Wyprawa do „USA” cz.18: Meksyk

Martwiliście się o Damiana? Nasz podróżnik ma się świetnie i w dalszym ciągu przemierza Meksyk! Pomimo grożących niebezpieczeństw przemierza kolejne kilometry i zdobywa amerykańskie przełęcze………. oraz wulkany!

18.10.2013 – Tequila – Guadalajara
Jeszcze rano byłem w mieście partnerskim Jeleniej Góry czyli Tequili a po południu w mieście partnerskim Wrocławia czyli Guadalajarze. Nie sądziłem, że Dolny Śląsk ma aż tak silne powiązania z Meksykiem oddalonym przecież o wiele tysięcy kilometrów. Mam nadzieję, że współpraca pomiędzy miastami to coś więcej niż tylko wymiana herbów na stronach internetowych owych miast. Dziś przez cały dzień nie towarzyszył mi radiowóz a część trasy do Guadalajary nie miała pobocza więc musiałem bardzo uważać żeby żaden samochód we mnie nie uderzył. Meksykanie nie są tak ostrożni jak amerykanie ale też nie jest tak tragicznie jak w Indiach. Rano jeszcze w hotelu zjadłem śniadanie i wypiłem kawę, potem załatałem dętkę i pożegnałem piękną Tequilę. Do Guadalajary a raczej na jej obrzeża dojechałem po 14:00. Tutaj poznałem Jose oraz jego rodzinę którzy przygarnęli mnie na noc. To mój pierwszy Warmshowers w Meksyku :) Jerano pomógł mi w znalezieniu serwisu rowerowego gdzie udało się dopasować obręcz a Griselda nakarmiła mnie kilkoma specjałami kuchni meksykańskiej. Spróbowałem między innymi mole, czyli dania z fasoli z siedmioma różnymi rodzajami pieprzu, sok z guawy a także bardzo przypominającą zupę pomidorową z brokułami i sokiem z limonki.

19.10.2013 – Guadalajara
Jak powiedział mi Jenaro Guadalajara należy do jednego z dwudziestu miast na Świecie gdzie rowerem jeździ się najgorzej. Jest tu ogromny ruch uliczny, strasznie dziurawe drogi i nie kulturalni kierowcy którzy nie liczą się z bezpieczeństwem cyklistów. Po śniadaniu Jenaro podwiózł mnie na motorze do sklepu rowerowego po odbiór koła. Za nową obręcz, przewinięcie i dętkę zapłaciłem 415 pesos czyli jakieś 104 złote, nie najgorzej :) Potem Janero wraz z synem i kilkoma chłopakami z drużyny kolarskiej towarzyszyli mi podczas zwiedzania miasta na rowerze. W kilka godzin w ścisłym centrum Guadalajary udało mi się zobaczyć kilka ciekawych miejsc. Janero wraz z ekipą pożegnali mnie przy katedrze w samym centrum miasta. Przez następną godzinę jeździłem zatłoczonymi uliczkami Guadalajary a popołudniu zajechałem do Nicolasa. Nick ma ciekawe hobby ponieważ „kolekcjonuje” turystów poprzez portal Couchsurfing a ostatnio i Warmshowers. Jak się dowiedziałem Nick ugościł już 150 osób z 32 krajów. Ponieważ podróżników rowerowych zaprasza od niedawna byłem dopiero jego drugim gościem na rowerze a Nick moim drugim hostem w Meksyku. Ponieważ nie lubię dużych miast zwiedzanie Guadalajary zmęczyło mnie bardziej niż wjazd na wulkan Tequila.

20.10.2013 – Guadalajara – La Barca – 118km
Po śniadaniu i pożegnaniu z Nick’iem ponad godzinę i 20 kilometrów zajęło mi wyjechanie z Guadalajary. Znów zaczęły się pagóry i jazda raz w górę 14km/h a raz w dół 40km/h. Spodziewałem się, że kiedy wjadę na autostradę zaraz dołączy do mnie radiowóz jednak kilka z nich tylko minęło mnie. W mieście La Barca ponownie pomogli mi pracownicy ochrony cywilów kierując mnie do najtańszego hotelu za jedyne 100 pesos.

21.10.2013 – La Barca – Panindicuaro – 107km, 1300m w górę
Rano po wyjściu z hotelu poczułem lekki chłodek, tylko 12st.C. Słońce było schowane za chmurami a najwyższą temperaturą były 24st.C. Tak można jechać :) Dzień bardzo podobny do wczorajszego. Szybka setka do 14:00, potem spacer po małym miasteczku i odpoczynek w jedynym hotelu w Panindicuaro. Po drodze wdrapałem się dwa razy na wysokość powyżej 2000m.npm ale wysokie podjazdy w Meksyku dopiero przede mną. Po raz kolejny wjechałem w drut i na poboczu autostrady musiałem łatać dętkę. Policja mijała mnie kilka razy ale jakoś nie miała ochoty za mną jechać. Na kolację zestaw owoców za jakieś 7zł.

22.10.2013 – Panindicuaro – Zinapecuaro de Figureola – 112km, 1250m w górę
Gdyby nie wysokie wulkany i niektóre zwierzęta pomyślał bym, że jadę gdzieś po Europie a nie w Meksyku. Ostatnie dwa dni szare, zachmurzone i chłodne. Zapewne jest to wina huraganu Reymond który szaleje u wybrzeży Oceanu Spokojnego jakieś 300 km od miejsca w którym się znajduję. Na 85 kilometrze trochę mnie zmoczył deszcz. Nawet nie pamiętam kiedy ostatnio na mnie padało. Przez cały dzień przeszkadzał też wiatr. Policja już chyba zupełnie o mnie zapomniała i dobrze bo bez ogona jedzie mi się lepiej. Po 15:00 w przy autostradowej restauracji zjadłem obiad złożony z ryżu, kurczaka i warzyw :) W restauracji zapytałem o tani motel i według wskazówek zjechałem z autostrady i kilometr dalej za 200 pesos zamiast pokoju dostałem apartament a raczej pół domu z dwoma pokojami, kuchnią łazienką. Jedyne czego mi brakowało to WiFi. O 18:00 zaczęło lać i naprawdę mocno padało przez godzinę.

23.10.2013 – Zinapecuaro – Atlacomulco – 106km
Zimno, deszczowo, szaro, ponuro, jesiennie jak nie w Meksyku. Mam nadzieję, że to wina huraganu a nie pora deszczowa. Dziś w planach miałem wjazd na wulkan San Andres ale pogoda szybko wybiła mi to z głowy. Po deszczu i niskiej temperaturze na wysokości 2000m półtora tysiąca metrów wyżej można się spodziewać śniegu i mrozu. Przyzwyczajony przez ostatnie kilka miesięcy do upałów przy czternastu stopniach popołudniu było mi zimno. Rano wjechałem na wysokość powyżej 2500m a przed miastem Atlacomulco kolejne sto metrów wyżej. Do Atlacomulco wjechałem zupełnie przemoczony. W pierwszym hotelu w centrum za 200$ nie było miejsc ale kawałek dalej udało mi się znaleźć nocleg za 140$ :) Po gorącym prysznicu potrzebowałem dwóch godzin w łóżku aby się rozgrzać. Na kolację pół arbuza.

24.10.2013 – Atlacomulco – 0km, Dzień odpoczynku
Ponieważ poranek był bardzo podobny do wczorajszego czyli zimny i mokry a moje buty nie zdarzyły wyschnąć przez noc postanowiłem zrobić sobie leniwy dzień i odpocząć w Atlacomulco. Takie dni jak ten mijają jeszcze szybciej niż na rowerze. Z tego co pamiętam mój ostatni dzień bez roweru był w Las Vegas kilka tygodni wcześniej. Przed południem zrobiłem krótki spacer po centrum, potem obejrzałem film, mecz przez internet i dzień zleciał ekspresowo. Przesmarowałem jeszcze łańcuch po mokrym etapie i połatałem dziurawe dętki. Pod wieczór wyszedłem na jeszcze jeden spacer, pogoda się polepszyła a jutro ma być jeszcze lepiej. Z TV dowiedziałem się że huragan odsuwa się na zachód w kierunku oceanu :)



25.10.2013 – Atlacomulco – Volcano Nevado de Toluca – 98km, 1400m w górę
Rano po wyjściu z hotelu przeżyłem szok termiczny. Tylko 5st.C po wschodzie słońca przy bezchmurnym niebie. Szybko ubrałem na siebie kurtkę, rękawiczki z długimi palcami oraz chustę na głowę. Na pierwszej stacji paliw wypiłem gorącą kawę i zjadłem śniadanie. Do miasta Toluca miałem 60km które pokonałem w niecałe trzy godziny z pomocą wiatru. Toluca podobnie jak Atlacomulco znajduje się na wysokości około 2600m.npm. Przejazd przez miasto zajął mi ponad godzinę. Już w centrum zaczął się delikatny podjazd pod górę a za miastem robiło się coraz bardziej stromo. Z dołu dobrze widać szczyt wulkanu który jest czwartym wierzchołkiem Meksyku. Do wioski Loma Atla było momentami nawet 10% nachylenia. W sumie dobrze ponieważ szybko nabierałem wysokości. W restauracji zjadłem obiad w postaci pieczonego pstrąga z tortillą na ostro. Razem z piwem zapłaciłem jakieś 16zł. Z drogi numer 10 zjechałem według znaków na szutrowy odcinek prowadzący do szczytu. Zastanawiałem się czy zdobyć go dziś czy jutro rano. Na wysokości 3700 metrów dojechałem do rozjazdu w którym znajduje się kasa wstępu do parku narodowego oraz coś z rodzaju pola piknikowo- namiotowego. Postanowiłem zostać tu na noc a rano dojechać do końca drogi w kraterze wulkanu do którego mam tylko 16 kilometrów.

26.10.2013 – Volcano Nevado de Toluca – Xalatlaco – 98km
Noc tak jak się spodziewałem zimna. Ale jak się śpi w namiocie na wysokości 3700m to nie ma się co dziwić. Rano namiot i sakwy pokryte były grubą warstwą szronu a temperatura według mojego licznika wynosiła -4st.C. Ze śpiwora wyszedłem dopiero kiedy słońce zaczęło świecić na namiot szybko go odmrażając. Przed dziewiątą zaczęły się zjeżdżać samochody z turystami i rowerzyści a o dziewiątej został otwarty sklepik w którym się ogrzałem przy gorącej kawie. Przyczepkę i namiot zostawiłem w kasie parku i ruszyłem w górę. Pierwsze sześć kilometrów droga prowadziła lasem jednak najlepsza zabawa zaczęła się powyżej granicy lasu. W dole nad miastem Toluca unosiło się morze chmur a ściany wulkanu Toluca były oświetlone promieniami słońca przy bezchmurnym niebie. W międzyczasie mijały mnie kolejne auta i autobusy a ja po kolei wyprzedzałem rowerzystów którzy wyjechali przede mną. Po kolejnych kilku kilometrach dojechałem do szlabanu, tylko do tego miejsca mogły dojeżdżać samochody. Dalej spotkać można tylko pieszych, biegaczy i rowerzystów. Ten odcinek jest najbardziej kamienisty ale i tak nie najgorszy. Po kolejnych kilku kilometrach trawersujących zbocze wulkanu dojechałem do jego krateru w którym znajdują się dwa jeziorka, większe Słońce i mniejsze Księżyc. Na końcu drogi przy znaku Laguna Del Sol na wysokości około 4210m.npm zrobiłem kilka zdjęć i zacząłem długi zjazd do miasta Toluca na 2600m. Trochę żałowałem, że nie mam drugich butów do chodzenia bo z pewnością wszedł bym na sam szczyt wulkanu do którego miałem jakieś 500m w górę i tylko dwa kilometry. Wulkan Toluca to czwarty szczyt Meksyku. Dawno z góry nie miałem tak pięknych widoków a sam krater to również miejsce wyjątkowe. Z wysokości 4200m zjechałem z powrotem do miasta Toluca na około 2600m i dalej do miasta Xalatlaco w którym zostałem na noc.



27.10.2013 – Xalatlaco – Ixtapaluca – 104km
Kiedy rano zadzwonił budzik na dworze było już jasno. Znów zmiana czasu. Kilka godzin do południa wspinałem się w okolice wulkanu Ajusco aż na wysokość ponad 3600m na granicy meksykańskich stanów. I była to najspokojniejsza i najlepsza część dnia. Potem czekał mnie długi zjazd na wysokość około 2300m do stolicy Meksyku. Już kilka kilometrów przed tą ogromną aglomeracją miejską na drodze zrobiło się tłoczno, samochody mijały mnie niebezpiecznie blisko to tego co kilkaset metrów musiałem hamować przed wysokimi progami zwalniającymi. Im bliżej centrum tym było gorzej. Szybko zniechęciłem się do zwiedzania Ciudad Mexico i postanowiłem wyjechać z miasta tak szybko jak to tylko możliwe. Południowymi dzielnicami kierowałem się na południowy zachód. Ogromny ruch uliczny, hałas, spaliny, bezpańskie psy, mnóstwo autobusów i nieostrożni kierowcy. Musiałem jechać bardzo uważnie ale też w miarę szybko ponieważ nawet teoretycznie krótszy dystans że wschodu na zachód to ponad 40 km po zatłoczonym mieście. Popołudniu w końcu udało mi się wyjechać z Meksyku i po przejechaniu stówki zacząłem rozglądać się na motelem. W miasteczku Ixtapaluca znalazłem pokój w promocyjnej cenie w dodatku na chwilę przed deszczem.

28.10.2013 – Ixtapaluca – Amecameca – 97km, 1450m w górę
Rano czekał mnie podjazd na przełęcz Rio Frio. Przyczepkę i namiot zostawiłem w recepcji hotelu ponieważ wjazd i zjazd był tą samą drogą. W trzy godziny uporałem się z podjazdem na wysokość 3200m. Po raz kolejny informacje zaciągnięte z Wiki okazały się niezbyt precyzyjne. Najwyższy punkt drogi pomiędzy Mexico D.F. a Pueblą i przełęcz nie znajduje się w miasteczku Rio Frio a kilka kilometrów bliżej stolicy Meksyku w okolicach parku rekreacyjnego Llano Grande. Nie będąc pewnym właściwego miejsca przełęczy musiałem zjechać do następnego zjazdu z autostrady czyli właśnie w Rio Frio cztery kilometry dalej i 200m niżej. Tutaj zrobiłem dłuższą przerwę i w jednej z wielu restauracji zjadłem wyśmienite zielone tacos z kurczakiem, ziemniakami i warzywami.



29.10.2013 – Amecameca – Puebla – 103km, 1500m w górę
Dziś czekał mnie jeden długi podjazd na przełęcz Paso de Cortes. Z miasteczka Amecameca z którego wyjechałem po siódmej na przełęcz jest około 23km i ponad 1000m przewyższenia. Po drodze jest kilka wymagających odcinków o nachyleniu przekraczającym 12-13% ale przynajmniej północny podjazd jest asfaltowy. Pokonując kolejne kilometry zastanawiałem się kiedy wreszcie zobaczę Popocatepetl. Drugi szczyt Meksyku i piękny stożkowy wulkan z kraterem o szerokości 600 metrów. Oczywiście rowerem nie da się wjechać na jego szczyt, jedyne czego oczekiwałem to ładne zdjęcie z wulkanem w tle. Kilka kilometrów przed przełęczą przez krótki czas udało mi się zobaczyć Popo w jego pełnej klasie z dymem wydobywającym się z krateru co świadczy o jego aktywności. Kiedy dojechałem do przełęczy szczyt wulkanu był już częściowo zachmurzony a słońce uniemożliwiało wykonanie super foty. Przełęcz Cortes znajduje się pomiędzy wulkanami Popocatepetl i Aztaccihualt które są kolejno drugim i trzecim szczytem Meksyku. Popo to klasyczny stożek a Azta z południowej strony przypomina leżącą kobietę. Przełęcz ma wysokość około 3679m.npm i jest jedną z najwyższych w Meksyku. Na przełęczy znajduje się schronisko z restauracją, pole namiotowe oraz dwie drogi w kierunku obu wulkanów. Obie zamknięte dla turystów ale ja i tak nie planowałem jechać wyżej tylko zjeżdżać do miasta Puebla. Południowa część drogi z przełęczy to już znacznie gorsza nawierzchnia z kamieniami, szutrem i piaskiem na którym grzązłem co jakiś czas. Dolna część drogi jest w remoncie więc może wkrótce będzie tu także asfalt przynajmniej powyżej wioski Xalitzintla. Praktycznie do Puebli miałem w dół na wysokość 2100m. Miasto nie jest tak ogromne jak stolica Meksyku ale ponad godzinę zajęło mi samo przejechanie przez nie. Wjechałem na niewysokie wzgórze na którym znajduje się monument z ogromną flagą Meksyku oraz kościół. Następnie w centrum przejechałem przez aleję fontann i pomników aby dojechać do serca Puebli. Miasto ma naprawdę sporo zabytków szkoda tylko, że w całym mieście jest nierówna kostka brukowa. Na nocleg zatrzymałem się na obrzeżach miasta poza centrum. Na kolację pyszne sandwiche z kurczakiem i warzywami oczywiście na ostro.



30.10.2013 – Puebla – Atzitzintla – 101km, 750m w górę
Najłatwiejszy dzień od dobrego tygodnia. Szybki i w większości płaski etap z wiatrem w plecy że średnią 19km/h. Tylko ostatnie 20 kilometrów lekko pod górę do miasteczka Atzitzintlana wysokość 2700m tuż pod ogromną górą Pico de Orizaba będącą najwyższym wulkanem Ameryki Północnej oraz najwyższym szczytem Meksyku. Przez większość dnia było pochmurno więc poza niższymi partiami nie widziałem mojego jutrzejszego celu czyli wierzchołka Sierra Negra ani ośnieżonych zboczy Orizaby. Dopiero późnym popołudniem wiatr przegonił chmury i odkrył oba wysokie szczyty. Z Atzitzintly dobrze widać wielki teleskop milimetrowy na szczycie Sierra Negra która jest szóstym szczytem Meksyku a do teleskopu prowadzi najwyższa drogą nie asfaltowa Ameryki Północnej. Mając wolne popołudnie trochę pospacerowałem po Atzitzintli, porobiłem zdjęcia oraz porozmawiałem z kilkoma mieszkańcami miasteczka. Meksykanie są bardzo zainteresowani moją podróżą a kiedy mówię że jestem z Polski od razu kojarzą fakt z papieżem polakiem. Zresztą pomnik JP2 stoi nawet przed kościołem w Atzitzintla :)

31.10.2013 – Atzitzintla – Sierra Negra – Esperanza
Dzisiejszy dzień był podporządkowany tylko pod jeden cel. Wjazd na szczyt wulkanu Sierra Negra do którego prowadzi najwyższa nieasfaltowa droga Meksyku i całej Ameryki Północnej. Dla przypomnienia dodam, że kilka miesięcy wcześniej w USA wjechałem na najwyższą asfaltową drogę Ameryki Północnej czyli Mount Evans Road w Colorado na wysokość 4347m.npm. Poranek wymarzony. Słońce, bezchmurne niebo i idealna widoczność na ośnieżonego kolosa czyli Pico de Orizaba i mniejszy sąsiedni wulkan Sierra Negra mój dzisiejszy cel z wielkim teleskopem na szczycie. Wiedziałem, że z miasteczka Atzitzintla do szczytu mam około 21-22km, że średnie nachylenie to około 10%, przewyższenie to prawie 2000 metrów w górę oraz to że nawierzchnia nie jest najlepsza. Początek dosyć sprawny i szybki asfaltową drogą do miasteczka Texmalaquilla potem im wyżej tym gorzej. Już w Texmalaquilla nachylenie wynosiło ponad 12%. Kolejne kilometry to 12-15% i na zmianę szuter z luźnymi kamieniami oraz krótkie odcinki kostki po której jedzie się nieźle. Po drodze nie obyło się oczywiście bez małych kłopotów. Po najechaniu na kamień przebiłem dętkę a na wysokości 4000m jakieś pięć kilometrów przed szczytem czekał szlaban i strażnik który nie chciał mnie przepuścić ponieważ nie miałem pozwolenia. Ponieważ permitu nie miałem bo nawet nie wiedziałem o potrzebie jego uzyskania a strażnik był nieugięty wróciłem się kawałek do drogi która prowadzi pod wulkan Orizaba i kawałek dalej przez las wróciłem na swoją drogę omijając strażnika. Za dużo wysiłku włożyłem w ten podjazd żeby wracać z pustymi rękami, dziś żadne szlabany nie przeszkodziły mi w zdobyciu ważnego celu. Ostatnie kilka kilometrów to 20 serpentyn z kiepską nawierzchnią. Na zakrętach był grząski piasek i koła się zapadały, często musiałem schodzić z roweru i podchodzić kilka metrów co dodatkowo męczyło. W końcu po kilku godzinach dotarłem do wielkiego teleskopu na wysokości 4621 metrów. Na szczycie było dość chłodno a chmury co chwilę zasłaniały widoki. Przed teleskopem stoi brama obok niej zakrzywiony mur z napisem Gran Telescopio Milimetro przy którym zrobiłem zdjęcia. Zjazd do Atzitzintli trwał mniej niż półtora godziny. Pogoda zaczęła się psuć i mocniej wiało. Z hotelu zabrałem przyczepkę i namiot i zjechałem do miasta Esperanza. Tutaj znalazłem sklep rowerowy i kupiłem dętkę. 30 pesos za bardzo grubą i ciężką gumę z samochodowym wentylem. Niestety presty nie było a w tylnym kole obręcz ma wąski otwór. Wymieniłem dętkę z przyczepki i wyczyściłem zakurzony łańcuch. Jutro i po jutrze dłuższe etapy do kolejnego celu

1.11.2013 – Esperanza – Tepelmeme de Morelos – 143km, 1600m w górę
Po ostatnich dniach z dziennym kilometrarzem w okolicach 100km dziś trasa ponad 40% dłuższa. 100 kilometrów wykręciłem już do południa ponieważ z 2500 zjechałem na około 1050 metrów za miastem Tehuacan na drodze 135 na wysokim moście w szerokim kanionie. Od tego momentu zaczęła się mozolna wspinaczka w górę. Przez kolejne kilka godzin zrobiłem tylko 40km dojeżdżając do miasteczka Tepelmeme na wysokości ponad 2100m w którym nie ma hotelu, bankomatu a drogi są szutrowe lub brukowane. Zrobiłem tylko małe zakupy na kolację, wyjechałem z miasteczka i rozbiłem namiot niedaleko głównej drogi. Po rozbiciu namiotu okazało się że brakuje tropika. Kiedy ostatnio spałem w namiocie musiałem go gdzieś zostawić. Generalnie to nie problem ponieważ z reguły i tak go nie zakładam. Górna część namiotu jak i wejście służą jako moskitiera. Wyjątkiem kiedy tropik jest mi potrzebny to deszcz lub naprawdę zimna noc. Dziś na deszcz się nie zapowiada ale jutro będę musiał coś pomyśleć. Może worek na śmieci lub kurtka p/deszczowa zamiast tropika. Ewentualnie mam jeszcze folię termiczną w apteczce. Zgubienie części namiotu to nie jedyna strata. Do listy psującego się wydłużonego sprzętu mogę jeszcze dopisać coraz bardziej podarty śpiwór i pękniętą przełączkę do gniazdka elektrycznego.

2.11.2013 – Tepelmeme – Oaxaca – 146km, 1400m w górę
Dwudniowy plan dojechania do Oaxaca zrealizowany. Już po 35 kilometrach miałem 600 metrów przewyższenia w górę a spodziewałem się płaskiego etapu i zjazdu do Oaxaca popołudniu. Owszem zjazd był ale dopiero na koniec męczącego dnia. W międzyczasie wykręciłem ponad 130km z wieloma podjazdami, zjazdami i zakrętami. Udało mi się również zrobić coś dobrego i pomóc Meksykańczykowi w potrzebie. Na drodze spotkałem taksówkarza który złapał flaka a zapas również nie nadawał się do jazdy. Za pomocą mojej pompki rowerowej SKS w jakieś piętnaście minut na zmianę we dwóch napompowaliśmy samochodowe koło do optymalnego ciśnienia i biedak mógł jechać dalej. W Oaxaca podjechałem pod Monte Alban mój jutrzejszy cel w poszukiwaniu motelu jednak niczego nie znalazłem więc musiałem wrócić się do centrum. Nocleg za 210 pesos w bardzo nieciekawej dzielnicy w której lepiej nie wychodzić po zmroku.

3.11.2013 – Oaxaca – Totolapa – 103km,1400m w górę
Rano z Oaxaca podjechałem na pobliskie wzgórze zwane Monte Alban. Droga z centrum miasta to jakieś 7km i 400 metrów wyżej. Góra znajduje się na wysokości około 2000m a na jej szczycie znajduje się jedno z najbardziej niesamowitych miejsc jakie kiedykolwiek widziałem. Południowy Meksyk to nie tylko kultura Majów na półwyspie Jukatan ale również Olmeków, Zapoteków i Mixteków którzy w różnych okresach zamieszkiwali Mount Alban. Wzgórze najpierw zostało wyrównane a potem na sporym placu zaczęto wznosić świątynię, schodkowe piramidy, kolumny i inne budowle. Wszystko wygląda naprawdę niesamowicie. Jest to pierwsze takie miejsce jakie odwiedziłem więc zapewne dlatego wywarło na mnie spore wrażenie. Chwilę po dziewiątej skończyłem zwiedzanie ruin i zjechałem do Oaxaca. Dość szybko wyjechałem z miasta kierując się drogą 190 na południowy wschód. Kilka łatwych podjazdów, trochę prostych a na koniec zjazd na około 950m.

4.11.2012 – Totolapa – Tequisistlan – 133km, 1900m w górę
Cieszę się, że ten dzień się już skończył. Mimo, że tylko nieznacznie przekroczyłem dzienną średnią odległość to przewyższenie całkiem spore. Same zakręty, dużo podjazdów i zjazdów. Bardzo męczący etap a dodatkowo głowa nie pracowała jak trzeba. Od rana psychiczny kryzys i brak chęci do jazdy. Wymęczyłem 100km a na koniec dnia czekał mnie na szczęście prawie trzydziesto kilometrowy zjazd na wysokość około 200m.npm. Nocleg w namiocie niedaleko drogi.

5.11.2013 – Tequisistlan – Niltepec – 128km
Jak bym ostatnio mało miał psującego się sprzętu to jeszcze dziś niechcący usiadłem na dmuchaną poduszkę która pękła. Bez tropika, z porwanym śpiworem i pękniętą poduszką spanie w namiocie robi się niezbyt przyjemne a dodatkowo karimata nadaje się również do wymiany z racji dziwnego zapachu. Wstałem przed wschodem słońca i do 10:30 wykręciłem 70km. Marzyłem o szybkiej setce i wolnym popołudniu. W południe zerwał się wiatr, z dętki zaczęło schodzić powietrze a w miasteczku w którym planowałem zostać na noc nie było hotelu. I tak o dopiero o 16:00 dojechałem do Nipletec gdzie znalazłem tani hotel i sklepik. Po drodze przez kilka kilometrów jechałem wzdłuż wiatraków. To chyba największa farma wiatrowa jaką widziałem.

6.11.2013 – Nipletec – Arriaga – 105km
Wczoraj szybka setka nie wyszła ale dziś było znacznie lepiej. Do 13:00 dojechałem do miasta Arriga wykręcając 105km ze średnią powyżej 18km/h. Bardzo płaski etap ale z dosyć silnym wiatrem przednio-bocznym. Pod koniec jazdy zatrzymało mnie wojsko, raczej z ciekawości mojej podróży niż z chęci sprawdzania mnie potem zatrzymał się bus z Kanadyjczykami którzy jechali do Pagonii. Im bliżej granicy z Gwatemalą tym coraz więcej kontroli, posterunków wojska i policji federalnej.

7.11.2013 – Arriga – Pijijiapan – 108km
Dzień leniwie zacząłem po siódmej od kawy przy stacji paliw. Potem nawet nie dojechałem do 10km jak z tylnego koła zeszło powietrze. Szybka zmiana i następne kilometry trochę podgoniłem z niewielką pomocą wiatru. W miasteczku o śmiesznej nazwie Pijijiapan kupiłem nową dętkę i znalazłem tani hotel. W hotelu miałem tylko wiatrak zamiast klimatyzacji a popołudnie było bardzo duszne i wilgotne więc w małym pokoju zrobiła mi się sauna.

8.11.2013 – Pijijiapan – Huixtlan – 111km
Ostatnie kilka dni bardzo podobne do siebie. Dziś nie było inaczej. Trochę ponad 100km w szybkim tempie i popołudniowy odpoczynek w hotelu. Pogoda nie rozpieszcza, jedynie rano jedzie się przyjemnie, później jest bardzo wilgotno, duszno i upalnie. W mieście kupiłem dętkę a nożem rozwierciłem otwór w obręczy koła. Wieczór bardzo wilgotny, picie wielu litrów płynów dziennie skutkuje utratą prawie takiej samej ilości przez skórę. Jutro żegnam Meksyk i wjeżdżam do Gwatemali.

Dodaj komentarz przez Facebook

komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *