Z Hajerem rowerem do Albanii – powrót

Posterunek Polskiego Wojska.  Nawet go nie było widać, bo dobrze zamaskowany.  Czekał na nas dowódca posterunku. Pan porucznik Mogielnicki z 8 Pułku Przeciw Lotniczego z Koszalina. Właściwie to nie mogę wam zabronić przekraczania granicy, bo nasze zadanie to ochrona posterunku policji międzynarodowej, który co jakiś czas jest palony przez Serbów. Opowiadam całą historię na granicy. Podpowiadają mi, że mogło to mieć związek z tym, że nasze wojsko jest na tym posterunku. Poznaje starszego kaprala Michała Dąbrowskiego. Za zgoda dowódcy zawozi mnie 12 km w kierunku wioski serbskiej, z której jest szansa przedostać się na druga stronę.

Zapada zmrok wojsko nas karmi, oj jak karmi! Kurczaki, sałatki, kotlecik…. Dawno tak się nie najadłem.  Kąpiel w gorącej wodzie. Namiot rozbijamy w świetlicy, gdzie oglądamy atak szaleńca w Norwegii. Wieczorem w zamian za gościnność opowiadam historie jakie mnie spotykały i piwko się znalazło.

Rano budzimy się o piątej i czekamy aż przywiozą śniadanie. Pani kapral, dowódca ekipy zaopatrzenia, serwuje jajecznicę bekon i czary cuda.  Nam smakuje, a wojsko już się przyzwyczaiło do Amerykańskiego jedzenia. Pakujemy kanapki na drogę, picia dają na całą wyprawę. Pakujemy nasze bagaże do dżipa i jazda. Michał podwozi nas za wioskę Serbską by nikt nas nie widział. To miejsce gdzie patrole Serbów się nie pokazują. Pakujemy nasze konie na dwóch kołach i jazda. Ściskam Michała jak brata i wiem, że gdy powinie nam się noga to możemy na naszych chłopaków liczyć. Nawet proponowali, że podwiozą nas do granicy z Czarnogórą. Pchamy te nasze koła przez sady, laski, aż tu nagle słyszę odgłos samochodu.  My w krzaki, a to wojskowy z patrolem Serbskim, więc serce mi lekko pod gardło podchodzi. Docieramy do asfaltowej drogi, na wszelki wypadek chowam Polską flagę i chodu już się cieszę, że wolny.

Mijamy kilka patroli, które kiwają nam rękoma. Jednostka wojskowa na jednej górce, ale wartownik tylko macha nam przyjaźnie. Po kilkunastu kilometrach wpadamy na górkę, a tu widok znajomego posterunku granicznego o mało mnie szlak nie trafił! Tyle zachodu na nic. Tadziu panikuje i chce wracać, ale dokąd nie pamiętam, z której leśnej ścieżki wyjechałem. Tyle szczęścia, że droga prowadziła dosłownie trzy metry od szlabanu i wychodzi dziesięć metrów za szlabanem. Czaimy się aż ruszy tir i my przed nim, on puszcza sygnały, więc odwracam się i pokazuję błagalny gest by nie trąbił. W tym dniu zrobiliśmy 171 km i tylko zadałem sobie pytanie jak ja wyjadę z tego miłego kraju.

171 km w jeden dzień właściwie bez odpoczynku. Docieramy do Kragujovać. Tadziowi mówię by nie mówić nic o Kosowie, że tam byliśmy. W przydrożnym sklepie zaczepia mnie kierowca autobusu. Mówi, że mijał nas kilka razy po drodze między innymi w Raśko, to miasteczko przy granicy z Kosowem, ale odpowiedziałem że wjechaliśmy z Czarnogóry. Narzekają na bezrobocie i to nie małe, bo ponad 50% ludzi w tamtej okolicy nie ma pracy, a jak już jest to trzeba dawać łapówkę. Serbia stoi w miejscu.  Z tego, co mówią czekają na cud i pieniądze Unii. W pobliżu mieszka Polka od 30 lat, ale nie zastałem jej w domu.

Trafiamy na dzień ślubów, przed urzędem kilka wesel czeka w swojej kolejce. Każda ma swoją orkiestrę, śliwowica leje się strumieniami, ja cykam fotki i tylko słyszę – o Polacy! Tańczą w kółku wywijają nogami. Kilku staruszków, partyzantów Tity z paletą orderów kopci fajki i pyta jak jest teraz w Polsce, bo kiedyś byli i bieda u nas była, a oni tam za 100 marek szaleli. Co im odpowiedzieć? I tak nie uwierzą, więc wolę żeby żyli w swoich wspomnieniach, tym bardziej że śliwowica mocna, więc kto wie czy by coś zapamiętali…

Biała Cerkiew, przeprawa przez szeroki Dunaj. Promy kursują co godzinę, więc bujam się po starej części miasta i twierdzy na skarpie. Super fotki, bo za chwilę szykuje się burza i to nie mała. Prom, gdy załadowano po brzegi rusza mknąć po falach Dunaju. Spotykamy Francuza, jedzie nad morze czarne, wymieniamy doświadczenia. Jeszcze w moim życiu nie widziałem takiej ulewy, setki błyskawic i ulice zamieniły się w rzeki. Pukamy do Serba by schować się przed burzą, otworzył bramkę zapytał z skąd jesteście? I trzasnął bramka. Psa bym nie wygnał w taka pogodę. Wskakujemy pod daszek, ale deszcz zacina, więc ratuje tylko aparat, a resztę pal sześć.

Po drodze wszyscy zachwalali jeziora w okolicach, więc mykamy nad jeziora. Wszystkie ogrodzone, więc wchodzimy na teren ośrodka wypoczynkowego. Od razu 4,20 E od namiotu. Co mamy robić, idzie kolejna burza… W nocy budzę się w wodzie tak niesamowicie leje, że zalało całe obóz. Rano suszenie i rozmowy z Serbami na wakacjach. Jeden prysznic z zimną wodą i jedna toaleta ostatnio sprzątana w ubiegłym wieku. I za te czary zapłaciłem pieniądze? Kurcze w polu było by lepiej. Wybieramy małe przejście graniczne z Rumunią w okolicach Vrsac w nadziei, że uda nam się bez problemu wyjechać z Serbii.

Na granicy z Rumunią cisza i spokój. Podjeżdżam, oddaję paszport i jak tylko Serb zaczął oglądać komputer to ja od razu, wiesz wczoraj byłem na waszym weselu, cudnie było zagaduję i tylko patrzę jak jego wzrok wkleja się w paszport. Znowu gadam jacy to Serbowie cudowni ludzie gościnni i sympatyczni, szkoda że Polacy tacy nie są i jako pierwsi uznali Kosowo. Serduszko mi zamarło, że zacznie kopać w paszporcie, ale to nie wina ludzi tylko palantów w parlamencie i zwykli ludzie nie maja na to wpływu. No tak przybija pieczątkę i Tadzia o nic nie pyta, więc po stronie Rumuńskiej ciśnienie wraca do normy. Generalnie nic do Serbów nie mam, a moja sympatia jest po ich stronie, widać pracują w pocie czoła w polu, a Kosowiacy balują na cudze konto acz nie wszyscy.

Sama Rumunia po której jedziemy jest płaska więc robimy ją w 4 dni. Tadziowi rozsypał się bagażnik, więc kleimy go. Nic to nie daje i kupuje nowy. Spotykamy się z życzliwością tym bardziej, że wszyscy w tamtym rejonie mówią po węgiersku, a ja trochę tym językiem władam. Śpimy u napotkanych ludzi w ogródkach, śpiewam piosenki węgierskie czym budzę sympatię. Często zostajemy zapraszani do domów, kończy się wymianą mejli.  Granica z Ukrainą przekraczamy w Halma. Przechodzimy spokojnie obok budki. Tam zapracowany pogranicznik nawet na nas nie zagląda. Podajemy paszport, a ten zaskoczony kto was tu wpuścił i to jeszcze rowerami? Biegnie kolejny i nakazującym tonem natychmiast mamy wrócić, bo rowerami nie wolno. Nie to nie, wracamy. Pyta skąd jedziemy. Na wielosipiedach nie nada i próbuje mnie naciągnąć na kasę, nie mam odpowiadam. Zarabiam 150 Euro, więc jak żyć nie biorąc łapówki? No przytaknąłem chętnie bym ci dał, ale sam nic już nie mam. Zatrzymuje starego grata na czterech kołach wrzucamy nasze rowery i jesteśmy na Ukrainie, dziwie się jak to rowerami nie wolno, ale gratem tak.

Kierowca, który przewoził nas przez granicę mówi, że łapówki na tej granicy to norma i pyta ile daliśmy. Nic odpowiadam niemożliwe oni nikomu nie odpuszczą. Tak jak u nas za komuny. Pracowałem na Węgrach i granicę przekraczałem raz w miesiącu i zawsze oczekiwali prezentu i trzeba było dawać bo inaczej doba na granicy to norma. Ukraina od strony Rumunii biedna. W ubiegłym roku przekraczałem granice od strony Mołdawii tam buduje się na potęgę, dobre drogi, nowe budynki widać że coś się dzieje, a tu marazm. Dróg nie ma bo dziura na dziurze, młodych nie widać, a dziaduszki wychylają się zza dziurawego płotu. Nabieramy często wody, więc przyjmują nas uprzejmie pytając jak w Polsce i że za komuny i im żyło się dobrze, a teraz wszystko upada młodzi uciekli.

Na żadnym przejściu nie przepuszczają z rowerem, więc wracamy się w kierunku Węgier na granicę w Chop. Na granicy wita nas rudzielec w koszulce marynarskiej jak z Ruskich filmów. Wielasipiedem nie lzia słyszę. Nie będę się kłócić. Mówię mu by poprosił oficera. Koleś o wydatnym brzuchu i kilkoma gwiazdkami podchodzi więc pytam, tawariszcz co to jest? pokazując na rower. Maszyna do da więc przepuskaj, podrapał się po głowie i jup twoju mać paszli. Karteczka i jedziemy w kierunku granicy, akurat zmiana warty. Kolejka po horyzont, czekamy…  Pani celnik przyszła, ustawiła sobie lusterko, poprawia fryzurę, wyciąga lakier do paznokci, poprawia biustonosz drapie się po pupie i tak dwie godziny. Zdenerwowałem się bo noc zapada podchodzę i mówię, że rowerem noc zapada i trzeba nam się brać. No to obraziłem panią, że ona decyduje kiedy ruszą z pracą i jeszcze godzina nie nasza. Pytają o wódkę i papierosy. Po stronie Węgierskiej jeszcze większy cyrk samochody stoją po 12 godzin na odprawę, przeciskamy się i pan celnik zadaje pytania, papierosy nie wódka nie z skąd z Albanii? Dlaczego tędy? A tak se. Tadziu mówi, że nic oprócz kałacha nie mamy, celnik nie zrozumiał kawału i wybebeszyli nas z wszystkiego i kolejna godzina nie nasza. Zasypiamy w krzakach przy granicy.

Jeszcze po stronie granicy z Ukrainą na pytanie o papierosy alkohol, odpowiadam nie piję, nie palę, słyszę za plecami baba nie chłop, no cóż… Jazda przez Węgry to sama przyjemność. Do samego Sarospatok, to jazda ścieżką rowerową utworzoną na wałach ochronnych rzeki, jazda jak po stole. Węgrzy to przykład na rozsądek, u nas odwrotnie jak jest jezioro np Dziećkowice, to wystawili płot, że więzienia takich nie mają zamiast w ścieżki rowerowe zainwestować. Ale u nas to tylko zysk, a nie człowiek się liczy. Zacierają się granice między głupotą, a rozsądkiem. Do samego Preszow większość ludzi mówi po Węgiersku, więc nie ma problemu. Rozpętały się ulewy, że rzeki zaczynają wylewać. Nockę spędzamy u Słowackiej rodziny rozbijając namioty w ogródku. Wieczorem zapraszają nas na kawę i dodatek w postaci śliwowicy. Mąż gospodyni zginął 3 tygodnie wcześniej w Anglii w pracy i walczy o odszkodowanie i rentę dla dziecka. Ale jak to u prywatnego, zawsze coś brakuje, więc bez sądu się nie odbędzie bo firma Słowacka. Do samej Dukli 104 km w strugach deszczu. Rzeki zaczynają wychodzić z koryt wszystko mokre, więc meldujemy się w schronisku młodzieżowym. Super ciepło i czysto za nie duże pieniądze. Jest ekipa co jedzie na Rumunię, więc wymiana info. Jeszcze dwa dni mi zajął dojazd do Katowic w strugach deszczu.

W sumie cała trasa to 11 krajów i 3949 km w 35 dni, z tego 4 dni laby na plażach w Chorwacji i Albanii. Ta trasa to wstęp do marzenia objechania rowerem Afryki po linii brzegowej, jeśli ktoś ma chęć się do tego szalonego planu dołączyć, to piszcie fajnie by mieć kompana na drogę, a trochę czasu zejdzie. Szkoda, że tak szybko wyprawa rowerowa się zakończyła…

Mieczysław Bieniek - Hajer

Mieczysław Bieniek - Hajer

Łowca przygód, podróżnik, emerytowany górnik z Katowic.
Mieczysław Bieniek - Hajer

Dodaj komentarz przez Facebook

komentarzy

7 comments on “Z Hajerem rowerem do Albanii – powrót

  1. boney 13 maja 2012 at 12:50

    super się czyta. Gratuluję wyprawy!

  2. Miki 30 maja 2012 at 14:54

    „balują na cudze konto …” przyganił kocioł garnkowi

  3. Ladny Kraj ale tylko na zdjeciach ,dobrze ze sa tacy ;;Hajerzy,,ktorzy nam to pokazuja.

  4. Zachecam do czytania i do ogladania zdjec , wszystkich ktorzy tam nie byli i nie beda.Bardzo ciekawe i kolorowe pejzarze i ludzie. !!!!!

  5. Bodzio 16 czerwca 2012 at 14:05

    Wspaniala przygoda i ciekawe zdjecia! Podziwiam wytrwalosc!Z ciekawoscia sledze wszystkie Twoje wyprawy!

  6. Marianna 2 lipca 2012 at 16:29

    Opowiada az sie wlosy jeza na skorze,za nic bym sie nie zamienila z nim w tym momencie !!!!!!!

  7. Beata 25 września 2012 at 22:59

    super się czyta :) pozdrówka ślę :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *