Rowerem po Indiach – cz. 5

Dziś prezentujemy ostatnią część wyprawy Damiana po Indiach. Nie oznacza to jednak, że naszego bohatera ominą przygody. Po drodze do Dehli odwiedzamy m. in. MacLeodganj,  czyli miejsce pobytu Dalai Lamy. Nie zabraknie, jak zawsze, przysmaków Indyjskiej kuchni, lejącego się z nieba upału i życzliwych hindusów!

Dzień 29 – 25.07.2012 – MacLeodganj, z wizytą u Dalai Lamy.
0 km, 20-28 °C

W nocy niemiłosiernie mocno padało. O aluminiowy parapet obijały się wielkie krople wody wydając przy tym donośne stukanie. Rano spałem do 8:00, pierwszy raz tak długo podczas tego wyjazdu :) Potem zafundowałem sobie dwugodzinny spacer z Dharamsali do MacLeodganj. Miasta dzieli od siebie 9 km, jednak wydaję się jakby były to miasta leżące w różnych krajach. Dharamsala to miasto praktycznie nie różniące się od innych w tej części Indii. MacLeodganj to jednak największy ośrodek Tybetańczyków w Indiach, siedziba rządu tybetańskiego na uchodźstwie od 1960 roku oraz miejsce pobytu Jego Świętobliwości Dalai Lamy XIV. MacLeodganj nazywane jest „małą Lhasą” czyli stolicą Tybetu. Spacerując po mieście mija się wielu mnichów również płci żeńskiej jak i dzieci ;) Jest to zdecydowanie lepsze miejsce na nocleg niż głośna i zatłoczona Dharamsala. Nie brakuje tu hoteli, GH, sklepów czy kafejek internetowych. Wzdłuż głównych ulic można kupić pamiątki wykonane przez tybetańskie kobiety. Jest też wiele rodzinnych restauracji oferujących wegetariańskie posiłki. Po kilkugodzinnym spacerze mocno  zgłodniałem, więc w jednej z restauracji zamówiłem warzywa w cieście z dwoma doszło – potrawa nazywa się Masala Dosa.

Główną atrakcją turystyczną MacLeodganj jest buddyjski monastyr Namgyal, gdzie z bliska można obserwować modlitwy i medytację buddyjskich mnichów. Obok monastyru znajduje się muzeum tybetańskie. W muzeum pokazane jest dość wyraźnie z jakim okrucieństwem wojsko chińskie traktowało bezbronnych mnichów oraz ludność tybetańską. Krótkie filmy, broń oraz inne przedmioty jak na przykład zakrwawione ubranie więźnia, ukazują terror, który można porównać jedynie z obrazami z drugiej wojny światowej i nazistowskimi obozami. Pierwszą połowę dnia spędziłem w MacLeodganj, drugą zaś w niżej położonej Dharamsali, do której dostałem się stopem. Popołudniu znów zaczęło padać, a wieczorem zerwała się burza. Mimo wszystko nawet przyjemnie jest zmoknąć kiedy temperatura powietrza wynosi około 30 °C, lepsze to niż ponad 40 stopniowy upał :)

Dzień 30 – 26.07.2012 – Una
104.93 km, 17.0 śr, 42.7 max, 1158 m w górę, 6:09:28, 24-32 °C

Do 9:00 rano przez całą noc padał „heavy rain”. Ogromne ilości wody spadające z zawieszonych nad Dharamsalą chmur. Kiedy tylko deszcz trochę ustąpił wykorzystałem moment i wyrwałem się z deszczowego miasta Dharamsala. Już kilkanaście kilometrów dalej na południe przestało zupełnie padać, a nawet przebijało się słońce. Przez cały dzień na trasie towarzyszyli mi hinduscy pielgrzymi którzy pieszo, na rowerach, motorach, w samochodach i ciężarówkach zmierzali od jednej świątyni do drugiej. Pielgrzymi mieli na sobie jakiś pomarańczowy akcent oraz gwizdki, trąbki itp. Pojazdy zaś miały przyczepione czerwone flagi, srebrne talerze i czasami ogromne głośniki z których wydobywała się tutejsza muzyka. To musi być ważne wydarzenie dla hindusów skoro tak licznie uczestniczą w tak długiej drodze. Wszystko jest nawet dobrze zorganizowane. Po drodze mijałem tymczasowe campingi, punkty żywieniowe, a także punkty z wodą. Nad wszystkim oczywiście czuwa hinduska armia.

Po południu zatrzymałem się na obiad w nowej i czystej restauracji. Zamówiłem Chicken Biryani, sałatkę, sok, kawę oraz lody. Za wszystko zapłaciłem 175R (10zł). Chicken Biryani to potrawa z ryżu i kurczaka. Dostałem ogromną porcję ze sporymi kawałkami kurczaka. Ostre i pyszne. Polecam, mimo że hinduskie kurczaki smakują trochę gorzej niż polskie. Pod koniec dnia byłem pośrednio sprawcą wypadku. Kierowca skutera wraz z pasażerem tak bardzo chciał mieć ze mną zdjęcie, że nie zauważył pieszych, nie wyhamował i zaliczył upadek. Wszystko na szczęście wydarzyło się przy niewielkiej prędkości i poza otarciami nikomu nic groźnego się nie stało. Wolałbym jednak nie oglądać więcej takich sytuacji, a tym bardziej pośrednio czy bezpośrednio w nich uczestniczyć. Ten incydent świadczy o wielkiej bezmyślności i nie rozwadze tutejszych kierowców. Podczas każdego dnia mam po kilka niebezpiecznych sytuacji stwarzanych przez hinduskich kierowców z czego najgroźniejsze to wyprzedzanie na trzeciego oraz na zakrętach. Wiele razy muszę uciekać na pobocze kiedy widzę nadjeżdżający z naprzeciwka wyprzedzający samochód na zakręcie.

Pomimo, że zjechałem dziś w dół ponad 700 m to trasa wcale nie była z góry. Ponad 1100 m przewyższenia i kilka dłuższych podjazdów przypomniało mi poprzednie górskie etapy. Nocleg w hotelu w mieście Una. Jutro postaram się dojechać do NH1, czyli drogi autostrado-podobnej, która prowadzi do Delhi. Postaram się złapać jakąś okazję do stolicy Indii. Zamiast bezsensownie nabijać kilometry na zatłoczonej drodze wolę pozwiedzać Delhi i bliżej przyjrzeć się temu miastu. Miałem nadzieję zrobić jeszcze wycieczkę busem do Agry leżącej 200 km na południe od Delhi, aby zobaczyć Taj Mahal ale chyba to już mi się raczej nie uda z braku czasu.

Dzień 31 – 27.07.2012 – NH1
129.07 km, 18.6 śr, 41.3 max, 306 m w górę, 6:55:19, 31-41 °C

Od rana bardzo gorąco, już po 6:00 ponad 30 °C. Od początku starałem jechać dość szybko aby zrobić jak najwięcej kilometrów do południa, aby potem gdy jest najbardziej gorąco robić dłuższe postoje. Nawet się udało, do 10:00 miałem ponad 50 km i średnią prawie 20 km/h. Było równo lub nieznacznie z górki. Przez część trasy dalej towarzyszyli mi hinduscy pielgrzymi, którzy co chwilę witali się ze mną, prosili o zdjęcie i dopingowali. Po 14:00 podczas największej gorączki odpoczywałem w klimatyzowanej restauracji jednego z przydrożnych hoteli dodatkowo schładzając się lodami. Po 15:00 miałem na liczniki już ponad 120 km, więc następne kilka kilometrów jechałem rozglądając się już za hotelem. Wzdłuż drogi NH1 od miasta Ludhiana jest wiele drogich hoteli oraz kurortów. Tańszy ale wcale nie gorszy hotel znalazłem w okolicach miasta Doraha. Klimatyzacja z pokoju, ciepła woda, kablówka oraz papier toaletowy. Wypas :) Rano łapie stopa do Delhi. Aż jestem ciekaw jak to jutro wyjdzie. Na kolację kolejna nowa potrawa. Malai Kofta –  ostre danie z warzyw z czymś w rodzaju kotleta z twarogu. Do tego Chappati oraz sałatka. Nawet niezłe.

Dzień 32 – 28.07.2012 – Stopem do Karnal :)
141.54 km, 17.4 śr, 28.7 max, 260 m w górę, 8:00:24, 31-43 °C

Hmm… dziś niestety nie miałem tyle szczęścia, aby dojechać autostopem do samego Delhi. Próbowałem kilka razy łapiąc większe auta, które mogłyby zabrać mnie razem z rowerem. Dopiero pod koniec dnia zatrzymał się samochód, z którego wysiadł ciekawski hindus po czym jak zobaczył mój rozłożony na drodze rower oraz kilku gapiów wokół. Jakimś cudem najechałem na gwoździa leżącego na drodze i przebiłem niezniszczalną do tej pory tylną oponę. Zmiana dętki wywołała nie małą sensację. Rower, przyczepka, mała pompka czy łyżki do opon bardzo zaciekawiły zebrane osoby. Z uwagą przyglądali się całej wymianie.

Hindus podwiózł mnie do miasta Karnal. Zawsze to coś, 40 km bliżej celu. Miły hindus o imieniu Aresh pomógł mi również w znalezieniu niedrogiego hotelu w centrum miasta. 300R i klimatyzacja, TV oraz wielkie, wygodne łóżko.

Dzień 33 – 29.07.2012 – Delhi
139.76 km, 18.1 śr, 34.7 max, 168m w górę, 7:42:39, 28-32 °C

Ponieważ hotel znajdował się w centrum Karnal kilka kilometrów od drogi NH1 prowadzącej do Delhi najpierw musiałem wydostać się z miasta. Z pomocą GPS nie trwało to długo. Po kilkunastu minutach jechałem już prosto do hinduskiej stolicy. Droga jest w trakcie przebudowy pod nazwą Jalandahar-Panibat Project łącząc oba miasta nową i nowoczesną nitką. Trasa jak i wiele innych odcinków jest płatna. Opłaty nie są wysokie, a motory i rowery jeżdżą za darmo.

Przez cały dzień temperatura praktycznie stała w miejscu w okolicach 30 °C, słońce było schowane za chmurami, a ze wschodu wiał lekki wiatr. W takich warunkach dojazd do Delhi czyli prawie 140 kilometrowy odcinek zajął mi mniej niż osiem godzin i przed 16:00 byłem już w okolicach Red Ford od którego zacznę jutrzejsze zwiedzanie Delhi. Nocleg również niedaleko Red Ford w hotelu przy jednej z głównych ulic. Widok z okna wprost na meczet w którego dochodzą donośne modły.  Na kolację mięsne pulpety w ostrym sosie, sałatka z warzyw, hinduskie pieczywo, czyli Naan oraz shake bananowy.

Podczas popołudniowego spaceru wypiłem sporą ilość soku z bambusa, który sprzedawany jest niemal w całym Delhi. Specjalna maszyna wyciska sok z bambusowych patyków, który spływa do lodowych kawałków. Słodki, zimny napój Dziś w drodze przez kilka kilometrów towarzyszył mi motocyklista, a pewien starszy hinsus zapraszał mnie do swojego domu w Panibat. Nie było mi to niestety po drodze, więc musiałem podziękować. Niemal każdego dnia pobytu tutaj spotykałem się z ogromną sympatią oraz chęcią pomocy ze strony tutejszych ludzi. Przed Delhi zatrzymał się przede mną samochód, w środku siedziała rodzina, która widziała mnie w Leh dwa tygodnie temu. Bardzo się ucieszyli na mój widok. Takich i innych sytuacji miałem w Indiach naprawdę wiele. To bardzo buduje i pomaga kiedy jest się długo poza granicami kraju.

Dzień 34 – 30.07.2012 – Zwiedzanie Delhi
57.81 km, 14.3 śr, 34.0 max, 148 m w górę, 4:01:55, 28-31 °C

Zwiedzanie Delhi niestety nie wyszło tak jak planowałem. Od rana padał deszcz, a do tego Czerwony Ford – jedna z głównych atrakcji Delhi był zamknięty. Akurat w poniedziałek twierdza jest zamknięta dla zwiedzających. No co za pech :( Co prawda wczoraj pod wieczór byłem na małym spacerze wokół ogromnej budowli jednak nie wchodziłem do środka ponieważ robiło się już ciemno i zwiedzanie planowałem dziś. Na przeciwko bramy główniej Red Ford jest piękna hinduska świątynia Jain. W środku kapłani razem z wiernymi modlą się spożywając przy tym hinduskie potrawy.  Do środka można wejść tylko bez obuwia i skarpet, a także nie wolno robić zdjęć. Następną godzinę zajęło mi spacerowanie po ulicach Old Delhi a także podziwianie ogromnego Meczet Dżama Masdżid niedaleko Red Ford. Najbardziej podobało mi się jednak w okolicach monumentu India Gate oraz pałacu prezydenckiego. Tutaj było najciszej, najczyściej i najbardziej zielono. Zapewne też najbezpieczniej, wszędzie rozstawione są dobrze uzbrojone jednostki hinduskiej armii.
Na lotnisko dotarłem około 18:00. Ponieważ do terminalu można wejść nie wcześniej niż 6 godzin przed planowanym odlotem musiałem spędzić trochę czasu z poczekalni. Na wyprawie zastanawiałem się jak spakować rower nie mając pudła. Wykombinowałem, że wykorzystam te rzeczy które mam że sobą, czyli: namiot, karimatę oraz cienki pokrowiec na rower, który głównie służy mi jako podkład pod karimatę. Koła zawinąłem z namiot, karimatę użyłem jako zabezpieczenie przed uszkodzeniami wszystko, włożyłem do pokrowca i zawinąłem taśmą samoprzylepną którą kupiłem na ulicy w Delhi za 20R. Resztę rzeczy wrzuciłem do wielkiej ruskiej torby aby zgadzała się liczba bagaży którą mogę mieć ze sobą. Wyszło nienajgorzej, a całość bez pudła waży 3kg mniej niż w drodze do Indii.

Dzień 35 – 31.07.2012 – Wylot z Delhi z poślizgiem – 1.08.2012 – Kłopoty z PKP

Planowany wylot miałem o godzinie 4:10. Po odprawie byłem już po 24:00. Postanowiłem więc się trochę przespać na terminalowym dywanie między krzesłami. Nie ja jedyny zresztą. Na mojej dmuchanej poduszce szybko udało mi się zasnąć. Dźwięk budzika obudził mnie 40 minut przed wylotem. Wtedy pojawiła się informacja, że lot do Moskwy z przyczyn technicznych zostanie opóźniony. Najpierw o 20 minut, potem o godzinę, a potem o następną. W końcu przed godzina 8:00 czyli z prawie czterogodzinnym opóźnieniem samolot wystartował z deszczowej stolicy Indii. Przed wylotem linie lotnicze rozdały podróżnym wodę oraz soki. Przesiadkę w Moskwie miałem mieć po 50 minutach od wylądowania. Na moskiewskim lotnisku Sheremietievo został podstawiony samolot do Warszawy po kolejnych czterech godzinach. I tak zamiast o godzinie 10:00 do Warszawy dotarłem po 19:00. Kolejną przeszkodą na drodze do powrotu do domu był przejazd pociągiem z Warszawy. Bezpośredni pociąg był objęty całkowitą rezerwacją miejsc, a w wagonie z miejscami dla rowerów nie było już miejsca i tak kolejną noc musiałem spędzić na warszawskim dworcu, a raczej jego okolicach ponieważ dworzec był zamknięty w godzinach 24:00-4:00. Tuż przed godziną 6:00 udało mi się wsiąść wreszcie do pociągu z rowerem. Do domu po przesiadce we Wrocławiu dojechałem po godzinie 20:00. Z wielogodzinnym opóźnieniem ale cały i zdrowy, a to chyba najważniejsze :)

Galeria z wyprawy
https://picasaweb.google.com/108207635194333924790/LadakhAuthorCycleExpedition2012RoweremPoIndiach

Dodaj komentarz przez Facebook

komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *