Wyprawa do USA – Washington – cz.13

Czekaliście na dalsze przygody Damiana? Oto one! Opuszczamy Kanadę i wracamy na amerykańską ziemię! W kolejnej części odwiedzamy stan Washington, sporo ciekawych miejsc oraz życzliwych ludzi z portalu Warmshowers, którzy goszczą naszego podróżnika.

2.08.2013 – Naples – Dalkena – 106km
Wcześniejsze prognozy mówiły, że dzisiejszy dzień ma być deszczowy i te zapowiedzi się sprawdziły. Tylko rano nie padało co pozwoliło mi spokojnie spakować mokry już namiot i dojechać do następnego miasta Sandpoint. W Sandpoint przeczekałem największą ulewę i po trzech godzinach ruszyłem w dalszą drogę w niezbyt mocnym deszczu. Przez chwilę rozważałem spanie w motelu jednak ze względu na zbliżający się weekend i festyn w mieście wszystkie tańsze motele były już zapełnione lub zarezerwowane. Założyłem więc kurtkę, ochraniacze na buty oraz mp3 na uszy i pomiędzy kroplami dojechałem do granicy stanów w Newport. W końcu przydały się błotniki z którymi jeżdżę cały czas oraz tylna czerwona lampka CatEye Omni3. Przez cały dzień zmagałem się też z silnym bólem głowy. Jestem ciekaw czy był spowodowany zmianą pogody czy stosunkowo niską wysokością. Zjechałem na mniej więcej 600m.npm czyli najniżej od ponad dwóch miesięcy. Ostatnio na takiej wysokości byłem gdzieś w Teksasie. Newport leży już w stanie Washington czyli jest to dziewiętnasty stan USA na mojej trasie. Wkroczyłem też w nową strefę czasową. Teraz różnica z czasem w Polsce to już dziewięć godzin. Po 18:00 w Newport przestało padać. Zadowolony zacząłem rozglądać się za spaniem. 10km za miastem zatrzymała mnie Grace która zaprosiła mnie na kolację, prysznic i pozwoliła rozbić namiot w ogrodzie a jej mąż Steven poczęstował mnie lokalnym piwem. W nocy znów zaczęło padać jednak niezbyt mocno. Po północy obudziły mnie dwa mulaki przechodzące obok i szukając jedzenia w ogrodzie.

3.08.2013 – Dalkena – Colville – 104km
Na dziś miałem tylko jedno proste zadanie. Przejechać 100km do miasteczka Colville, gdzie na jego obrzeżach czekało na mnie kolejne miejsce z prysznicem i łóżkiem. Musiałem jednak się uporać z niewielką przełęczą Flowery Trail Pass na drodze o tej samej nazwie. Przełęcz niezbyt wysoka ale dosyć stroma. Miejscami nawet 10% więc trochę kręcenia na 1:1 było. Na zjeździe złapałem dwa flaki. Jeden w przednim kole a drugi w przyczepce. Oba przez druty leżące na drodze. W tylnym kole zauważyłem przetarcie opony więc musiałem jak najszybciej kupić nową. W Colville udało się nawet w niezłej cenie nabyć produkt „Made in USA”. Po zakupach z nową oponą na sakwie wyjechałem z miasta i udałem się na farmę niedaleko Colville. To mój pierwszy nocleg na farmie pełnej zwierząt. Angie wraz z rodziną mieszka w pięknym domu, cichej okolicy wraz z całą masą przeróżnych zwierząt. Takie małe domowe zoo.

4.08.2013 – Odpoczynek, brak relacji, 0km

5.08.2013 – Colville – Waucanda 136km
Przed dziewiątą po śniadaniu i wspólnym zdjęciu pożegnałem Angie i jej rodzinę. Po wczorajszym odpoczynku od jazdy dziś w nogach poczułem większą moc i świeżość. Wczoraj korzystając z możliwości wolnego dnia i łóżka zafundowałem sobie trzygodzinną drzemkę w środku dnia. Dziś czekała mnie wspinaczka na jedną z najwyższych przełęczy drogowych w stanie Washington – Sherman Pass. Po drodze dołączyli do mnie dwaj Słoweńcy, którzy jechali z Bostonu do Seattle. Fajnie było przejechać się w towarzystwie cyklistów przez kilkanaście kilometrów. Kilometr przed Sherman Pass znów najechałem na drut i przebiłem nową przednią oponę oraz dętkę. Po szybkim załataniu uszkodzeń dojechałem do przełęczy i zjechałem w dół gdzie czekał mnie kolejny podjazd na Waucanda Pass, niezbyt wysoką przełęcz. Zaraz za przełęczą zacząłem szukać miejsca na spanie jednak musiałem przejechać ponad 20km zanim spodobało mi się jedno ciche miejsce. Poza tym po drodze było sporo terenów prywatnych, pól, pastwisk i niewiele możliwości na camping.

6.08.2013 – Waucanda – Winthrop – 148km
Noc ciepła. Rano z 1000m zjechałem na wysokość poniżej 300m.npm w mieście Omak. Potem znów niespodziewany podjazd na przełęcz Loup Loup Pass o wysokości ponad 1100m. W południe zrobiło się bardzo upalnie i ciężko mi się jechało pod górę. Chłodniejszą Kanadę oraz deszczowy dzień kilka dni temu teraz będę mógł już tylko wspominać. Podążając na południe będę miał coraz bardziej gorąco. Dziś popełniłem mały błąd zapominając o wodzie. W południowych stanach taki błąd może mnie sporo kosztować więc lepiej żeby dzisiejszy dzień był dla mnie dobrą nauczką. Po 18:00 zjechałem do miasta Twist, gdzie uzupełniłem braki wody. 8mil dalej w miasteczku Winthrop spodziewałem się noclegu jednak nikogo w domu nie zastałem. Poczekałem chwilę, zjadłem kolację i kiedy zaczynało się ściemniać postanowiłem rozbić namiot na trawniku obok domu. Myślę, że właściciel nie będzie miał nic przeciwko. Jutro ostatnia przełęcz w drodze do Seattle. Potem już tylko zjazd na wysokość poziomu morza :)



7.08.2013 – Winthrop – Marblemount – 161km
Po zmianie czasu jasno robi się już po piątej, jednak ostatnio wstaję już chwilę po szóstej. Rano zacząłem od małego falstartu ponieważ przejechałem sześć kilometrów nie tą drogą co trzeba i musiałem zawrócić. Kierunek był dobry ale żadnego skrótu do właściwiej drogi nie było. Bardzo rzadko zdarza mi się popełnić taki błąd, pewnie nie do końca się obudziłem :) Miasteczko Winhtrop to kolejny „powrót do przeszłości”. Wszystkie budynki wyglądają tak jak w dziewiętnastym wieku a nawet budowane są kolejne w takim samym stylu. Po powrocie na drogę North Cascade Highway 20 zacząłem wspinaczkę na przełęcz Washington Pass, to ostatni wysiłek przed zjazdem do Seattle na wysokość poziomu morza. Po 35km zjechałem na chwilę w bok do ostatniej stacji/sklepu/restauracji na kawę i pyszną bułkę z francuskiego ciasta z truskawkowym nadzieniem i polewą z syropu klonowego :) W dalszej części podjazdu towarzyszyła mi grupa kilku osób z Georgii, którzy przejeżdżając USA zmierzali do Vancouver w Kanadzie. Podjazd mimo przewyższenia 1300m wcale nie był zbyt wymagający. Końcowe kilometry to piękne widoki na dolinę i ostre szczyty górujące nad przełęczą. Popołudniu temperatura oscylowała w okolicach 34 kresek więc kilka razy ochłodziłem się w przydrożnych wodospadach. Zaraz za Washington Pass czekał mnie jeszcze jeden niespodziewany podjazd na przełęcz Rainy Pass. Po pokonaniu około jednego kilometra dalsza część dnia to już głównie zjazd w dół. Z 1660m zjechałem na 150m do miasteczka Marblemount, gdzie po małych zakupach na stacji paliw rozbiłem namiot na polanie przy centrum gościnnym.

8.08.2013 – Marblemount – Bothell -150km
Wyruszyłem po 6:00 kiedy jeszcze słońce nie zaczęło tak mocno grzać a w powietrzu unosiła się wilgoć i poranna rześkość. Do Arlington na wysokość 30m.npm, pierwszego większego miasta od kilku dni zjechałem po 13:00. Ponieważ przez kilka dni nie miałem WiFi nie miałem zaplanowanego noclegu na dziś a zbliżając się do wielkiej aglomeracji Seattle ciężko znaleźć ciche i spokojne miejsce na rozbicie namiotu. Po 14:00 wystałem kilka zapytań o nocleg w Warmshowers. Z reguły trzeba zaanonsować się wcześniej jednak i tym razem udało mi się załapać na darmowy nocleg. Randall i Barb zaprosili mnie do siebie. Musiałem tylko pokonać odcinek 50 kilometrów bardzo ruchliwą i głośną HWY 9. Po drodze trafiłem jeszcze na roboty drogowe i objazd dla rowerów prowadzący przez bardzo strome wzgórza. W domu Randalla i Barb zjawiłem się po 19:00 gdzie czekało na mnie łóżko, prysznic i ciepła kolacja :) Randall i Barb jako TeamAnglell na tandemie przejechali w ciągu pięciu miesięcy odcinek z Alaski do Florydy więc dobrze znają trudy długiej wyprawy rowerowej.

9.08.2013 – Bothell – Belleveu – 70km
Randall i Barb bardzo wcześnie rano wyjechali na rowerach do pracy zostawiając mi do dyspozycji lodówkę pełną jedzenia. Zaraz po dużym śniadaniu wyjechałem w stronę Seattle i największej atrakcji miasta najwyższej wieży Space Needle. Prawie przez cały odcinek z Bothell do Seattle oraz do Beleveu prowadziły mnie drogi rowerowe. Dojeżdżając do Seattle na wysokość poziomu morza osiągnąłem mój kolejny cel główny wyprawy przejeżdżając ze wschodniego na zachodnie wybrzeże USA. Właśnie taka trasa lub odwrotna jest celem większości wypraw rowerowych organizowanych przez amerykanów. Po przejechaniu przez centrum Seattle kierowałem się na południowy zachód do Belleveu gdzie udało się złapać kolejny nocleg.

Większość osób oferujących nocleg na Warmshowers to ludzie związani ze sportem, czynnie uprawiający sport oraz interesujące się nim. Lola oraz jej mąż startują z sukcesami w cyklu zawodów triathlonowych IronMan. Jest to niezwykle trudna i wymagająca dyscyplina sportu łącząca trzy różne rodzaje treningów. W domu Loli mieszkała jeszcze gadająca papuga imieniem Paco. Paco potrafił powtarzać niektóre słowa, w tym swoje imię oraz przedrzeźniać kota. Ciekawe jest słuchać papugi jak miauczy…

10.08.2013 – Belleveu – Tenino – 130km
Na dziś miałem zaplanowany nocleg u rodziców Loli trochę ponad 100km na południe od Seattle w miasteczku Tenino. Po wyjechaniu z wielkiej aglomeracji Seattle kierowałem się prostą drogą na południe. Zdarzały się jednak również odcinki z krótkimi stromymi podjazdami. Przez cały dzień poruszając się niżej niż 100m.npm uzbierałem ponad 700m w górę co na stosunkowo płaskim odcinku jest sporym przewyższeniem. Po 18:00 zagościłem w domu rodziców Loli w cichej okolicy miasteczka Tenino. Zaraz po tym jak pojawiłem się w domu była jakaś awaria i przez cztery godziny nie było prądu ale i tak miałem szczęście do jako jedyny zdarzyłem jeszcze wsiąść prysznic.

11.08.2013 – Tenino – Scappoose – 154km
Po gofrowym śniadaniu z dodatkami w postaci dżemu i jeżyn, które wczoraj nazbierałem pożegnałem rodziców Loli i wyruszyłem na południe. Drugi dzień z rzędu poranek dość chłodny a niebo zachmurzone. O wiele bardziej pasuje mi taka pogoda od upałów i słońca przez cały dzień tylko szkoda widoku na Mount Rainier, jeden z najwyższych szczytów USA widoczny z wielu kilometrów. Dzisiejszy dzień był o tyle łatwiejszy od wczoraj, że nie było zbyt wiele krótkich, sztywnych podjazdów i w stronę Oregonu kierowały mnie znaki na drodze pewnie po jakimś rajdzie rowerowym ze Seattle do Portland. Dobrze widoczna różowa farba z dużymi literami STP z zaznaczonymi kierunkami znacznie ułatwiała mi nawigację. Za miastem Longview po przejechaniu wysokiego i długiego mostu na rzece Columbia River wjechałem do stanu Oregon. Po lekkiej zmianie kierunku poczułem delikatny wiatr z tyłu dzięki czemu przez ostatnie dwie godziny jazdy przejechałem ponad 45km. Nocleg w namiocie na obrzeżach miasta Scappoose na polanie.

12.08.2013 – Scappoose – Salem – 127km
Tuż po szóstej wstałem i podjechałem do FF na kawę i poranną toaletę. Dzień zapowiadał się ciepły ale z przewagą chmur. Dosyć płaski etap z przewyższeniem poniżej 600m podczas przejechanych 120km. Przed południem złapałem flaka. Założyłem łatkę i pojechałem dalej. Do 20km znów flak. Łatka nie trzymała. Nie miałem już dętki w zapasie i została mi już tylko jedna łatka. Powietrze wolno uciekało więc tylko dopompowałem koło i ruszyłem dalej w poszukiwaniu ulubionego marketu z tanimi dętkami. Niestety jak to zwykle bywa jak się czegoś potrzebuje i szuka to nie można tego znaleźć. Zaryzykowałem dojazd do Salem gdzie na pewno będzie sklep rowerowy lub market z dętkami. 10km przed Salem znów flak. Dopompowanie już nie wystarcza. Nie mając dętki ani łatki użyłem dętki z przyczepki a tą dziurawą zakleiłem taśmą klejącą i założyłem na koło Extrawheela. Tak udało się dojechać do Salem i kupić nowy zapas dętek i łatek. Na koniec dnia w ostatniej chwili w Salem złapałem jeszcze nocleg w ogrodzie na hamaku :)

13.08.2013 – Salem – Eugene – 124km
Po nocy w ogrodzie na hamaku i śniadaniu z Reginą i Ralphem wyjechałem z Salem i w dalszym ciągu kierowałem się na południe. Dzisiejszy dzień zdecydowanie cieplejszy i słoneczny niż poprzednie, jednak jeszcze nie upalny i do wytrzymania. Po wczorajszym dniu pełnym flaków dziś przejazd do Eugene bez żadnych kłopotów technicznych. Przez krótki odcinek przejechałem się nawet międzystanówką do Albany korzystając z tylnego wiatru i strug powietrza pozostawianych przez rozpędzone ciężarówki. Jutro prawdopodobnie skieruję się na wschód i wjadę w góry. Rano posiedziałem nad mapą i kusi mnie najwyższa droga w Oregonie oraz spora ilość przełęczy w północnej części Nevady zlokalizowana blisko siebie. Nocleg w pięknym mieszkaniu w jednym z wieżowców w Eugene u Tyler z Warmshowers :)

14.08.2013 – Eugene – McKenzie Pass – 116km
Rano po śniadaniu (jajecznica na bekonie) Tyler na małym składanym rowerku z paskiem zamiast łańcucha pożegnała mnie w centrum Eugene. Zamiast jechać na południe postanowiłem skierować się na wschód w góry na przełęcz McKenzie Pass, jedną z najwyższych w stanie Oregon. Zauważyłem, że zbyt częste spanie w luksusach bardzo mnie rozleniwia i demotywuje. Przeważnie na drugi dzień mam ochotę zrobić sobie odpoczynek. Robię też mniej kilometrów planując następny nocleg. Dzisiejszy dzień wyglądał podobnie, od rana do 11:00 zrobiłem tylko 20km wykorzystując każdą okazję na przerwę. Dopiero po południu zacząłem nadrabiać straty. 100km przekroczyłem po 17:00. Z Eugene z 50m.npm wjechałem na ponad 1000m i do przełęczy mam już tylko mniej niż 20km i 600m w górę. Ponad 80km miałem minimalnie pod górkę z wiatrem w plecy więc prędkości oscylowały w okolicach 18-20km/h. Dopiero kiedy zjechałem na drogę 242 prowadzącą do przełęczy zrobiło się nieco bardziej stromo i bezwietrznie. Po 18:00 zatrzymałem się na dłużej przerwie i zrobiłem serwis roweru. Za pomocą starej znalezionej szmaty wyczyściłem cały napęd, przesmarowałem go oraz przeczyściłem tarcze i klocki hamulców, które zaczęły dosyć głośno pracować. Nocleg na darmowym polu namiotowym przy ścieżce trailowej.

15.08.2013 – McKenzie Pass – Bend – 96km
Po niezwykle cichej nocy rano przed 7:00 ruszyłem na przełęcz. Zwierzęta chyba nie za bardzo lubią tej okolicy. Praktycznie nie widziałem ani nie słyszałem żadnego ptaka czy większego stworzenia. Wąską drogą prowadzącą przez las po kilkunastu kilometrach wjechałem w strefę księżycową. Zastygła lawa po niedawnym wybuchu wulkanu których w południowym Oregonie jest wiele utworzyła rozległą pole czarnej magmy. Gdzieniegdzie tylko pojawiają się pojedyncze rośliny i młode drzewka. Z wysokości przełęczy McKenzie Pass i punktu widokowego obserwatorium Dee Wright widać w oddali kilka wysokich wulkanów z których najbardziej wyróżniają się Trzy Siostry i Góra Waszyngtona. Po 19 kilometrach podjazdu dalsza część dnia była lajtowa. Zjazd do miasteczka Sisters i dalej w większości prostą drogą do Bend gdzie złapałem nocleg u Sally. Dziś minęły cztery miesiące mojej podróży po Ameryce Północnej a na liczniku pojawiła się liczba 14000 kilometrów!

16.08.2013 – Bend, odpoczynek, 0km
Rano zupełnie nie miałem ochoty wstawać z łóżka a Sally na dodatek wieczorem wspomniała, ze jeśli chce to mogę zostać dziś i odpocząć. Ostatnio coraz częściej potrzebuję przerwy w kręceniu i to nie ze względu na zmęczenie fizyczne którego nie na lecz na dziwne myśli w mojej głowie i codzienną monotonię. Luźny dzień przeznaczyłem na oglądanie filmów, zabawy ze zwierzakami Sally, przeglądanie internetu a wieczorem obejrzałem galę bokserską z Chicago z polskimi pięściarzami. Wcześniej zrobiłem 6km na lekkim rowerze do sklepu po lody i inne łakocie na popołudnie i wieczór :) Sprawdzałem również ceny biletów lotniczych na Hawaje. Niestety tanie przeloty nawet poniżej 200USD są tylko jeśli zabukuje się miejsce z dużym wyprzedzeniem a ponieważ nie mogę dokładnie zaplanować swojego przyjazdu do Los Angeles z racji charakteru podróży wyjazd na rajskie wyspy raczej nie dojdzie do skutku. W zamian chyba pojadę na pustynię w północnej części Nevady gdzie roi się od przełęczy powyżej 2000m.npm. Na terytorium USA legalnie mogę być jeszcze przez dwa miesiące a do przejechania mam jeszcze Kalifornię, Arizonę i część Nowego Meksyku. W dodatku południowe stany należą do najbardziej upalnych więc zabawy nie będzie. Cóż, trzeba co nie co podnieść poziom trudności wyprawy. Ostatnie kilka dni lekko powiewa nudą a to nie wpływa zbyt dobrze na moją motywację. Coraz częściej zastanawiam się nad podzieleniem wyprawy na dwie części. Teraz być może dojadę tylko do Panamy i wrócę do Polski a po dłuższym odpoczynku, przepakowaniu i lepszym przygotowaniu na Amerykę Południową ruszę ponownie na najwyższe drogi tego niezwykle ciekawego kontynentu. Takie rozwiązanie pozwoli mi ominąć nieprzejezdny przesmyk Darien ale niestety będzie bardziej kosztowne. Coś za coś…

17.08.2013 – Bend – Crescent – 140km
Rano Wypiłem z Sally pyszną kawę i z nowym zapasem sił ruszyłem na południe w kierunku jeziora Paulina. Po drodze zaliczyłem jakąś niewysoką przełęcz nawet nie zauważając że był podjazd. Na jezioro Paulina chciałem dojechać z kilku powodów. Po pierwsze jest prawie po drodze, po drugie mam trochę mało zdobyczy w Oregonie, po trzecie jeziorka położone wysoko z reguły są bardzo malownicze i po czwarte liczyłem na wjazd na szczyt Paulina Peak niedaleko jeziora. Podjazd do jeziora dosyć łatwy a ponieważ jest to monument narodowy za wjazd pobierana jest opłata, jednak rowerzyści mają za free. 5USD do przodu :) Samo jezioro nie zrobiło na mnie jakiegoś ogromnego wrażenia dlatego ruszyłem wyżej na szczyt Paulina Peak. Niestety stroma, wąska, żużlowa i grząska droga nie była zbyt dobrym pomysłem na podjazd z moim bagażem. Dodatkowo na tym odcinku był dość spory ruch samochodów spod kół których niesamowicie się kurzyło. Udało mi się dojechać tylko do wysokości 2000m.npm według wskazań licznika i GPS i postanowiłem zjeżdżać w dół. Dojechałem do miasteczka Crescent, gdzie tuż obok stacji paliw w małym lasku rozbiłem namiot.

18.08.2013 – Crescent – Crater Lake – 128km
Poranek bardzo chłodny i wilgotny. Cały namiot był zroszony a temperatura po 6:30 wynosiła tylko 2st.C. Dobrze, że stację benzynową miałem tylko 200 metrów od miejsca w którym spałem więc za cztery znalezione ćwierćdolarówki kupiłem kawę i trochę się rozgrzałem. Drogą 61 ruszyłem w kierunku wulkanu Odell Butte o wysokości 2143m na który jak wyczytałem z mapy prowadzi droga. Po 20km dojechałem do drogi 58 i praktycznie objeżdżając wulkan dookoła dotarłem do głównego traktu prowadzącego na szczyt. Droga tak jak się spodziewałem o nawierzchni powulkanicznej, żużlowa. Wczoraj podobną trasę odpuściłem, dziś jednak nie miałem zamiaru się poddawać. Do pokonania miałem 4.4 mili i około 600 metrów przewyższenia. Drogą jest zamknięta dla samochodów i innych pojazdów spalinowych. Na szczycie znalazłem się po niecałych 90 minutach. Początek oraz koniec tego odcinka był najbardziej stromy powyżej 10%. Żużlową drogą podjeżdżało mi się dobrze, jest miękko i momentami bardziej grząsko niż na szutrze. Przypomniał mi się mój pierwszy podjazd na wulkan, była Etna na Sycylii, wtedy jednak podjeżdżałem bez obciążenia. Na szczycie Odell Butte znajdują się anteny, przekaźniki i inne nadajniki oraz wieża do obserwacji lasów na której leśnik wypatruje pożarów. Leśnik nie miał nic przeciwko kiedy zapytałem czy mogę wejść na wieżę. Z wysokości kilkunastu metrów nad wierzchołkiem wulkanu dookoła rozpościerał się piękny widok na okolicę, kilka innych wulkanów oraz dwa spore jeziorka. Leśnik pokazał mi również pożar którego ja nie wypatrzyłem. Zjazd z Odell Butte zajął mi kilkanaście minut a na dole rower, sakwy oraz moje buty były zakurzone szarym pyłem. Ponownie dojechałem do dróg 58 i 97 na południe. Moim następnym celem był podjazd pod Crater Lake, jedną z największych atrakcji turystycznych Oregonu. 20km dalej według znaków zjechałem w kierunku Parku Narodowego Jeziora Kraterowego gdzie przywitała mnie prosta jak strzała na 15km wznosząca się w górę droga. Nie jest to mój ulubiony rodzaj pokonywania kilometrów, zdecydowanie wolałbym bardziej stromy ale kręty odcinek. Dystans pokonałem w trzech etapach po 5km a na końcu podjazdu czekała mnie niespodzianka w postaci przełęczy Cascade Summit. Kilka kilometrów dalej wjechałem już na właściwą drogę do Crater Lake i podobnie jak wczoraj nie musiałem płacić za wstęp. Budka do pobierania opłat była zamknięta :) Do jeziora miałem już tylko 11km i zastanawiałem się czy zdążę zobaczyć zachód słońca na wulkanie. Ponieważ zatrzymałem się jeszcze kilka razy na niezłe zdjęcia na zachód nie zdążyłem ale rano wstanę wcześniej i zobaczę wschód. Nocleg na wysokości 1920m w lesie obok 100m od drogi a do krateru tylko 4km. Dziś śpię dużo wyżej niż wczoraj więc założyłem swoje najcieplejsze ciuszki do spania. Pewnie rano mogę spodziewać się przymrozku :)

19.08.2013 – Crater Lake – Klamath Falls
O dziwo mimo sporo wyższej wysokości rano było 11st.C. Na wschód słońca się spóźniłem ale i tak trafiłem na wspaniałe widoki złotych porannych promieni. Chodź fotografem nie jestem to wiem, że najlepsze zdjęcia wychodzą właśnie o wschodzie lub zachodzie słońca. Dzisiejsza pogoda również idealna do zwiedzania tak atrakcyjnego miejsca jak Jezioro Kraterowe. Crater Lake powstało w miejscu zapadnięcia się wulkanu Mazama kilkadziesiąt tysięcy lat temu. Obecnie jest to najgłębsze jezioro w USA oraz najbardziej przezroczyste (44m). Dookoła jeziora prowadzi droga o długości 35mil oczywiście w znacznej części powyżej 2000m.npm. Lustro jeziora jest na wysokości około 1880m i w zależności od pory roku wartość ta oczywiście się nieznacznie zmienia. Według mnie jest to najbardziej atrakcyjne miejsce w Oregonie. Poza rzadko spotykanym połączeniem wulkanu i wody oko przyciąga również spora wysepka zwana Wyspą Czarodzieja (Wizard Island) która jest małym żużlowym stożkiem wulkanicznym w zachodniej części jeziora doskonale widocznym z niemal każdego miejsca na drodze dookoła jeziora. Ponieważ dzień zacząłem przed 6:00 już po 9:00 po dojechaniu krótkim zwiedzaniu osady Rim Village mogłem zjeżdżać w dół w kierunku miasta Klamath Falls gdzie miałem zapewniony prysznic, kolację oraz miejsce na rozbicie namiotu na przydomowym trawniku. Z dodatkową butelką wody o pojemności 1.5L nie narzekałem na jej brak. Jednak na Picnic Area na Crater Lake zjadłem resztki swoich zapasów żywności i jak najszybciej chciałem zjechać do pierwszego taniego sklepu na HWY 97. 40km przed Klamath Falls natrafiłem na Casyno ze stacją paliw i sklepem. Napój izotoniczny z dolewką za 99 centów oraz dwie słodkie bułki za 75 centów każda, skutecznie odpędziły głód i pragnienie. Na stacji znajdowało się miejsce odpoczynku z TV, WiFi i wygodnymi fotelami w klimatyzowanym pomieszczeniu :) Po godzinie relaksu kolejne dwie zajęło mi dojechanie do miasta, potem zakupy w Walmart poniżej 15 minut (ze względu na ogrom sklepu to doskonały wynik) i dojazd do miejsca noclegu u Patricka i Michelle. Jutro wjeżdżam do Californii :)

Dodaj komentarz przez Facebook

komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *