Wyprawa rowerowa „Norwegia 2008”

Pierwszą moją wyprawę rowerową z sakwami odbyłem na Bornholm w 2007 roku. Wyprawa trwała 13 dni, w tym na wyspie 8 dni. W tym czasie pokonałem 915km. Po powrocie, choć byłem ogromnie zadowolony z tej wycieczki stwierdziłem, że była to dla mnie łatwa wyprawa i stać mnie na więcej, czyli na coś poważniejszego. Poszedłem tropem skandynawskim i zrodził się pomysł Norwegia. Początkowo było to powiedzmy moje marzenie, ale z czasem przeradzało się w realny cel następnej wyprawy. Od sierpnia zacząłem czynić zakupy pod kątem tego trudnego przedsięwzięcia. Zakupiłem przewodnik i mapę i powoli zacząłem ją studiować pod kątem ewentualnej trasy i kierunku poruszania się po Norwegii i możliwości dostania się do tego kraju. Możliwości jest kilka, ale ja wybrałem samolot. Początkowo miało to być powiedzmy kółeczko w trójkącie od OSLO przez TRONDHEIM, DROGĘ TROLI, DROGĘ ORŁÓW, GEIRANGER, Góry JOTUNHAIMEN, Droga rowerowa wzdłuż kolejki FLAMSBANA i dalej do OSLO i powrót samolotem. Po pewnym czasie do tej trasy włączyłem przylądek NORDKAPP i LOFOTY i trasa wyprawy zrobiła się naprawdę trudna, wymagająca, ambitna i przede wszystkim bardzo kosztowna. Oszacowałem, że koszt tej wyprawy to kilka tysięcy zł. Od stycznia na dobre zacząłem się przygotowywać. Studiowanie map, czytanie relacji z innych wypraw w tamte rejony, zapoznawanie się z sytuacją ekonomiczno – terenowo – obyczajową w Norwegii. Próbowałem już pozyskać sponsorów na wyprawę i zacząłem szukać kogoś, kto planował wybrać się tam gdzie ja w podobnym czasie. Poznałem przez internet Andrzeja z Warszawy i od tego czasu przygotowywałem się na wyprawę we dwójkę. Byłem z tego zadowolony, bo samotny wyjazd w tamte rejony byłby trochę ryzykowny i niebezpieczny. Wytyczyliśmy sobie trasę i ustaliliśmy środki transportu dotarcia i powrotu z Norwegii i na miejscu. Termin wyjazdu ustaliliśmy na 30 maja a powrót na 27 czerwca. Trasa miała wyglądać tak: Samolotem do OSLO z przesiadką na ranny samolot do ALTY. Z ALTY rowerem do NORDKAPPU. Powrót do HONNINGSVAG na prom do TROMSO. Dalej rowerem do LOFOTÓW i przeprawa promem do BODO. Następnie samolot do TRODHEIM i autobus do MOLDE i dalej już do OSLO rowerem z konieczności korzystając z kilku lokalnych promów, przez drogę rowerową wzdłuż kolejki FLAMSBANA. W trakcie wyprawy nastąpiły pewne zmiany trasy z różnych przyczyn, ale o tym później. Wytyczona trasa miała mieć ok. 2000-2500 km do pokonania rowerem. W marcu zarezerwowałem bilety na samolot i przygotowania stały się bardzo intensywne. Wszystko szło dość sprawnie, a w kwestii pozyskania sponsorów na wyprawę sytuacja nie była dla mnie pomyślna. Praktycznie całość kosztów musiałem ponieść z własnego budżetu. Pewną kwotę finansową otrzymałem ze strony swojego zakładu pracy tj. DGS.

Dzień 1 piątek 30.maj 2008

W końcu nadszedł dzień wyjazdu tj. 30 maj 2008. Na dworcu żegna mnie oczywiście żona i córka oraz grupka przyjaciół, a konkretnie Robert Red Arrow, Marcin Sindbad i Jacek Gucio oraz Heniek, który pojechał ze mną do Warszawy. Na lotnisko na Okęcie docieram rowerem z dworca zachodniego. Płacę za przetransportowanie samolotem roweru 200NOK. Przed odprawą pierwsze problemy z rowerem, a podczas odprawy wielka niespodzianka. Licząc kilogramy w domu na wadze łazienkowej miałem ok. 43 kg bagażu, a na lotnisku policzono mi 54 kg nie licząc roweru. Z racji dużych różnic cenowych (ceny ok. czterokrotnie wyższe niż w Polsce, a czasem jeszcze wyższe. Podobno OSLO jest uznane za najdroższe miasto na świecie, jeśli idzie o koszty utrzymania) zabrałem ponad 15 kg prowiantu i dużo odzieży, bo warunki miały być zimowe i mogły być typowo letnie, a wręcz upalne. Pojawiają się pierwsze kłopoty techniczne z odprawą roweru. Nie mogę skręcić kierownicy, a taka jest konieczność przewożąc rower samolotem. Pomocy udziela mi taksówkarz, pożyczając klucza morsa do odkręcenia sterów. Z małym opóźnieniem wylatujemy samolotem linii NORWEGIAN do OSLO i po ok. dwóch godzinach mojego pierwszego lotu lądujemy na lotnisku GARDEMOEN. Na lotnisku w OSLO naprawiam rozkręcone stery i walczę z wyjęciem ze sztycy widelca nakrętki klinowej od wspornika, która wpadła mi podczas walki z kierownicą na Okęciu. Stwierdzam też, że brakuje pompki, która została przy rowerze na odprawie w Warszawie. Brak jej zemści się w ostatnim dniu mojej wyprawy. Na holu terminalu znajdujemy dość spokojny zaułek w pizzerii i kimamy do rana.

Dzień 2 sobota 31 maj 2008

Samolot do ALTY mamy o 7:15. Odprawa przebiega bardzo sprawnie i o wiele łatwiej niż na Okęciu. Zresztą same lotnisko i terminal to nowoczesne hale i jest bardzo przyjemne. Z okien samolotu dostrzegam mały pas lotniska w ALCIE. Sam moment lądowania był bardzo emocjonujący i widowiskowy, bo samolot miał bardzo mało miejsca do lądowania i do lotniska podchodził w ciasnym zakręcie szybko tracąc wysokość. W ALCIE lądujemy o 9:15 po drodze podziwiając z okna samolotu pokryte śniegiem i lodem przestrzenie górzystego krajobrazu za kołem podbiegunowym. Wysiadając z samolotu słyszę polską mowę i zagaduje do dwóch dziewczyn Izy i Moniki, które przyleciały do pracy na kampingu w HONNINGSVAG. Przypominam sobie, że zetknęliśmy się już z nimi na Okęciu podczas odprawy. Zostaliśmy zaproszeni na kamping, bo był po drodze na NORDKAPP. Dość szybko składamy rowery, pakujemy sakwy na rower i ruszamy w drogę szukając stacji benzynowej i sklepu rowerowego. Jest dość ciepło, bo ok. 12 stopni i słonecznie. Po ok. kilometrze jest pierwsza stacja, więc kupuje kartusz Campingazu do mojej kuchenki za 90 NOK. Tuż obok były dwa sklepy rowerowe, więc wstępuję i pożyczam klucz i skręcam na dobre stery i kupuje nowy bidon, bo jeden się przedziurawił. Ruszamy na dobre w drogę do przylądka NORDKAPP. Miało być ok. 230 km do pokonania na przylądek, a w rzeczywistości było dużo więcej. Pierwsze kilometry i podjazdy są dość kłopotliwe. Idzie dość opornie z racji dużej wagi mojego zestawu i jeszcze nie przyzwyczajenia się do terenu. Krajobraz jak u nas w marcu. W Warszawie pełnia wiosny i upał, a tutaj jak u nas w marcu szaro, uboga roślinność i dużo zimniej. Ruch na drodze mały. Robi się coraz chłodniej i po pewnym czasie pojawia się coraz więcej śniegu. Powoli oswajam się z podjazdami i idzie mi coraz sprawniej. Pierwszy nocleg robimy przed OLDEFJORDEM. Jest ok. 22:30 i słońce nadal na horyzoncie. Pierwszy raz doświadczam białych nocy w pełnym wydaniu. Nocujemy na nieczynnym jeszcze kampingu, a właściwie to przed nim.
Dystans-109km;   czas – 7g40min  ; AV-15,5 km/h  :Vmax-50,5km/h

Dzień 3 niedziela 01 czerwiec 2008

Start o 8:30. Jedzie się już dobrze, chociaż cały czas są górki i podjazdy. Andrzej ma problemy kondycyjne i ciągle muszę na niego czekać. Im dłuższy podjazd tym dalej mu odjeżdżam czekając co kilka kilometrów, a czasem nawet zawracam. Ja znoszę już trasę dobrze i już procentuje dobre przygotowanie kondycyjne i przejechane 3000km w tym roku. Pogoda nie jest zła, choć wiszą ciemne chmury, wieje umiarkowany wiatr i wygląda jakby miało padać. Krajobraz typowy dla koła podbiegunowego. Jesteśmy na płaskowyżu, więc widać dalekie przestrzenie pokryte częściowo śniegiem i jakimiś trawami i porostami. Pojawiają się coraz częściej i w większych ilościach renifery. Choć jest surowo to i tak pięknie, nitkę asfaltu widzę daleko przed sobą i równie daleko za mną. Często droga prowadzi wzdłuż fiordu na skraju zboczy gór. Podziwiam, zatem specyficzny krajobraz często robiąc zdjęcia i kręcąc kamerą. Zaliczam pierwsze tunele. Jeden 1400m i drugi 190 m, potem będzie tunel 3980m i najdłuższy na trasie do pokonania rowerem ok. 7km. Cały czas wieje dość silny wiatr, ale nie jest tak źle. Ok. 16:00 docieramy wzdłuż fiordu do pierwszej poważnej próby sił. Wspominany tunel 7km zjeżdżający pod poziom morza na 212 metrów. Zjazd ok. 3,5 km, krótkie wypłaszczenie i 3km podjazd o nachyleniu 9%. Niestety warunki w tunelu, gruby zimowy ubiór i długość podjazdu i przede wszystkim ciężar mojego roweru zmuszają mnie do prowadzenia roweru ok. 900m. do wylotu. W tunelu byłem prawie godzinkę, a po ok. 40 min. wyjechał z tunelu Andrzej w towarzystwie Amerykanki, Anglika i Norwega również na rowerach. Jechali oni też na NORDKAPP, ale z małymi bagażami na szosówkach. Wrażenie z jazdy w tunelu jest niesamowite. Auta i motocykle robią hałas jak startujący obok odrzutowiec. Tunele są w bardzo dobrym stanie wyposażone w telefony i sprzęt ratunkowy. Przy wylocie tunelu bramka i kasa, ale rowerzyści nic nie płacą. Cała reszta słono płaci za przejazd. Po wyjeździe z tunelu załamała się pogoda. Padał intensywny deszcz i wiał silny wiatr. Po zjedzeniu obiadu za tunelem ruszyliśmy do HONNINGSVAG. Do HONNINGSVAG docieramy ok. 19:30. Szukamy kampingu, gdzie miały pracować dziewczyny z samolotu. Okazuje się, że kamping ten jest ok. 22 km za miastem w stronę NORDKAPP. Postanawiamy dotrzeć jeszcze dzisiaj do kampingu. Najpierw jest dość znośnie, ale po ok. 5km zaczyna się podjazd 9% przez 3,5km. Byliśmy wcześniej uprzedzeni przez sakwiarzy wracających z północy, że droga na NORDKAPP jest bardzo ciężka i tak właśnie się stało. Podjazd był morderczy zważywszy, że już niezły dystans dzisiaj pokonaliśmy z długim trudnym tunelem. Zaczęło mocno wiać i rozpadało się na dobre, a do tego słaba widoczność z powodu mgły. Zrobiło się bardzo zimno. Chciałem jak najszybciej dotrzeć do jakiegoś schronienia i włożyłem w to maksimum wysiłku i sił, jakie mi pozostały tego dnia. Po pokonaniu ok. 23 km i po 2,5 godzinie dotarłem do najdalej na świecie położonej wioski rybackiej SKARDSVAG ok. 22:40. Czekam na Andrzeja na przystanku ok. 1g40minut. Ledwo dociera do mnie i zaczynamy szukać miejsca na nocleg. Niestety wszystko jest zalane wodą i decydujemy się na domek na kampingu KIRKAPORTEN, na którym pracują dziewczyny z Polski. Niestety jest północ i recepcja nieczynna. Po rozmowie z Norwegiem, gościem na kampingu zajmujemy wolny i otwarty domek. Tak podobno można robić. W domku jest ogrzewanie, więc suszymy mokrą odzież przygotowując ją do jutrzejszego zdobywania przylądka i korzystamy z łazienki i prysznica i wszystko to za jedyne 450 NOK. Ok. 2:00 kładziemy się w końcu spać, a na zewnątrz jest jasno i cały czas pada deszcz.

Dystans -134km; czas -9g40min; AV -14,29km/h; Vmax-51,5km/h Razem – 246km

Dzień 4 poniedziałek 02 czerwiec 2008

Pobudka o 9:30. Pada deszcz i czasem ze śniegiem, jest zimno. W recepcji spotykamy w końcu Izę i Monikę. Płacimy za domek, a one pozwalają nam zostawić sakwy na czas zdobywania NORDKAPPU. Ta decyzja okazała się później zbawienna. Na NORDKAPP jest tylko ok. 22km. Najpierw jest dość znośnie, ale po kilku kilometrach robi się bardzo ciężko. Mocne podjazdy i zupełne załamanie pogody. Huraganowy wiatr boczny i przeciwny, deszcz ze śniegiem i temp. Ok. 3-4 stopni. Słaba widoczność to kolejne utrudnienie. Zaczynamy prowadzić rowery, gdyż jazda jest niemożliwa Na zjazdach próba jazdy rowerem, ale bardzo silny wiatr zmusza do jazdy pod dużym kątem i przejeżdżające autokary powodowały chwilową zasłonę i najpierw osłaniały od wiatru, a potem wiatr uderzał z pełną siłą spychając na skraj drogi i potem rzucał rower na środek drogi. Było to zbyt niebezpieczne, żeby kontynuować jazdę i najpierw zwolniłem do ok. 10km/h, by później zsiąść z roweru i znowu go prowadzić. Prędkość prowadzenia roweru ok. 3km/h, cały czas walcząc z podmuchami wiatru próbując utrzymać równowagę. Odcinek 22km pokonaliśmy w 3 godz. Na bramce wjazdowej gratulacje i słowa podziwu za dotarcie tego dnia na przylądek. Kolejna niespodzianka, bo nie musimy płacić za wstęp na teren za bramką. Dojazd z sakwami tego dnia jak dla mnie byłby niemożliwy. Chwilkę zwiedzamy pawilon i grotę wykutą w skale i wychodzimy na zewnątrz w stronę globusa. W ciągu kilku minut pogoda zmieniła się i przestało padać. Szybko poprawiła się widoczność i było widać już morze i okoliczne góry. Pokręciłem trochę kamerką i porobiliśmy fotki z globusem w tle. Wróciliśmy do pawilonu zwiedzając pozostałą część obiektu spotykając rodaków. Próbowaliśmy zorganizować jakiś transport dla nas i rowerów w drogę powrotną, ale nie znajdując żadnego sposobu po ok. godzinie spędzonej na przylądku ok. 15:00 postanowiliśmy ruszyć w powrotną drogę. Warunki o wiele lepsze i wieje tylko silny wiatr, ale widoczność jest już doskonała. Można porobić fotki i pokręcić kamerką. Po 1,5 godz. docieramy do kampingu. Spakowaliśmy się, zjedliśmy szybki obiad, pogadaliśmy jeszcze z dziewczynami i ruszyliśmy do HONNINGSVAG na jutrzejszy prom linii HURTIGRUTEN do TROMSO. W HONNINGSVAG jestem ok. 19:30, i udaje się na umówione miejsce pokazać się rodzince na kamerce ustawionej gdzieś na dachu budynku naprzeciw portu, skąd odpływa prom. Dzwonię do domu, a oni po chwili widzą mnie machającego do nich z daleka. Było to miłe uczucie. Po ok. 45min. dociera Andrzej. Do 2:00 szwendam się po miasteczku wielkości Kowala. Od 2:00 do 3:00 kimamy w jakiejś klatce biurowca do czasu kiedy nie zbudził nas spotkany wcześniej policjant proponując nam schronienie w holu hotelu RICCA, gdzie załatwił nam zgodę u recepcjonistki.

Dystans -62,8km; czas – 5g33min; AV-11,31km/h;Vmax -55,48km/h Razem – 309km

Dzień 5 wtorek  03 czerwiec 2008

Ruszamy z hotelu o 5:45 na prom, który odpływa o 6:15. Jest to luksusowy prom linii HURTIGRUTEN om nazwie FINNMARKEN. Najpierw zwiedzanie promu, potem toaleta, jedzenie i ułożenie się na wygodnej kanapie i dosypianie po nieprzespanej nocy. Promem płyniemy 22 godz. odpoczywając po pierwszych trudnych dniach wyprawy. W trakcie rejsu dalsze zwiedzanie promu i podziwianie zmieniających się widoków mijając kolejne fiordy i przystanie, do których dobijał prom. Rejs zrobił duże wrażenie płynąc przez fiordy wśród potężnych, majestatycznych, ośnieżonych pasm górskich. Raz zszedłem z promu zobaczyć jak wygląda prom z zewnątrz. Podczas rejsu, analizując dalsze etapy wyprawy zmieniamy plan i postanawiamy dotrzeć promem do FINNSNES mając na uwadze niepewność jednego lokalnego połączenia promowego po drodze. Ilość kilometrów do pokonania rowerem pozostaje niezmieniona przez tą decyzję. Na trasie rejsu było duże miasto TROMSO, podobno najdalej na świecie położone na północ miasto uniwersyteckie z charakterystycznym, pięknym wygiętym w łuk mostem.. Dopłaciliśmy, więc do biletu, który kosztował razem 1390NOK.

Dzień 6 środa 04 czerwiec 2008

Z promu w FINNSNES schodzimy ok. 4:30 przystępując do przepakowania się i zmiany odzieży na bardziej letnią. Pogoda obiecująca, bo choć jeszcze chłodno to słońce świeci na horyzoncie. Ruszamy ok. 6:00 stwierdzając, że już jest ładniej i przyjaźniej widząc zielone otoczenie drzew i krzewów. Wjeżdżamy na łukowaty most po to tylko, żeby zobaczyć jak wygląda miasto z tego pięknego mostu. Wracamy, bo nie był to właściwy kierunek jazdy i kierujemy się stronę NARVIKU, ale boczną drogą nr 84. Droga piękna pośród wysokich ale już częściowo zielonych gór, z częstymi ale krótkimi podjazdami. W SJOVEGAN udzielamy krótkiego wywiadu dla lokalnej telewizji na temat naszej wyprawy. Między TENNEVOLL, a FOSSBAKKEN przepiękna długa dolina z huczącym z daleka przepięknym wodospadem. Przed FOSSBAKKEN ciężki podjazd i dojazd do głównej drogi E6, a za FOSSBAKKEN po ok. 108km przerwa na obiad. Po ok. 2 godz. ruszamy dalej szukając już miejsca na nocleg. Na drodze E6 bardzo duży ruch i to w dodatku tirów. Tiry wcale nie jeżdżą lepiej niż u nas często zajeżdżając drogę i trąbiąc nawet. Cały dzisiejszy dzień był słoneczny i bardzo ciepły. Jechałem większość drogi w samych spodenkach. Po ok. 30km znajdujemy miejsce na nocleg między dwoma jeziorami kilkanaście kilometrów przed BJERKVIK   Do NARVIKU zostało ok. 42km

Dystans -136km; czas -9g20min; AV -14,56km/h; Vmax -53km/h Razem 445km

Dzień 7 czwartek  05 czerwiec 2008

Start o 9:30 do NARVIKU na prom do BOGEN w kierunku LOFOTÓW. Przed wyjazdem okazało się, że Andrzejowi rozkręcił się bagażnik i pękły dwa główne spawy, co groziło katastrofą w czasie jazdy. Spinam pręty taśmami plastikowymi i wkręcam nową śrubę ze swoich zapasów. Prowizoryczna naprawa miała wytrzymać do znalezienia pierwszego sklepu, w którym można byłoby kupić nowy bagażnik. Okazało się, że w sklepach bagażniki mieli wątpliwej jakości i prowizoryczna naprawa wytrzymała, aż do końca wyprawy. Dojeżdżamy do BJERKVIK i robimy zakupy w REMA 1000(to sieć dyskontów). Z tego miasteczka było widać NARVIK po drugiej stronie fiordu jakieś 8km, ale musieliśmy objechać fiord, żeby tam dotrzeć i zrobić ponad 30km. Droga malownicza wśród gór po jednej stronie i wzdłuż fiordu raz pod górkę raz z górki czyniąc ten etap dość trudnym. Ruch samochodowo-motocyklowy bardzo duży. Po drodze kolejny tunel, (których na całej trasie pokonałem ok. 30), i ładny most łukowy. Pogoda ładna jest dość ciepło i świeci słońce, co zapewnia dobrą widoczność na duże odległości i możliwość robienia fotek. Docieramy do NARVIKU i niestety okazuje się, że nie kursują promy w kierunku BOGEN tam gdzie chcieliśmy dotrzeć. Udajemy się na dworzec autobusowy i kolejny raz mamy farta. Autobus jedzie do BOGEN za niecałą godzinę. Dobry układ, ale niestety nie mamy czasu na zwiedzenie miasta. Wsiadamy do autobusu, który jak większość jest przystosowany do przewożenia rowerów. Płacimy po 164NOK i ruszamy do BOGEN. Przejechaliśmy ok.50 jadąc znowu przez BJERKVIK. Wysiadamy pakujemy sakwy i ruszamy kończąc dzisiejszy etap w KVITNES nad fiordem za pięknym mostem w stylu GOLDEN GATE w TJELDSUND. Przez ten most jutro przedostaniemy się na wyspę HINOYA. Namioty rozbijamy nad samą wodą, wcześniej długo szukając dobrego miejsca. Jest już późno i dość zimno z powodu wiatru wiejącego od otwartego morza.

Dystans -83,5km; czas -5g31min; AV -15,1km/h; Vmax -62,1km/h Razem – 528km

Dzień 8 piątek  06 czerwiec 2008

Startujemy z KVITNES o 9:30. W nocy było bardzo zimno. Po przejechaniu 35km.spadł mi kolejny raz łańcuch na szprychy i zrywając się zerwał jedną szprychę wyginając kilka następnych. Mam zapasowy łańcuch i narzędzia do wymiany, ale niestety nie mam czym kręcić kluczem do kasety. Na szczęście awaria stała się na wprost budowy domku, przed którym pracowała koparka i było kilku Norwegów. Pożyczam, więc klucza francuza od uczynnego Norwega i po ok. godzince łańcuch i szprychy są wymienione i koło nacentrowane. Po robocie zostaliśmy zaproszeni na piwko i pogawędkę. Było bardzo miło posiedzieć przy piwku na słoneczku. Dowiedzieliśmy się, że gospodarz budował nowy dom, bo poprzedni spalił się niedawno. Mimo, że do LOFOTÓW jest stąd ok. 200km Norweg nigdy tam nie był. Ruszamy w drogę pokrzepieni zimnym norweskim piwkiem i jak się później okaże przez 102km nie napotkamy żadnego sklepu. Dzisiejszego dnia mieliśmy dojechać do rozwidlenia dróg w GULLESFJORDBOTEN i tam nocować. Po dojechaniu do tego miejsca okazuje się, że zaczyna się tutaj nowa droga i nie ma szans na rozbicie namiotu. Ruszam dalej i piękną nowiuśką drogą jadę dalej doliną pośród ogromnych nagich gór w bardzo surowym krajobrazie. Słońce skryło się za tymi olbrzymami i powiało chłodem przez wiele kilometrów. Minęło kilka tuneli i kilometrów, a nie widać nawet skrawka płaskiego, ziemnego, suchego terenu. Czasem pojawia się parking, ale wyasfaltowany. Jest już dość późno i nie widać żadnych perspektyw na szybki nocleg. Droga prowadziła początkowo w dół pozwalając pokonać szybko spory odcinek drogi. Szukając noclegu zrobiliśmy 30km i wyjeżdżając z kolejnego tunelu ujrzeliśmy tabliczkę STORA, dużo zieleni, fiord kilka wiosek w oddali i przy drodze zadbane dwa domki, z pięknie wystrzyżoną trawką na podwórku. Nie było właścicieli, więc skorzystaliśmy z okazji i rozbiliśmy namioty w asyście świecącego słoneczka ok. godz. 22:00.

Dystans -102km; czas – 6g16min; AV -16,27km/h; Vmax -51,9km/h  Razem – 631km

Dzień 9 sobota 07 czerwiec 2008

Startujemy ze STORA o 9:30 od razu wjeżdżając do tunelu. Ok. 10:00 docieram do FIKSEBOL, gdzie jest przeprawa promowa na MELBU. Korzystamy z WC z pełnym wypasem organizując pełen serwis ze śniadaniem włącznie. Jest słonecznie, ale chłodno. Droga do FISKEBOL dość ciężka. Jedziemy dalej i zaliczamy sześć tuneli w tym jeden z ciężkim podjazdem. Wjeżdżam do SVOLVAER i robię zakupy w REMA 1000. Tutaj spotykam sakwiarzy z Polski Alicję i Roberta, którzy wystartowali z NARVIKU i jadą na LOFOTY, żeby potem wrócić do NARVIKU na samolot. Po chwili dociera Andrzej. W REMIE zakup 2kg paczki pysznych lodów i po rozstaniu się z rodakami wcinamy lody na ławce przez Statoilem. Za SVOLVAER szukamy już noclegu i tradycyjnie pokonujemy kilkanaście kilometrów nic nie znajdując. Dojeżdżamy do miejsca gdzie niedaleko drogi widać duży kamping nad samym fiordem. Wieje silny wiatr i jest zimno, więc szukamy jakiegoś zacisznego poletka i w końcu znajdujemy placyk ok. 3m od szosy w krzaczkach w LYNGSVAER ok. 19:30. Dzisiejszy dzień był dość spokojny bez żadnych niespodzianek. Pozwalał upajać się widokami codziennie ślicznych gór i fiordów. W namiocie popijamy piwko, które Andrzej zarobił pomagając rodakom na drodze przed FIKSEBOL. Pękła im szyba w aucie, a nie umieli dogadać się przez telefon po angielsku z serwisem norweskim.

Dystans -78,5km; czas -4g38min; AV -16,95km/h; Vmax -57,2km/h Razem – 709km

Dzień 10 niedziela 08 czerwiec 2008

Start o godz. 11:00. Jazda spokojna ale przed LEKNES długi i ciężki podjazd. Podobno odtąd zaczyna się najpiękniejszy odcinek LOFOTÓW. Jest dość pogodnie. Mamy duży zapas czasu do odlotu samolotu z BODO w środę, więc nie gonimy. Miasteczko troszkę senne jak z filmów amerykańskich. Mały ruch, dwie szerokie ulice na krzyż ale niedaleko jest lotnisko co podnosi jego rangę Po drodze nic ciekawego oprócz kręcenia głową na lewo i prawo podziwiając góry. Oczywiście jesteśmy już na LOFOTACH. Dojeżdżamy do FLESA, gdzie kończymy dzisiejszy odcinek trasy, zjeżdżając wcześniej z trasy do GRAVDAL, żeby obejrzeć miasteczko. Powracamy na trasę wyprawy i dojeżdżamy do dużego parkingu właśnie we FLESA. Przed parkingiem przy szosie wysoka skalna ściana z przykutym wysoko jakimś znakiem wikingów. Domyślam się, że była to łódź wikingów. Na parkingu jest dużo stolików z daszkami, jest WC, a w nim ciepła woda i prąd, ale nie ma miejsca na rozbicie namiotu. Rozbijamy w końcu namioty przy samym WC gdzie było dość płasko i trawiasto. Oczywiście wielkie mycie, pranie i ładowanie. Parking położony w pięknym miejscu na wysokim brzegu fiordu. Po drugiej stronie fiordu przepiękny pejzaż z majestatycznymi zielonym górami w roli głównej. Czasem podziwiamy starty samolotów z pobliskiego lotniska w LEKNES. Jest słonecznie ale już chłodno. Po ok. godzinie dociera na parking poznana wcześniej Alicja z Robertem.

Dystans -66,5km; czas -4g05min; AV -16,27km/h; Vmax -56km/h Razem – 775km

Dzień 11 poniedziałek 09 czerwiec 2008

Wstałem bardzo wcześnie bo o 4:00. Nie mogłem jakoś spać. Wziąłem się więc za mycie roweru, bo wyglądał już nieciekawie. Wystartowaliśmy po śniadaniu nad fiordem o 7:10. Dzisiaj mieliśmy dojechać do krańca LOFOTÓW i promem z MOSKENES opuścić wyspy i znaleźć się już na stałym lądzie do końca wyprawy. Od rana świeciło słońce i było dość ciepło. Ok.. 8:00 robi się zimniej i zaczyna wiać dość silny i lodowaty wiatr. Temp ok. 8-10 stopni. Jak nas uprzedzano zaczęły się najpiękniejsze widoki na wyspie i chyba nie tylko. Dużo zieleni i te góry ogromne, majestatyczne olbrzymy wyrastające wprost z morza. Z tego właśnie słyną LOFOTY. Tak jakby szczyty naszych Tatr zatopić w oceanie. Do tego piękne niebo zasłonięte kłębiastymi chmurami. Widoki fantastyczne, drogi poprowadzone wzdłuż fiordów dodawały smaczku tym atrakcjom. Po drodze piękne dwa mosty jeden za drugim jak wąż powyginane i niczym wielbłąd garbate, a w tle fiord i przepiękne góry ze strzelistymi graniami o wysokości kilkuset metrów. Z pierwszego mostu zjeżdża się po łuku wprost na drugi most. Długo staliśmy i ślepiliśmy się na te dzieła architektury. To jest właśnie to po co przyjeżdża się na LOFOTY. Widoki, widoki, widoki i widoki. Pofałdowana ale ładną drogą dojeżdżamy do MOSKENES skąd odpływa prom do BODO. Pokonując po drodze kilka tuneli i mostów. Mosty choć krótkie to wysokie i wąskie o jednym pasie. Jak dla mnie trudne do pokonania, bo na szczytach mostów bardzo mocno wiało. Zajeżdżamy na przystań i dowiadujemy się, że mamy 1,5 godz. do odpłynięcia promu. Ruszamy więc do miejscowości A na końcu LOFOTÓW, zostawiając wcześniej sakwy w informacji za zgoda uprzejmego Norwega. Zaczynało padać i robiło się coraz zimniej. Prom płynął ponad 3 godz. Cena rejsu to 155NOK. W BODO mocno pada i dość zimno. Dwie godz. Spędzamy w Venterumie czyli w poczekalni promowej, a potem ruszamy na lotnisko po drodze robiąc zakupy w REMA 1000. Na lotnisku w terminalu organizujemy sobie nocleg w zacisznym kąciku sali przylotów. Jest dość komfortowo są fotele na których będziemy spali, obok  jest WC, gdzie po kryjomu będziemy gotować wodę na kuchenkach. Jest wieczór w poniedziałek, a samolot mamy w środę o 21:55.

Dystans -69,5km; czas -4g04min; AV -17,03km/h; Vmax -62,8km/h Razem – 845km

Dzień 12 wtorek 10 czerwiec 2008

Mając dużo wolnego czasu organizujemy wycieczkę za BODO ok. 36 km do słynnych wirów MAELSTROM do SALSTRAUMEN. Podobno wiry te są najszybsze na świecie. Znajdują się w cieśninie pod pięknym mostem na głównej drodze do TRONDHEIM. Woda z fiordu SALTFIORDEM jest wtłaczana przez wąską cieśninę i stąd to ciekawe zjawisko występujące niestety co 6 godzin. Prędkość wody wtedy wynosi 40 km/h. Z powodu złej pogody, silnego wiatru, padającego deszczu i niskiej temperatury nie zdecydowaliśmy się czekać na to zjawisko. Dojazd do tego miejsca był bardzo ciężki, miałem tego dnia kryzys. Było dużo podjazdów, wiał silny przeciwny wiatr 36 km pokonaliśmy w 3 godziny. Niedaleko wirów na przystanku zjedliśmy obiad i ruszyliśmy w powrotną drogę. Powrotna droga znacznie lepsza i szybsza jazda, bo jechało się już z wiatrem. Powrót trwał już tylko 2 godziny. W pewnym momencie gubiąc drogę przypadkowo natrafiamy na wielkie centrum handlowe na peryferiach BODO. Pochodziliśmy po sklepach, porównując ceny niektórych produktów do naszych polskich – szczególnie w sklepach sportowych.

Dystans -73,5km; czas -5g13min; AV -14,02km/h; Vmax -47km/h Razem – 919km

Dzień 13 środa 11 czerwiec 2008

Praktycznie tego dnia było tylko czekanie na wieczorny samolot. Wyjechaliśmy z terminalu pokręcić się po mieście. Na skraju lotniska porobiłem zdjęcia startujących samolotów myśliwskich F-16. Startowały po kilka w kilku grupach, mogłem się domyślać, że były do ćwiczenia, do pokazów lotniczych, które miały być w BODO 14 i 15 czerwca. Robienie zdjęć było oczywiście zakazane, gdyż było to jednocześnie lotnisko wojskowe. Jeżdżąc po mieście zrobiliśmy 25km. Wreszcie nadszedł czas odlotu do TRONDHEIM. Do TRONDHEIM, a właściwie 32 km od TRONDHEIM, gdzie było lotnisko docieramy o godzinie 23.00. Ruszamy o 1.00 drogą ekspresową do miasta. Jest już szaro, ale nie ciemno, białe noce nieco bledną. Chodź ruch na drodze jest niewielki, kierowcy często na nas trąbią. Pada deszcz, a droga z lotniska zaczęła się pięciokilometrowym podjazdem 7%. Około 12 km przed TRONDHEIM mija mnie z przeciwka radiowóz, po kilku minutach jedzie już równo ze mną i przez otwarte okno w czasie jazdy policjant informuje mnie, że nie wolno tu jeździć rowerem. Po krótkiej rozmowie w czasie jazdy pojechał dalej, gdyż za nim zrobił się mały korek. Po około 2km zauważam radiowóz daleko przed sobą, stojący na moim pasie z włączonymi kogutami. Tam policjant na mnie czekał. Dokańczam rozpoczętą rozmowę z uprzejmym policjantem na temat mojej nielegalnej jazdy, ale nie dostaję mandatu, a jedynie informację gdzie znajduje się droga, którą mogę spokojnie dojechać do TRONDHEIM. Policjant odjeżdża, a za kilka minut przyjeżdża Andrzej. Po dwóch kontaktach z policją w czasie tej wyprawy mogę stwierdzić, że policja norweska naprawdę dba o bezpieczeństwo rowerzystów. Później okazało się, że policjant znalazł się we właściwym czasie, gdyż za kilometr rozpoczynała się autostrada z bramkami i z racji wczesnej godziny trudno byłoby dopytać się o inną drogę dojazdu do TRONDHEIM. Boczną drogą dojeżdżamy do TRONDHEIM i udajemy się na dworzec autobusowy który jest zamknięty, z racji że było zimno postanowiliśmy pojeździć po mieście. Dojechaliśmy do słynnej katedry NIDAROS, której budowa rozpoczęła się około 1070 roku. Było bardzo zimno około 5 stopni, zaczął padać deszcz, a do tego dmuchało. Autobus do MOLDE miał być o 9:45,ale pewności nie mieliśmy że taki będzie i nas zabierze. Jeszcze raz wyjechaliśmy do miasta szukając stacji, na której mógłbym napompować koła. Po powrocie na dworzec próbowaliśmy się trochę przespać, co było bardzo trudne z powodu kiepskich warunków do spania i kręcących się ludzi.

Dystans -70,5km; czas -5g31min; AV -12,61km/h; Vmax -61km/h Razem – 9,9km

Dzień 14 czwartek 12 czerwiec 2008

Do MOLDE jechały dwa autobusy o tej samej godzinie. Koszt przejazdu na jednego to 408 NOK. Autobus jechał bocznymi drogami i zamiast ok. 200km zrobił o wiele więcej zaliczając po drodze przeprawę promową. W autobusie było dosyć zimno. Próbowałem się przespać, ale jakoś mi to nie wychodziło, obserwowałem drogę. Pogoda była bardzo kiepska, bo ciągle padał deszcz. Po przyjeździe do MOLDE, które zrobiło na mnie duże wrażenie, bo z okien autobusu mogłem ocenić, ze jest to bardzo duże miasto. Na peryferiach mnóstwo salonów samochodowych, centrów handlowych i różnych firm. Był duży ruch samochodowy, wrażenie  zgiełku i tumultu, jak w wielkich aglomeracjach. Po wypakowaniu się z autobusu krótka rozmowa z przechodniem – Norwegiem, który pomaga nam złapać autobus do ANDALSNES za 88 NOK. Przesiadka trwała ok. 10 min. Miła pani kierowca pomagała nam nawet  ładować rowery do luku bagażowego. Zdecydowaliśmy się na ten autobus, żeby ominąć bardzo długi tunel pod fiordem, w którym i tak nie można było jechać rowerem. Tak szybka przesiadka nie była mi na rękę i to że opuszczamy MOLDE, nie miałem ani chleba, ani gazu do gotowania, a ANDALSNES wyglądało jak wioska i nie liczyłem, ze będę mógł tam coś kupić. Prawdę mówiąc martwiłem się z tego powodu, że będę musiał głodować przed zdobywaniem DROGI TROLI. Na szczęście po dotarciu do ANDALSNES po drodze pokonując wspominany długi podmorski tunel, okazuje się, że to spore miasteczko z wieloma sklepami i dworcem kolejowym. Na dworcu tym zjadamy obiad. Tutejsze wróble są albo tak odważne albo oswojone, albo głodne, bo gdyby ich nie przegonić to zjadłyby nam jedzenie z garnków nie zważając, że siedzimy przy nich. Nijak nie można było ich odgonić. Będąc już wiele kilometrów przed miastem, oglądałem je na tle wysokich gór zakrytych w połowie chmurami przez zalane deszczem szyby autobusu. Martwiłem się, że jeśli jutro będę zdobywał DROGĘ TROLI przy takiej pogodzie, nic nie będę widział, a oglądanie tej drogi było moim marzeniem. Tego dnia już tylko zakupy i szukanie noclegu. Objeździłem wszystkie stacje benzynowe i dopiero w centrum handlowym na obrzeżu miasta, w sklepie sportowym kupiłem zbawienny kartusz z gazem za 99 NOK. Dzisiejszego dnia pokonałem 1000km rowerem w Norwegii. Dzisiaj było mało jazdy, a dużo kosztów. Prognoza pogody na jutro była niezbyt optymistyczna.

Dystans -11km; czas -1g02min; AV -10,4km/h; Vmax -27,4km/h Razem – 1000km

Dzień 15 piątek 13 czerwiec 2008

Śpimy dość długo do godziny 9:15. Po dwóch nocach na lotnisku, jednej nocy jazdy z lotniska do TRONDHEIM i czekania na autobus. Najpierw wizyta w sklepie rowerowym i naprawa mojej przedniej piasty (ubyła jedna kulka) i zakup nowych ochraniaczy na buty za 299 NOK. Ochraniacze zabrane z Polski poległy podczas zdobywania przylądku NORDKAPP ścierając się na asfalcie. Naprawa kosztowała 100 NOK. Dość późno wyruszamy na trasę, a dokładnie na DROGĘ TROLI. Pogoda wbrew prognozom wyśmienita, świeci słońce i jest dość  ciepło. Tuż przed DROGĄ TROLI widząc ją już z oddali na parkingu spotykamy Polaków, którzy wysiedli z autokaru, który właśnie zjechał z DROGI TROLI. Droga ta już z dołu robi niesamowite wrażenie. Długo by opisywać, ale żadne słowa nie oddadzą tego, co widać stojąc na drodze przed znakiem „TROLLSTIGEN 10%” widząc kilkaset metrów do pokonania w górę krótkimi serpentyniastymi odcinkami przez około 10km. Na parkingu pogadaliśmy z rodakami, porobili nam fotki, nastroiliśmy się psychicznie im przyszedł czas na zdobywanie słynnej DROGI TROLI. Około 2 godziny wspinaczki krętymi, ciasnymi odcinkami. Co chwila przystawałem, żeby utrwalić aparatem i kamerą coraz piękniejsze widoki, cudownej długiej, zielonej doliny i drogi wijącej się już od ANDALSNES. Długo by opisywać uroki tego miejsca, ale żadne opowiadanie nie zastąpi bycia tam i oglądania tego na żywo. Do tego pogoda była dla nas łaskawa i świeciło słońce pozwalając cieszyć się pięknymi widokami. Co chwila kierowcy aut i motocykliści jadący z naprzeciwka pozdrawiali nas trąbiąc albo machając ręką. Z reguły byli to Niemcy i Holendrzy, ale raczej nie Norwedzy. Zdecydowanie większość turystów to Niemcy i Holendrzy. Na szczycie DROGI TROLI odpoczynek i zwiedzanie dwóch sklepików z pamiątkami. Kupując prezenty dla mojej rodzinki w jednym ze sklepów niespodzianka. Młoda pani sprzedawczyni w najmniej oczekiwanym momencie ujawnia się z mową polską. Mieszka w Norwegii 5 lat, pochodzi z Gdańska, a mówi z czeskim akcentem. Po znajomości dostałem sporą zniżkę na zakupione prezenty. Jedziemy jeszcze kilka km pod górę już w scenerii typowo zimowej, bo na wysokości ok. 1000 m. Po pokonaniu kilku km od sklepików droga zaczyna prowadzić w dół i ok. kilkanaście km pokonujemy w krótkim czasie.  Dojazd do DROGI TROLI to ok. 6 km pod górę do 7%, a DROGA TROLI to podjazd ok. 8 km z nachyleniem 10% i ok. 2km z podjazdem 7% za DROGĄ TROLI wśród śniegu. Dojeżdżamy do LINGE skąd promem przeprawiamy się do EIDSDAL za 36 NOK. W EIDSDAL spotkaliśmy polskich robotników, pogadaliśmy trochę i zaczynamy szukać noclegu. Ja ze swoimi zdolnościami organizacyjnymi i żyłką tropiciela znalazłem super miejscówkę na terenie przedszkola. Była woda, WC i ładowanie akumulatorów.

Dystans -69,5km; czas -4g47min; AV -14,54km/h; Vmax- 63,4km/h Razem – 1070km

Dzień 16 sobota 14 czerwiec 2008

Startujemy o 10:15. Jest słonecznie i ciepło. Droga zaczyna się podjazdem 7% i tak będzie przez 18 km w stronę GEIRANGER. Na górze dwa tarasy widokowe z widokiem na przepiękny fiord GEIRANGER, który jest kilka kilometrów przed nami i kilkaset metrów pod nami. Po drodze minęliśmy znak „ORNEVEIEN”, czyli DROGA ORŁÓW. Jest to końcówka odnogi fiordu bardzo wąska, do której zawija bardzo dużo ogromnych statków wycieczkowych. Na końcu fiordu maleńkie miasteczko GEIRANGER. Na wodzie duży ruch i dość ciasno. Dwa duże wycieczkowce – jeden to COSTA ATLANTICA, jachty motorowe i mniejsze stateczki i w między czasie dopłynął prom HURTIGRUTEN, który wyłonił się z załomu fiordu. Zjazd do fiordu krętą, stromą ok. 10% nachylenia malowniczą serpentyną przez 7km. Na każdej agrafce zatrzymałem się robiąc zdjęcia i kręcąc kamerą. Malowniczość tego fiordu czyni go znanym na całym świecie. Żaden statek turystyczny płynąc wzdłuż wybrzeża Norwegii nie omija tego miejsca, jest to cel wielu tysięcy podróżnych, jedna z największych atrakcji Norwegii. Trudno jest odjechać z tego miejsca. Z miasteczka GEIRANGER droga ostro w górę 11%, tak będzie przez 16km. Morderczy podjazd pokonałem aż w 4 godziny. Jazda non stop pod górę. Czasami podjazd przekraczał 11%. Mój ciężki rower jeszcze ok. 45 kg bagażu dobijały mnie na każdym metrze. Błagałem, żeby za każdym zakrętem zrobiło się choć troszkę płasko i żeby odetchnąć, ale za każdym kolejnym zakrętem był kolejny podjazd. Tak się składa, że jadąc kierunkiem północno – południowym zdecydowana większość atrakcji na dużych wysokościach jest do zdobycia od trudniejszej strony. Tą samą wysokość pokonuje się na dużo krótszych odcinkach. Dla przykładu żeby osiągnąć tą samą wysokość wspinaliśmy się przez 16km, a od strony południowej bardziej płasko i wysokość osiąga się przez ok. 70km. Dwukrotnie tego dnia wspinałem się z poziomu zera raz na prawie 1000 metrów, drugi raz na ponad 1000 metrów. Na ok. 800 metrach robiło się zdecydowanie zimniej, pojawiał się już śnieg i trzeba było ubrać się w cieplejsze rzeczy – prawie zimowe. Podjazd skończył się u podnóża góry DALSNIBBA, gdzie było duże schronisko, a raczej motel. Sceneria już typowo zimowa, dużo śniegu, lód i ogromne zamarznięte jezioro, wzdłuż którego będę musiał jechać przez ok. 15km, prawie po płaskim, ale pod wiatr. Byłem już skrajnie wyczerpany i miałem nadzieję na szybkie znalezienie noclegu, ale w innych warunkach niż te które akurat tu były. Chciałem zjechać dużo niżej i znaleźć się w miejscach bardziej przyjaznych, czyli bez śniegu, lodu i żeby było dużo cieplej. Dojechałem do rozjazdu STRYN – LOM i pojechałem na GROTLI, w kierunku LOM. Cały czas wieje silny wiatr prosto w twarz i nie daje odpocząć. Niestety miejscowość GROTLI to tylko jakiś drewniany hotel i trzeba było jechać dalej, a nie miałem już siły. Był to zdecydowanie najtrudniejszy dzień, jeśli idzie o kwestię wysiłku. 34km podjazdów, w tym 16 stromych, ciasnych serpentyn 11% zrobiło swoje. 2 kilometry za GROTLI zatrzymałem się przy samotnym, dużym domu, zaczekałem na Andrzeja i próbowaliśmy uzyskać zgodę gospodarza na rozbicie namiotów. Zgody nie dostaliśmy, pojechaliśmy dalej i po ok. 2 km rozbiliśmy namioty nad jeziorem, gdzie było dosyć dobre miejsce. Byliśmy na wysokości 850m i zaczynała się tu właśnie wiosna.

Dystans -69km; czas – 6g50min; AV -10,11km/h; Vmax -57,7km/h Razem – 1139km

Dzień 17 niedziela 15 czerwiec 2008

Startujemy o 9:00 i po ok. 2 kilometrach robimy śniadanie. Na tej wysokości wiosna dopiero się budzi. Już kilka razy podczas tej wyprawy przenosiliśmy się w różne scenerie pór roku: od zimy przez wiosnę do lata. Czasami przejście z zimy do lata będzie w ciągu kilkunastu minut. Do LOM było ok. 53 km, z czego ok. 40 km pokonaliśmy jadąc z górki, ale pod wiatr. Taka to różnica zdobywać te wzniesienia od północy, a od południa, dlatego kierunek północ – południe jest dużo trudniejszy. Po drodze wielkie pranie, mycie, suszenie odzieży oraz ładowanie baterii na małym parkingu przy drodze, gdzie było WC. Tutaj spędzamy ok. dwóch godzin. Nadal jest słonecznie i robi się coraz cieplej i bardziej zielono, z każdym kilometrem drogi i zmniejszającą się wysokością. Kwitną bzy, jak u nas w maju i jest to znak, że wysokość nie jest już duża. Docieramy do LOM. Niewielkie miasteczko, ale dużo turystów i atrakcją tutaj jest chyba drewniany kościółek, do którego kierują się tłumnie turyści. Odwiedzamy informację i dopytujemy szczegółów dotyczących drogi prowadzącej w najwyższe góry Norwegii JOTUN HAIMEN, gdzie mamy jechać znowu pod górę, zdobywać najwyżej położoną drogę w Europie północnej i podziwiać najwyższy szczyt GALDAHOPIGGEN. Ruszamy w kierunku tych gór i po kilkunastu kilometrach ok. 17:30 robimy obiad, po czym ruszamy dalej szukać już miejsca na nocleg. Dotarliśmy ok. 19:20 do wsi GALDESAND i ze względu na to, że był tu ostatni sklep na drodze aż do GAUPNE postanowiliśmy rozbić tu namioty, jednak napotkaliśmy tu kłopoty terenowe. Brak skrawka dobrego miejsca, żeby rozbić namiot. W jednym miejscu przegonił nas stary Norweg, krzycząc po niemiecku „nein”. Miejsca szukaliśmy ponad godzinę, robiąc kilka kilometrów, kręcąc się po zakamarkach wsi wielkości Pińczaty. W końcu rozbijamy się na skraju podwórka przy domku tuż za wsią, za zgodą właścicielki, która przed chwilą wróciła z wycieczki do OSLO.

Dystans -82,5km; czas -4g28min; AV-18,44km/h; Vmax-54,94km/h Razem – 1221km

Dzień 18 poniedziałek 16 czerwiec 2008

Pobudka o 8:30 i o 10:00 ruszamy do pobliskiego sklepu po zapas chleba i dżemu. Po kilku kilometrach robimy śniadanie na parkingu przy drodze u podnóża najwyższej góry w Norwegii GALDAHOPIGGEN. Nie robi ona specjalnie dużego wrażenia. Góra jak góra tyle, że najwyższa nad poziomem morza. Po śniadaniu ruszamy na trasę, aby dotrzeć na najwyższą drogę asfaltową w Norwegii i w Europie północnej, która początkowo nie jest wymagająca, ale i nie jest łatwo. Porównuje teraz wszystkie podjazdy do DROGI ORŁÓW i tym wskaźnikiem mierze każdy podjazd. Po kilku kilometrach zaczynają się mocniejsze podjazdy. Z opisów na mapie i informacji zdobytych na miejscu zdobywanie tej drogi od strony LOM jest zdecydowanie łatwiejsze i to było dla mnie krzepiące. Zaczęliśmy wspinaczkę na wysokości 550m. Dość łatwo zdobyliśmy ok. 300m ale również łatwo straciliśmy ok. 200m na jednym ze zjazdów po to, żeby od nowa zacząć się wspinać. Oczywiście im wyżej tym bardziej surowo ale i coraz ładniejsze widoki. Znowu wysokie góry w zasięgu ręki. Jazda dolinami prawie u podnóża skalistych, wysokich grzbietów. Pogoda dobra i widoczność wspaniała. Wczoraj zapowiadano na dzisiaj duże opady deszczu i ok. 5 stopni ciepła. Powoli prognoza zaczęła się sprawdzać, bo od wschodu nadciągały czarne chmury i nisko opadając na wierzchołki gór zwiastowały wiele złego. Jednak chmury te były w dużej odległości. Co chwila obserwowałem je patrząc do tyłu, ale wyglądało na to, że jedziemy tak szybko, że nie mogą nas dogonić i straszą nas z daleka. Tak naprawdę chyba zatrzymały się na jakiejś przeszkodzie i mogliśmy uciec im i wejść w strefę jasnego i słonecznego nieba z licznym pięknymi kłębiastymi chmurami, które nadawały dodatkowego piękna temu widokowi wokół nas. Wokół nas mnóstwo śniegu i właściwie to tylko jezdnia była wolna od lodów. Słońce mocno świeciło, a temp. ok. 8-10 stopni. Po pokonaniu ok. 30km docieram w końcu do tabliczki z liczbą 1434m i wiem, że już wyżej nie można. Czekam na Andrzeja w międzyczasie ucinając krótką holendersko – polsko – angielską rozmowę z parą motocyklistów z Holandii. Holender umiał troszeczkę po polsku. Po dotarciu Andrzeja robimy fotki i kręcę kamerką. W oddali widzę ratrak, który toruję sobie drogę w śniegu, a za nim skutery śnieżne i jakiś śmigłowiec w oddali transportujący jakieś pakunki. Sceneria typowo narciarska. Później zobaczę narciarzy na biegówkach jak delektują się jazdą na dużych odkrytych, białych przestrzeniach. Widoki wspaniałe. Znowu mamy zimę tego lata.. Po jednej stronie szosy na okolicznych wzgórkach mnóstwo figurek z kamieni. Są małe i są też bardzo duże nawet około dwumetrowe. Przypuszczam, że to cos w rodzaju rzucania monet do fontann, żeby tu wrócić. Ruszamy dalej na zachód przez ok. 15 km jadąc raczej na płaskowyżu cały czas zjeżdżając i podjeżdżając oscylując między 1200 a 1300 metrów n.p.m. Po ok. 15 km zrobiło się już tylko z górki ale dość spokojnie. Po kilku następnych kilometrach już zaczęły się serpentynki i mocne zjazdy ale niestety bez szaleństwa i na hamulcu. Krótkie i kręte odcinki nie pozwalały rozbujać się mocniej. Do tego liczne i głębokie dziury w drodze. Była to najgorsza jakościowo droga na całej trasie. Docieramy do TURTARGO gdzie jest duży hotel i parking. Robimy obiad i dalej w drogę. W oddali widać ostro wspinająca się drogę  na wiele kilometrów ale na szczęście jest to jakieś odbicie od głównej drogi, którym nie musimy jechać. Od TURTARGO zaczęła się śliczna nawierzchnia i długie strome zjazdy. Poszalało się trochę ale czasem musiałem zwolnić , żeby zrobić fotkę i pokręcić kamerką. Po kilku minutach znowu zrobiło się lato. Dojechaliśmy do SKJOLDEN na poziom morza nad fiord. Przebieramy się z zimówek  przy płocie za którym kobieta opalała się na leżaku. Trochę zabawnie to wyglądało, ona w bikini , a my w rękawicach, ocieplaczach, szalikach itp. Wzdłuż fiordu LUSTRAFIORD już w słoneczku jedziemy w kierunku GAUPNE najpierw ładną zadbaną drogą, a później podobnych do naszych zaniedbanych, dziurawych i częściowo połatanych wąskich szos. Miasteczko jak na Norwegię całkiem spore. Nocleg organizujemy między stacją benzynową, nieczynnym kampingiem, a zabudowaniami przemysłowymi.

Dystans -100,5km; czas-7g08min; AV -14,13km/h; Vmax -61,58km/h Razem – 1322km

Dzień 19 wtorek 17 czerwiec 2008

Startujemy z GAUPNE o 9:00 do SOGNDAL do którego jest ok. 30km. Z powodu braku dostępu do wody dopiero po dojechaniu do SOGNDAL organizuje sobie toaletę za pomocą zdobytego kluczyka do kranów (Jest to klucz na kwadrat ) na zewnątrz budynków na stacjach benzynowych i nie tylko. Korzystam z punktu pobierania wody dla turystów z kampingami na kołach. Czekam na Andrzeja i skręcając do centrum robimy rundkę po mieście, które jest naprawdę duże. Robimy śniadanie w poczekalni promowo-autobusowej i wracamy na trasę kierując się w stronę KAUPHANGER na przeprawę promową do AURLAND. Okazało się, że promy pływają tylko do GUDVANGEN znanego ośrodka narciarskiego i musimy kolejny raz zmienić plany i trasę. Nie mogliśmy dostać się do FLAM, żeby rozpocząć jazdę słynną rowerówką wzdłuż FLAMSBANY. Na prom czekamy 3 godz. w między czasie robiąc obiad. Tutaj stwierdzam, że z powodu przymusowej zmiany trasy mamy dużo za dużo czasu, a zbyt mało kilometrów do przejechania do OSLO na samolot. Proponuje dwa rozwiązania. Przyspieszyć lot na poniedziałek 23 czerwiec albo dojechać do FLAMSBANY od strony VOSS przez MYRDAL i dalej drogą rowerową do HAUGASTOLU. Potem skierować się na wschód do LILLEHAMMER znacznie wydłużając trasę i nie mieć potrzeby koczować kilka dni na lotnisku. Andrzej nie akceptuje żadnej propozycji więc porzucam te wersje nie chcąc zostawić go samego. Rejs trwa ok. 3 godz. i kosztuje 210NOK. Rejs odbywa się najpierw po najpotężniejszym i najdłuższym fiordzie SOGNEFIORD, a później prom skierował się w wąską odnogę AURLANDSFIORDU. Po drodze mijamy wiele mniejszych i naprawdę wielkich wodospadów. Prom celowo wielokrotnie podpływał na ok. 20m do nich podnosząc atrakcyjność tego rejsu. Na brzegach fiordu jest kilka wiosek do których nie ma absolutnie żadnego dostępu z lądu. Do GUDVANGEN docieramy dość późno i po zjedzeniu kolacji na przystani ruszamy w drogę do VINJE ok. 26km. Po drodze dwa tunele z dość wymagającymi podjazdami po 2km każdy. Droga wbrew informacji od napotkanych policjantów, że ma być dość ciężko była znośna i spokojnie docieramy do VINJE. Kręcąc się po miasteczku natrafiam na polski akcent. Na jednym z budynków na balkonie wywieszone dwie duże flagi z napisami „POLSKA 2008 „ Z okien domu machają mi nasi rodacy rozpoznając mnie po proporczyku na maszcie. Tradycyjnie ok. godziny szukamy miejsca pod namioty. Zaczyna padać, jest dość późno, zimno i rozbijamy się w niezbyt przyjaznym miejscu tuż przy potoku w wysokiej trawie przy samej drodze.

Dystans -84km; czas- 6g01min; AV -13,95km/h; Vmax -65,5km/h Razem – 1406km

Dzień 20 środa 18 czerwiec 2008

Pobudka o 8:30 i start o 9:30 na głodnego. Jest dość chłodno i ruszamy do VOSS, żeby potem odbić do MYRDAL do FLAMSBANY i dalej do GEILO. Za VOSS szukamy drogi i pytamy o nią napotkanego nauczyciela. Kolejna niemiła niespodzianka. Droga rowerowa jest zasypana 3-4 metrami śniegu i ma być dostępna ale raczej dopiero w lipcu. Zmiana planu i ruszamy do promu w KVANDAL, żeby przeprawić się do KINSARVIKU za 36NOK i jechać przez największy płaskowyż Europy HARDANGERVIDDA do HAUGASTOLU i próbować wbić się w drogę rowerową od południa z HAUGASTOLU tak daleko ile się da. Przed promem obiad na przystani. Jest chłodno i ma się na padanie. Po dostaniu się do KINSARVIKU obieramy kierunek na EIDFIORD ok. 25 km od promu. Zaczęło dość mocno padać, droga dość łatwa więc dość szybko mogłem jechać ok. 25km/h. Tradycyjnie na miejscu byłem pierwszy ok. 15 min przed Andrzejem. W tym czasie szukałem miejsca na nocleg. Andrzej dojechał i po znalezieniu miejsca na nocleg oświadczył mi, że chce się ode mnie odłączyć, żeby poczuć samotnej jazdy. Namioty rozbiliśmy w deszczu.

Dystans -101km; czas- 5g34min; AV -18,60km/h; Vmax -53,37km/h Razem – 1507km.

Dzień 21 czwartek 19 czerwiec 2008

Wstaje wcześnie bo ok. 7:00. Wieczorem padało i teraz tez pada i jest chłodno. Pytam Andrzeja czy nadal chce się odłączyć na co odpowiada mi, żebym nie czekał na niego. Od tego momentu resztę trasy pokonuję samotnie. Do OSLO jest ok. 340 km choć jak już się przekonałem będzie na pewno więcej. Zaczynam kolejną wspinaczkę na najwyższy płaskowyż w Europie HARDANGERVIDDA. Po 9km dość łatwej drogi z małymi podjazdami, stała tablica oznajmiająca, że na odcinku 25km będzie pod górę o nachyleniu 9%. W sumie było 30km pod górę. Po kilku następnych kilometrach dojeżdżam do widowiskowego wodospadu VORINGFOSSEN pokonując kilka tuneli z dużym nachyleniem pod górę. Woda spadająca z gór z kilkuset metrów robi duże wrażenie na mnie. Nad wodospadem zbudowany hotel jakby wisiał na skale. Z każdym kilometrem było coraz wyżej, zimniej i mocniej padało aż zrobiła się ulewa z dość silnym bocznym wiatrem. Kiedy jechałem na otwartej przestrzeni już na dużej wysokości wiatr i deszcz skutecznie obrzydzały mi jazdę. Mniejszą uwagę skupiałem na to co jest wokół mnie, a bardziej skupiałem się na wypatrywaniu drogi czy już jest koniec wspinania się i czy będę mógł znaleźć jakieś miejsce żeby przebrać się w cieplejsze i suche rzeczy, bo już byłem całkiem mokry. Na szczycie płaskowyżu znowu surowy klimat, dużo śniegu, lodu po prostu zima. Chciałem gdzieś się zatrzymać ale dosłownie nie było gdzie się schronić ani oprzeć roweru, żeby wyciągnąć odzież na zmianę. Jechałem kilometr za kilometrem coraz bardziej odczuwając zimno. Marzły mi ręce i czułem, że się wychładzam. Zbyt lekko ubrałem się zaczynając jazdę pod górę. Wokół mnie ogromne puste przestrzenie pokryte śniegiem, szaro i bardzo surowo i tylko droga wijąca się między nagimi płaskimi wzgórzami. Kilkanaście kilometrów przed HAUGASTOL napotkałem nieczynne schronisko. Skorzystałem z jakiegoś zadaszenia i mogłem w końcu przebrać się w suche rzeczy. Od razu poczułem się bardziej komfortowo. Ciepły polar, zimowa kurtka z membraną zrobiły swoje. Jedyną rzeczą jaką miałem suchą były buty i stopy. Zbawienne okazały się ochraniacze, które kupiłem w ANDALSNES. Przeszły swój chrzest bojowy i zdały egzamin na piątkę. Minąłem HAUGASTOL na 1000m.n.p.m zjeżdżając już dobre ok. 200-300m i już rozglądałem się za jakimś miejscem pod namiot choć było dość wcześnie, bo ok. 17:00. Nie miałem nawet zamiaru realizować poprzedniego planu skręcenia w HAUGASTOLU do drogi rowerowej wzdłuż FLAMSBANA. Byłem  bardzo zmęczony i ta wredna pogoda sprawiły, że odechciało mi się kolejnej morderczej wspinaczki w dodatku szutrowymi ścieżkami. To była jedna nie zrealizowana część planu wyprawy. Byłem bardzo zmęczony i nie miałem już ochoty i siły na dalszą jazdę. Pogoda i teren zrobiły swoje. Żałuję, że nie mogłem podziwiać uroków tego niezwykłego płaskowyżu, który mimo swej surowości w innych warunkach warty by  był włożonego wysiłku, żeby na niego wjechać. Mijam jeszcze jedną wioskę i dojeżdżam do USTAOSET na wysokości 990m. Miałem już wyjechać za jej granicę ale dostrzegłem znak wskazujący, że blisko jest stacja kolejowa. Skręcam więc w boczną uliczkę i po ok. 200m. dojeżdżam do dworcowego budynku. Sprawdzam czy jest otwarty i na szczęście jest otwarty i pusty. Wewnątrz dworca są dwie toalety w których są gorące grzejniki, jest wielki stół, dostęp do prądu, szerokie ławy i najważniejsze, że jest ciepło i sucho. Postanawiam zostać tu na dłużej, bo jest ok. 17:30. Wprowadzam rower do środka, robię obiad, potem duże pranie, podłączam ładowarki i obwieszam dworzec swoją mokrą, wypraną garderobą i odpoczywam. Pogoda nadal kiepska, ciemne chmury na niebie i zimno i nie zwiastuje to nic dobrego. W pewnym momencie pojawia się opiekun dworca, miły murzyn pochodzący z Somalii, który pozwala mi gościć się na dworcu i zostać nawet na nocleg. Pogadałem z nim dobre pół godziny. Podczas rozmowy wyszło, że ma 21 lat i pięcioro dzieci i mieszka w Norwegii od 6 lat. Przed USTAOSET stała tablica OSLO 250km. Dzwonię do NORWEGIAN i zmieniam datę odlotu na 22 czerwiec na 20:30. Jest zbyt mało kilometrów do przejechania, a za dużo czasu i niezbyt dobra pogoda żebym dłużej przebywał w Norwegii. Zresztą tęskniłem już do rodziny, a po drodze oprócz OSLO nie było już żadnych atrakcji godnych pozostania dłużej. Mam ok. 260km do OSLO i dwa i pół dnia żeby zdążyć na samolot. Dzielę ten etap na dwa dni i chce być w niedzielę rano na lotnisku. Ok. 23:30 kładę się spać.
Dystans -85km; czas -6g57min; AV-12,25km/h; Vmax -46,63km/h Razem 1592km

Dzień 22 piątek 20 czerwiec

Na dworcu było bardzo jasno, a nie można było zgasić światła i nie mogłem dobrze spać. Wstałem więc o 3:50 i zacząłem przygotowywać się do wyjazdu. O 4:30 ruszyłem w stronę OSLO z wysokości 990 m i zamierzałem pokonać dziś 130km czyli prawie połowę drogi do OSLO, a właściwie do lotniska GARDEMOEN docierając do GULSVIK. Szybko okazało się, że z USTAOSET skąd ruszyłem droga była cały czas lekko z górki i to dobre ok. 50km. Ok. 9:10 miałem na liczniku już 100km za sobą i poszło mi to lekko. Postanowiłem dziś zatem pokonać 160km robiąc nadwyżkę wczorajszego planu 130km dziennie. Za BOMMA robię śniadanie na stacji benzynowej i ruszam dalej. Pogoda o wiele ładniejsza niż wczoraj, świeci słońce i przez pierwsze 100km nie było wiatru. Szybko zjechałem kilkaset metrów niżej w zielone rejony bardziej południowej części Norwegii. Dojeżdżam do miasteczka NORESUND ok. 13:00 i mam już na liczniku 160km, więc obieram kolejny cel HONEFOSS i przedłużam dzisiejszy etap do 200km. Obecny mój rekord życiowy w przejechaniu rowerem jednego dnia to 200km, ale samym rowerem i po całkiem po płaskim terenie. Tego dnia mój bagaż jest bardzo ciężki i w sakwach mam ok. 40kg nie licząc roweru, a do tego od setnego kilometra nie jest płasko i droga jest pofałdowana. Pokręciłem się chwilkę po NERESUND, posiedziałem nad jeziorem i dalej w drogę. Po kilkunastu kilometrach kolejny odpoczynek przy dużym parkingu z restauracją nad jeziorem. Tutaj spotykam rodaka, który z kolegą był na obiedzie. Proponuje mi podwózkę busem do OSLO, bo właśnie tam jedzie. Ślicznie podziękowałem, za propozycję ale dzisiaj chciałem pobić swój dotychczasowy rekord w niezwykły sposób. Ok. 17:00 docieram do HONEFOSS, wjeżdżając do miasta dość trudnym podjazdem pokonując 200km. Na dworcowym peronie robię sobie obiad. Zwiedziłem miasto, natrafiając na piękne kaskady z fontannami, pojechałem na stadion licząc, że znajdę w jego okolicy jakieś dobre miejsce na nocleg. Spotkałem tam kilku Polaków i pogadaliśmy dobre pół godzinki. Kilka razy spotkałem jeszcze dzisiaj rodaków i postanowiłem jechać w stronę lotniska szukając po drodze miejsca na biwak. Droga na lotnisko oddalała mnie od OSLO, które chciałem odwiedzić jutro. Trudno było znaleźć miejsce pod namiot i coraz dalej odjeżdżałem od HONEFOSS, aż dojechałem w okolice JEVNAKER. Zaliczyłem jeszcze podjazd 1,5km z nachyleniem 9% co było już dzisiaj dla mnie nie lada wyczynem, bo miałem już w nogach 220km. Ogólnie czułem się dobrze ale chciałem już zakończyć jazdę. Docieram do stacji Statoil ok. 2km przed JEVNAKER i po rozmowie z pracownikiem stacji i jego zgodą rozbijam namiot na skraju stacji tuż przy ruchliwej drodze. Był to zły wybór jak się później okaże. Dzisiejszy dzień byłby całkiem bezbarwny i taki sobie normalny bez szczególnych atrakcji. Uratował mi ten dzień mój nowy życiowy rekord z którego jestem dumny. Pokonanie 225,5km ze średnią 20,5km/h w jeden dzień(sama jazda to 11godzin) z ciężkim bagażem pozwala mi myśleć o pokonaniu w przyszłości samym rowerem grubo ponad 300km jednego dnia, a może nawet i ok. 400km.

Dystans -225,5km; czas-11godz; AV -20,5km/h; Vmax-62,18km/h Razem – 1818km

Dzień 23 sobota 21 czerwiec 2008

To była najgorsza noc podczas pobytu w Norwegii. Już wczoraj wieczorem wielokrotnie doświadczyłem przejawów agresji i wrogości. Jeszcze kiedy stacja była czynna Norwegowie podjeżdżali w pobliże mojego namiotu i zachowywali się jak banda małolatów. Puszczali muzykę na maxa ze swoich aut i krzyczeli coś w moim kierunku. Nie wiem czemu auta jadące ruchliwa drogą tuż obok namiotu głośno trąbiły i często ludzie w nich przez otwarte okna wykrzykiwali coś głośno. Ruch przez całą noc był naprawdę duży i co chwila słyszałem trąbienie i krzyki. Miałem nawet wrażenie, że wiele aut przyjeżdżało specjalnie na ten parking, żeby mi podokuczać trąbieniem, krzykami, piskiem opon i głośna muzyka. Nigdy w Polsce nie spotkałem się z takimi sytuacjami. Do 2:00 nie mogłem wcale zasnąć z powodu tych zachowań. Ok. 4:30 zbudziły mnie głośne krzyki klaksony i silne uderzenie czymś w namiot. Pisk opon i szybka ucieczka jakichś kretynów. Po kilku minutach kolejne mocne wrażenia. Słyszę dwa głosy i kopnięcia w namiot. Tym razem wyglądam i widzę dwóch gnojków wykrzykujących coś w moją stronę i zachowujących się bardzo agresywnie. Postanawiam zadzwonić na policję o czym ich informuję. Rozmawiam z policją telefonicznie i proszę o pomoc. Gnojki na szczęście wypłoszyły się, a policja wcale nie przyjechała. Przed namiotem znalazłem duży ciężki kawał drewnianego bala, którym dostał mój namiot, aż się stelaż rozłączył. Postanowiłem szybko spakować się i odjechać z tego dziwnego miejsca. Pojechałem w stronę HONEFOSS z zamiarem dotarcia do OSLO. Droga do OSLO była bardzo ciężka. Wczorajszy rekord nadwyrężył moje mięśnie i byle górka była dla mnie problemem. Jechało się ciężko, a w dodatku musiałem jechać starą drogą z wieloma długimi ostrymi podjazdami. Po przejechaniu ok15km miałem nawet zamiar zawrócić i nie jechać do OSLO ale wyliczyłem sobie, że wracając teraz do lotniska miałbym podobna drogę co jadąc przez OSLO. Do OSLO miało być ok. 70km, z OSLO do GARDEMOEN ok. 35 km czyli razem ok. 110km.  Docieram do OSLO długim zjazdem i mam ok. 15km do centrum, które pokonuje rowerówką. Wjeżdżam do centrum ok. 13:00, po drodze podziwiając dwa ogromne statki wycieczkowe stojące dosłownie w samym centrum miasta przy głównej nadbrzeżnej promenadzie. Pogoda bardzo ładna, choć zmienna. Jak wyszło słońce było upalnie a jak zaszło dawał o sobie znać zimny wiatr. Ubierałem się więc i rozbierałem. Miasto bardzo ładne z nowoczesną architekturą, czyste i duży w nim ruch. Pokręciłem się po uliczkach i postanowiłem szukać już drogi wyjazdowej z centrum w stronę lotniska. Nie było żadnych znaków i wyjazd był dość trudny. Znalazłem drogę ale był zakaz dla rowerów, bo była to droga autostradowa. Bardzo pomógł mi pewien młody student oddając mi swój plan OSLO dzięki któremu mogłem rozpytywać o dalsza drogę. Po ok. dwóch godzinach jazdy, klucząc po uliczkach kieruję się na północ w stronę lotniska. Po kilkudziesięciu wskazówkach od przechodniów docieram do granic miasta wbijając się przymusowo niestety w autostradę. Nie mam wyjścia więc jadę autostradą ok. 8km licząc na szybki zjazd z niej w jakąś podrzędną drogę na lotnisko. Jest pierwszy zjazd ale nie pasują mi numery dróg, więc jadę dalej. Po przeciwnej stronie nitki autostrady rozgrywa się jakiś maraton. Już będąc na peryferiach OSLO spotykałem małe i duże grupki bikerów ścigających się i samotnie goniących. Po ominięciu zjazdu po ok. kilometrze po przeciwnej stronie stoi policja i kończy mój rajd. Policjant przebiega do mnie i zakazuje mi dalszej jazdy. Pomaga mi jednak ustalić na mapie inna trasę dla mnie i wskazuje jak mam jechać. Nawet słowem nie wspomniał o najmniejszej karze za moją jazdę na zakazie. Tak było kilka razy podczas kontaktów z policją. Policja norweska lubi rowerzystów  i dba o ich bezpieczeństwo i pomaga bezpiecznie jeździć. Przez resztę drogi, aż do samego lotniska będę mijał się z uczestnikami maratonu często pozdrawiając się nawzajem. Niektórych mogłem po pewnym czasie rozpoznawać, bo robili pętle i mijałem się z nimi chyba trzy razy. Oceniłem, że mogło być ich kilkaset. Po drodze w miasteczku KLOFTA w sporym centrum handlowym robię ostanie zakupy. Dzisiejszy dzień był dla mnie bardzo wyczerpujący i mocno zmęczony na resztkach sił ok. 19:30 docieram do lotniska GARDEMOEN

Dystans -136km; czas -9g01min; AV-15,04km/h; Vmax – 61,58km/h Razem 1954km

Dzień 24 niedziela 22 czerwiec 2008

Dzisiaj odlot o 20:30. Spałem na fotelu w terminalu lotniska. Miałem sen, że miałem katastrofę lotniczą i miałem dylemat czy ten sen to dobry znak czy też ostrzega mnie,  żeby tego dnia nie lecieć. Miałem mieszane uczucia potem zwłaszcza, że zmieniłem przecież termin odlotu. Rano odjechałem kilka kilometrów od terminalu i przy płocie ogradzającym lotnisko zrobiłem sobie śniadanie. Tuż za płotem były tory po których śmigały cichutkie kolejowe ekspresy i lokalne kolejki. Nad głową miałem nisko startujące samoloty. Zrobiłem kilka fotek i pokręciłem kamerką starty samolotów. Początkowo zapowiadała się ładna pogoda ale dość szybko nadciągnęły ciemne chmury z których niebawem zaczęło padać najpierw słabo, a potem mocno. Odlot samolotu opóźnił się o 30 min ze względu na złą pogodę. W Warszawie ląduję ok. 23:30. Tutaj mam problem jak napompować koła, bo nie mam pompki która ukradziono mi podczas pierwszego lotu. Pożyczam więc lotniskowy wózek bagażowy i razem z rowerem prowadząc go docieram kilkaset metrów za terminale do czynnej stacji benzynowej. Podczas pompowania łapię pierwszą gumę podczas tej wyprawy. Ok. 1:00 ruszam na centralny na pociąg. Nie zdradziłem się rodzinie, że wracam wcześniej, bo chciałem zrobić im niespodziankę. Umówiliśmy się, że przyjadą po mnie autem na lotnisko ale dopiero w sobotę. Na dworcu choć czysto to mnóstwo meneli, a przed nim to już horror. Cały czas zaczepiają prosząc o fajki albo o grosik. Czekam na górze w poczekalni próbując pospać, b pociąg dopiero o 7:00. We Włocławku jestem ok. 9:30 i udaje się do mojej żonki do pracy z niespodzianką. Udało się, bo zaskoczyłem po kolei całą rodzinkę.

Dystans–30km; czas-2g09min; AV-12,39km/h; Vmax-29,11km/h  Razem – 1987km

Podsumowując moją wyprawę mogę czuć się zadowolony, a wręcz szczęśliwy, że pomyślnie udało mi się wrócić do domu. Przejechałem tyle kilometrów ile przewidziałem, a więc dobrze oceniłem i przygotowałem trasę wyprawy. Wyprawa okazała się zgodnie z moimi przewidywaniami kosztowna i wymagająca. Była to zdecydowanie najtrudniejsza wyprawa mojego życia. Podczas tej wyprawy nabyłem ogromnego doświadczenia jak poruszać się po wodzie, lądzie i w powietrzu i raczej już nie powinienem mieć z tym żadnych kłopotów w przyszłości. Teraz spokojnie mogę planować wyprawy po całej Europie bez obawy, że nie dam rady. Bardzo poważnie podszedłem do tej wyprawy przygotowując się do niej niemal perfekcyjnie. Byłem przygotowany na wszelkie ewentualności pogodowe, terenowe, i ekonomiczne, dzięki czemu mogłem cieszyć się tym po co tam pojechałem. Moim głównym celem wyprawy było zobaczenie na własne oczy jednych z największych atrakcji turystycznych na świecie. Kocham góry, wielkie przestrzenie, uwielbiam podziwiać przepiękne pejzaże, których w Norwegii było bez liku. Codziennie byłem w innej bajce i korzystałem z tego jak tylko mogłem zapisując w swojej pamięci jak najwięcej szczegółów. Przy okazji mogłem sprawdzić siebie w trudnych i czasem niebezpiecznych sytuacjach. Ktoś kiedyś powiedział, że to co nas nie zabije tylko nas wzmocni. Podczas wyprawy było kilka trudnych sytuacji i technicznych i typowo życiowych ale jakoś sobie poradziłem z tym i nie ukrywam częściowo z pomocą Andrzeja. Gdybym był tam sam sytuacja była by o wiele trudniejsza. Sama myśl, że obok jest ktoś kto w najgorszych sytuacjach może pomóc bardzo pomaga.

Podczas wyprawy schudłem ok. 5kg, straciłem pompkę, czapkę, zerwałem łańcuch, dwie szprychy, złapałem jedną gumę. Myślę, że straty niewielkie, a zyski ogromne. Cieszę się, że nie przyszła mi na myśl podróż tam samochodem. Byłaby to chyba jedna z najgorszych decyzji mojego życia. Nie wyobrażam sobie jechać tam i nie móc zatrzymać się tam gdzie bym chciał i nie móc upajać się tymi przepięknymi krajobrazami. Trudno jest opisać to co zobaczyłem i przeżyłem tam, więc może lepiej zachęcę żeby tam pojechać. Teraz mogę jechać tam autem i być może kiedyś jeszcze tam wrócę. Norwegia to piękny kraj i w ocenie fachowców od turystyki w rankingach przoduje. Podobno są trzy kraje na świecie godne poświęcenie wszelkich kosztów i czasu, żeby je odwiedzić. Kanada, Nowa Zelandia i Norwegia.

W wyprawie pomogły mi DOBRE SKLEPY ROWEROWE, DGS S.A.  studio reklamowe STILUS. Patronat medialny objęłły: GAZETA KUJAWSKA, NOWOŚCI WłOCłAWSKIE I RADIO GRA 89,2 FM

Autor: Peptek

Dodaj komentarz przez Facebook

komentarzy

2 comments on “Wyprawa rowerowa „Norwegia 2008”

  1. bike_man 26 sierpnia 2009 at 14:38

    ciuuu podziwiam takich ludzi, że im się chce. Gratulacje.

  2. mich 13 marca 2015 at 02:18

    Świetny artykuł – czytałem go dzisiaj korzystając z każdej wolnej chwili. Szkoda tylko, że tak mało zdjęć (może jakiś link na maila do galerii gdzieś w necie?), bo czytając nie mogłem się do końca wczuć w klimaty. Śledziłem trasę korzystając z google maps i czasami chcąc zobaczyć to co ty, wrzucałem street view – to nie to samo co zdjęcia, ale choć trochę mogłem się wczuć w miejsca, przez które jechałeś. Śledząc twoją trasę bardzo pomagał mi fakt, że miejscowości pisane były dużymi literami – jakoś łatwiej mogłem wyszukać gdzie jestem przenosząc się między stronami.

    Gratuluję rewelacyjnej podróży i mam nadzieję, że też kiedyś odwiedzę w ten sposób Norwegię. Dzięki za ten artykuł.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *