Wodzisławskie „bujanie”

Wiosenna pogoda, 23 stopnie, wymagająca technicznie i kondycyjnie trasa to wspomnienia z niedzielnego wyścigu.  Zawody odbywające się w Wodzisławiu Śląskim zainaugurowały dziś rozpoczynający się cykl GrandPrix MTB Euroregionu Silesia. Po zeszłotygodniowym przetarciu w lasku Łabędzkim w Gliwicach morale były wysokie. Poza mną na wyścigu pojawili się tez Tomek Jejonek i Paweł Wiendlocha, czyli zawodnicy teamu DSR. Jak nam poszło? Przekonajcie się sami:)

GrandPrix MTB Euroregionu Silesia to mój docelowy cykl w tym roku. Stwierdziłem, że postanawiam rozstać się na trochę z maratonami i wrócić do korzeni, czyli XC.  Wyścigi są krótsze, bardziej dynamiczne i wymagające techniczne. W elicie zawsze pojawia się ktoś mocny, więc o dobre ściganie można być spokojnym. Z drugiej strony wysiłek zamyka się maksymalnie w 2h, więc same treningi nie wymagają robienia tak dużej objętości tlenowej, aby wypracować optymalną formę.

W Wodzisławiu pojawiłem się kilka minut po 11.00 i po drobnych problemach ze znalezieniem miejsca startu udałem się do biura zawodów. Szybkie zapisy i jasno określony czas startu (12.30) trzeba zaliczyć na bardzo duży plus. Mając świadomość tego, że została do niego tylko godzina złożyłem rower, przebrałem się i gotowy do boju wyruszyłem na objazd trasy. Przyznam się szczerze, że pod względem trudności  rundy organizatorzy stanęli na wysokości zadania. Interwałowa trasa, ze sporą ilością wymagających różnych umiejętności technicznych zjazdów (których mi niestety w jednym miejscu brakowało) zapowiadała bardzo ciekawą rywalizację. Biorąc pod uwagę błotne odcinki, korzenie i kilka ciasnych zakrętów to wybór opon Panaracer Fire XC okazał się jak najbardziej trafiony. Po drodze spotkałem Tomka i Pawła, którzy kręcili się w okolicach startu, gdyż zbliżała się już 12.30. Kilka minut po wyznaczonym czasie, wystrzał i start! Stałem za Pawłem, więc wjeżdżając pod pierwszą górkę „starałem” trzymać się jego koła. Nie będę tłumaczył się cięższym rowerem,  wiejącym w twarz wiatrem lub uwierającymi spodenkami. Po kilku minutach było już jasne, kto będzie się liczył dzisiejszego dnia. Chwilę potem dognił mnie Tomek – dalsze kategorie startowały 30 sekund po Elicie. Stwierdziłem, że chłopcy, mają swój wyścig, a ja swój. Celem na dzień dzisiejszy była równa mocna jazda, unikanie kraks i upadków – w końcu to początek sezonu, więc szkoda byłoby go zaczynać w poobijanym stanie. Musiałem się zapoznać też z nową w pełni amortyzowaną ramą, której bardzo sprzyjała dzisiejsza trasa…..

Nową ramą?! No właśnie, od dnia dzisiejszego będę ścigał się na ramie Author A-Ray, jednak nie będzie to nowa carbonowa zabawka ze „stajni” Authora, ale aluminiowa sprawdzona konstrukcja, która mimo że odchodzi już powoli w zapomnienie to radzi się wyśmienicie. Nie będę się teraz nad nią rozwodził, bo jeżdżę na fullu dopiero od dziś, więc musi minąć jeszcze sporo kilometrów i wyścigów, abym mógł sensownie na jej temat się wypowiedzieć.

Wracając do samego wyścigu, to czekało mnie 7 wymagających rund. Jazda na fullu kojarzyła mi się zawsze z egzotyką, ale w rzeczywistości nie było źle. Wprawdzie na podjazdach koledzy na sztywnych ramach troszkę mi uciekali, ale potem sprawnie odrabiałem stracony czas na zjazdach, więc bilans był zerowy. Full wybaczał też wiele błędów technicznych, które na początku sezonu nie są dla nikogo czymś dziwnym. Z perspektywy samego wyścigu i chłodnej analizy muszę stwierdzić, że przesadziłem troszkę z tempem na pierwszych rundach, co potem zemściło się na mnie w połowie wyścigu. Dogoniło mnie kilka osób, z których część odjechała, a z drugą częścią „rozprawiłem się” pod koniec wyścigu, kiedy siły zaczęły już powracać. Straciłem też trochę czasu na walce z taśmą, która wkręciła mi się w koło na jednej z rund, no i sukcesywnie mitrężyłem czas na jednym ze zjazdów, na który nie miałem innej koncepcji niż zbieganie. Ostatnia runda to już kontrola sytuacji, aby nikt nie dopadł mnie tuż przed samą metą. Z drugiej strony nie było też co zbytnio się szarpać, gdyż w zasięgu wzroku nie było nikogo.  Jazdę skończyłem po około 1,5h, ale niestety trudno powiedzieć na którym miejscu, gdyż wyniki jeszcze się nie pojawiły. Szacuję że była to połowa stawki, ale kiedy pojawią się wyniki, to wspomnę o tym w następnej notce.

Podsumowując wyścig, uważam go raczej za udany. Tym razem obyło się bez defektów i mam nadzieję, że szybko przyzwyczaję się do nowej ramy. Dostałem też dobrą lekcję techniki i wiem nad czym będę musiał na najbliższych treningach popracować. Miejmy nadzieję, że będzie już tylko lepiej.

Dodaj komentarz przez Facebook

komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *