Z Hajerem do Albanii rowerem

Trasa 3 964 km w 35 dni. JADYMY. Ruszyłem z kolegą Tadziem z Lublina, nauczycielem, który z zamiłowania pedałuje po Europie. W strugach deszczu docieramy do Korbielowa. I jak tu nie wierzyć góralom, spotykamy kierownika schroniska młodzieżowego w Korbielowie i mówi żeby nie jechać do granicy bo za chwilę będzie oberwanie chmury. Mieliśmy już 106 km w nogach i w deszczu więc decyzja: zostajemy za dwadzieścia dwa złote nocleg. Czysto, dostęp do kuchni, ciepły prysznic, no i za oknem obiecane oberwanie chmury;)

Kolejnego dnia leje jak z cebra, ale ruszamy w drogę. Mijamy po drodze słowackie zamki i wioski, wszystko w strugach deszczu. Wieczorem lekka mżawka, więc pierwszy raz rozbijamy namiot. Fajnie było obudzić się w szczerym polu słysząc dzwonki krów na szyi. Stado krów maszeruje na pastwisko, a pasterz zaskoczony widzi dwa namioty na polu. Jazda w kierunku Bańska Bystrzyca. Góry i to w strugach deszczu, a i góry dają znać o sobie. W Bańskiej wychodzi słoneczko. Na parkingu Polacy jadą na wakacje nad Balaton. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcie, miło mi że rozpoznali mnie i robię za misia.

Postanawiamy ominąć Budapeszt, więc jedziemy w kierunku Eteru. Piękne miasto opanowane przez Polskie autokary: „Zosiu gdzie leziesz?”, „Tato loda….” – słyszy się z każdej strony :D … Docieramy do Tiszafurad, tu szukamy noclegu. Leje tak, że nie pomagają żadne ubrania przeciwdeszczowe, a w okolicach same farmy bydła. Próbujemy wbić się do pierwszej. Odpowiedź: nem. Znam trochę węgierskich słów, więc dopiero atak na kolejną farmę skończył się sukcesem. Facet jak nas zobaczył, to się zlitował i wpuścił nas do środka. Farma na skraju bankructwa, jakieś walące się budynki kilka psów i kaczek. Ferenc, tak ma na imię stróż, nie ma jednej ręki. Urwała mu maszyna i w ramach odszkodowania pozwalają mu mieszkać i pilnować gospodarstwa, a i czasami jakieś pieniądze się znajdują. Odstępuje nam wersalkę do spania, na której o każdy centymetr walczą robale z grzybami; wygrywają grzyby. Sprajem częstuję robale, wskakuję w mokry śpiwór i zasypiam kamiennym snem.

Rano gospodarz skoczył do sklepu i przytargał nalewkę o zapachu denaturatu. Częstujemy go naszymi zapasami, a łyk Bryny  postawi na nogi umarlaka. Robię fotki. Na tyle, na ile pamiętam węgierski dowiaduję się, że gospodarstwo ma 100 h, ale nikt nie sieje, bo właściciel za granicą i chce to cacko sprzedać. Maszyny rozebrane na części pierwsze. Deszcze ustały, a jazda przez Węgry płasko i nudno, aż do granicy z Serbią.

Po pożegnaniu Ferenca i jego czterech kaczek oraz kilku kotów ruszamy dalej w kierunku granicy z Serbią. Węgrom należy pozazdrościć ścieżek rowerowych, jest ich tysiące kilometrów, super oznakowane i płaskie jak stół. Zadbane, każdy wał przeciwpowodziowy to ścieżka rowerowa. Gdyby nasze, Pajace z Wiejskiej to widziały, ach. Wiatry dają znać do samej granicy z Serbią, wieje w twarz i robisz 13 km w ciągu godziny. Już wolę góry. Jeszcze zwiedzanie Szegedu, piękne miasto. Granica Serbii to formalność, nie pytają dokąd i po co, pieczątka i jazda.

Jedynie problem w tym, że granicę ustawili na autostradzie i na samym początku jest znak: zakaz poruszania się rowerem. Pytam policjanta jak dojechać do Subotnicy. Odpowiedź: do pierwszego miasteczka nie ścigają, więc 18 km po autostradzie. Kilka polskich autokarów, turyści machają nam. Pierwsze miasteczko, to sanatoria ogrody i facet pływający na desce z tamtej epoki. HOSANNA –  napis na murze zaciekawił mnie tym bardziej, że nocka idzie. Okazało się, że to ośrodek dla narkomanów i alkoholików. Pytamy o nocleg, dzwonią do księdza, który się tym ośrodkiem opiekuje. Pozwalają nam rozbić namioty na boisku piłkarskim. Kolacja rozpoczyna się modlitwą i to w kilku językach, bo był tam Węgier, Ukrainiec, Serbowie i my Polacy, ale Ojcze Nasz brzmi jednakowo. Na kolację makaron wymieszany z rybami. Tadziu opycha się do woli, ja makaronu nie lubię, to jeszcze uraz z wojska gdzie na okrągło kasza i makaron. Po kolacji kolejna modlitwa, my rozbijamy obóz, oni mają zebranie i dzielenie obowiązku na następny dzień. Kąpiel, gorąca woda, pranie. Ja w worku mam doskonale wino z Węgier, ale jak pić przy chorych, więc otwieram w namiocie i buteleczka pada. Wieczorne rozmowy. Ukrainiec nie pamięta jak się tu znalazł, ale jest już drugi rok, więc musi opuścić to miejsce. Wychodzi za kilka dni, daję mu polski grosik  na szczęście. Serb kiedyś mistrz świata w dżudo, ból stawu i działka, by ból ustąpił i tak się zadziałkował, że traci pamięć trzęsie się cały. Jeszcze jeden ze mną rozmawia – muzyk z Belgradu. Pokazuje mi zdjęcia całej rodziny, wszyscy uzdolnieni grają w filharmonii. On szukał mocniejszych wrażeń, no i sam nie wie kiedy wpadł w ręce kostyrki. Ładujemy akumulatory, każą nam zostawić w zamkniętym pomieszczeniu by nie kusić młodych. Żegnam młodych ludzi, robimy fotkę, śniadanie i w drogę. Adres dla zainteresowanych, lubią dostawać kartki i wsparcie w słowach więc podaję: ZAJEDNICA „HOSANA” BEGRADSKI PUT 436 24-244 STARI ŻEDNIK SERBIA. Ja do nich napisałem, wysłałem zdjęcia. Warto rękę podać tym ludziom, pracują na polu i dzielą się tym, co wypracują.

Do samej granicy z Bośnią równiny, więc śmigamy po 150km dziennie. Wieczorem trafiamy na muzyków, którzy robią próby przed weselem, kilku z nich było w Polsce, miło to wspominają. Już przed Zwornikiem, czyli granicą zapraszają nas na śliwowicę i nocleg. Oczywiście kolacja, namiotu nie rozbijamy, bo śpimy w stodole. Sama granica, gdyby nie wojskowy, to bym nie wiedział, bo są dwie. Jedna pieszo na moście, pieczątka i po sprawie. Lekkie zdziwienie, że rowerem. Pierwszy nocleg nad jeziorem, w oddali meczet, a my śpimy w domu…. a raczej w gmaszysku nad jeziorem zaplanowanym na hotel i restaurację. Nad jeziorem piknik takich kolesi z łańcuchami na szyi, jak keta na kopalni, bryczki z górnej półki i lepiej by było ich przeskoczyć niż obejść, bo każdy waży ponad 150 kg . Pytam czy możemy tu się rozbić, bo na deszcz idzie. Spoko, to nie nasze, jakiegoś Serba, nie zdążył ukończyć. Na koniec pikniku zostawiają nam tackę z kurczakami i śliwowicę.

Trasa do Olivo to droga przez pola minowe, kilometry tabliczek: Uwaga miny. Zapada wieczór, więc zmartwienie, na polu pełnym min nie wypada się rozbijać chyba, że na wieczność. Docieramy na łąkę i tam stoi chatka, przed nią kobieta z kosą i bez ręki. Pytamy czy można rozbić namiot. Pewnie, ale nie na jej działce, bo ma koty i kozy. Rozbijamy się u sąsiada. Ivana, tak ma na imię. Przynosi nam wiadro wody, nieufna spogląda na nas, coś mruczy pod nosem. Kosi trawę, więc idę jej pomóc, ale śmiga kosą jak stary. Pytam o rodzinę, zaczyna mi opowiadać tak, że szczęka mi opada i słucham zaciekawiony. Na początku wojny jej męża zabili Chorwaci, miała trzech synów i oni zginęli z rąk Serbów. Pomagam zanieść trawę do obórki i pytam dalej, dlaczego mieszka na takim pustkowiu. Za męża dostała odszkodowanie i kupiła sobie domek, coś na wzór naszej chatki z drewna w górach. Zapytałem czy mogę jej zrobić zdjęcie. Poczekaj, wpadła do domu i przynosi plik gazet i ona na pierwszej stronie z medalem. Ktoś się dowiedział, że sama mieszka, straciła całą rodzinę, więc order jej przyznali. Przyjechała TV, w Sarajewie ją ubrali i na odznaczenie do premiera. Podczas ceremonii nie chciała odznaczenia tylko poprosiła o kozę. Dostała trzy. Śmieje się, że za każdego syna jedną. Mieszka z 15 kotami i kóz ma dużo. Pytam, co zrobi z kozami bo zimą ich nie wyżywi. Będzie puszczać przez pola minowe. W ten sposób rozminowała kawał ziemi, oczywiście te darowane mają dożywocie. Pytam, a co z ręką? A wojowałam z Chorwatami z Serbami, ale najwięcej z Serbami i granat jej urwał. Pretensji do nikogo nie ma, było minęło. Byle by kolejnej wojny nie było. O ironio, pomyślałem: za śmierć bliskich stara szopa i trzy kozy. Robię zdjęcia, zostawiamy nasze konserwy bo do miasta ma daleko…..

-CDN-

Mieczysław Bieniek

O autorze: Na kopalni pracował 27 lat, aż do wypadku, w którym stracił wzrok w jednym oku i przestał słyszeć na jedno ucho. Do pracy już nie wrócił. Stał się podróżnikiem, przemierzył już połowę kuli ziemskiej. W swoją podróż  życia wybrał się do Dalajlamy, o której możecie przeczytać w książce „Hajer jedzie do Dalajlamy”.

Dodaj komentarz przez Facebook

komentarzy

5 comments on “Z Hajerem do Albanii rowerem

  1. ZielonaMila 26 stycznia 2012 at 19:56

    Super historia, czekam na ciąg dalszy i trochę fotek. Pozdrawiam

  2. Swietne zdjecia i opis podrozy .

  3. Justyna Sobotka 19 czerwca 2012 at 02:17

    Jakby Hajer podpytał przed wyjazdem to bym nauczyla paru węgierskich sentencji i metod na wkupienie się i stanie „Prawie-Madziarem” a nie „Tylko-Langyelem”;) Polecam sie na przyszłość;)

  4. Ekipa z Krakowa 6 stycznia 2013 at 21:03

    Pozdrowienia dla Hajera od ekipy jadącej nad Balaton, dla których w Bańskiej Bystrzycy robił za „misia” ;)
    K,G,G,D,W,W,K,E

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *