Z.Krzeszowiec: Rower to sposób na życie – cz.1

Zbigniew Krzeszowiec od wielu lat związany jest z rowerem. W latach 70. ścigał się z polską szosową czołówką. Razem z kolegami z ekipy wygrywał Wyścig Pokoju. Po zakończeniu kariery zrobił sobie przerwę, ale dziś dalej widzimy go na trasach maratonów MTB, wyścigów CX i na szosie. Ma na koncie 20 tytułów mistrza Polski w różnych odmianach kolarstwa. Zapraszamy do lektury pierwszej części wywiadu!

Blog Rowerowy: Od ilu lat właściwie ściga się pan na rowerze?

Zbigniew Krzeszowiec: Ojej… (śmiech). Miałem 14 lat kiedy wygrałem mój pierwszy wyścig. A to było ponad pół wieku temu. Później zacząłem ściganie na poważnie i ten okres trwał do 1980 roku, w którym całkowicie odstawiłem rower. Wtedy zakończyła się moja kariera zawodnicza.

Więc skąd decyzja, żeby znów wrócić na rower?

Jakoś nie mogłem się z tym pogodzić, żeby całkiem nie jeździć. Więc zacząłem znowu wsiadać na rower, jeździć całkiem rekreacyjnie i dojeżdżać do pracy. Ze względu na moją pracę musiałem docierać w różne miejsca. Zdarzało się, że 20 km w jedną stronę. Później taki sam powrót i robił się całkiem porządny dzienny kilometraż.

Aż w końcu nastąpił powrót także do ścigania?

Tak, muszę w tym miejscu podziękować Tomaszowi Radzkiemu i firmie Velo, bo to w dużej mierze dzięki nim przez ostatnie lata mogłem startować. Moja przygoda z Velo zaczęła się w 1995 roku, ale taki przełom nastąpił w 2010 roku, kiedy prezes wciągnął mnie jako zawodnika do drużyny DSR-Author. To też dało mi dużo motywacji i nowe możliwości, żeby ścigać się w zacnym gronie, na świetnym sprzęcie. W takich warunkach można powiedzieć, że sukcesy same przychodzą. I faktycznie, to był dla mnie znakomity czas i powiem nieskromnie, że pod szyldem Velo wygrywałem w mojej kategorii prawie wszystkie wyścigi, w których startowałem.

458C0268

W pana przypadku jest inaczej, ale często kolarze kończą karierę, a później jakoś nie po drodze im z rowerem. Jak to jest?

Rzeczywiście, jak obserwuję moich kolegów, z którymi kiedyś się ścigałem, to niektórzy już nigdy więcej nie wsiedli na rower. Ale z drugiej strony zauważam, że dopiero teraz, kiedy upłynęło trochę czasu, wracają, bo zdrowie zaczyna tego wymagać. Kiedy jeżdżę na wyścigi typowo amatorskie, znów widzę coraz więcej kolegów z lat, w których razem się ścigaliśmy. Bardzo mnie to cieszy.

Kontakty z peletonu pozostały do dzisiaj?

Pewnie. Kiedyś widywaliśmy się praktycznie cały czas. Jeździliśmy na zgrupowania, na wyścigi, ciągle coś się działo. W ten sposób nawiązywały się przyjaźnie. Dzisiaj, oczywiście nie tak jak wtedy, ale spotykamy się przy okazji imprez sportowych czy nawet wspólnych zabaw karnawałowych.

Skąd pan wciąż czerpie tyle sił do kolarstwa?

Myślę, że z pasji i zaangażowania. Na pewno to trochę kwestia tego, że kolarstwo jest w moim życiu od tak młodego wieku. Można powiedzieć, że rower wszedł mi w krew.

Jest to sposób na życie?

Obecnie powiedziałbym nawet, że to doskonały sposób na życie. Moją dodatkową motywacją jest ciągła chęć do wygrywania. Mimo, że lata lecą, na każdy wyścig jadę z myślą o wygranej. To jest mój cel. Oczywiście później różne sytuacje to weryfikują (śmiech).

Jak teraz wyglądają pana przygotowania do startów?

Przez ostatnie osiem lat robiłem sobie zawsze grudniowe zgrupowanie na Wyspach Kanaryjskich. Tam przejeżdżałem do 1000 km. Później wracałem do kraju i tutaj w warunkach śnieżnych kontynuowałem trening. Oczywiście nie tak intensywnie jak tam, ale nie poprzestawałem na kilometrach przejechanych na Gran Canarii. Myślę, że to procentowało. W tym roku moje przygotowania lekko się zachwiały, ponieważ to pierwszy mój rok bez takiego wyjazdu. Sam jestem ciekaw jak forma ułoży się w tym sezonie. Mam już swoje lata, ale chęć do wygrywania wciąż pcha mnie do przodu.

458C9343

Drugą część rozmowy znajdziesz tutaj.

Dodaj komentarz przez Facebook

komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *