku. Kiedy spacerowałem po Dharamsali zerwała się ulewa. Padało przez ponad pół godziny. Wąskie i zatłoczone uliczki szybko opustoszały, pozostało tylko kilka osobę z parasolami. Po deszczu w jednej chwili znów pojawił się tłok, hałas i klaksony samochodów próbujące przejechać główną ulicą. 1665.16 km

Dodaj komentarz przez Facebook

komentarzy

1 comment on “Rowerem po Indiach – cz. 4

  1. lopek 28 lipca 2012 at 08:07

    Ciekawa wyprawa, ale sponsor napisania I bledy zabieraja uroku calej artykulowi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *