Wiele lat czekałem na tą wyprawę i na drogę pamirską. Bardzo się cieszę na tą podróż. Mało czasu, dużo kilometrów i przełęczy do zdobycia, łatwo nie będzie, a końcówkę pewnie będę musiał gonić do Ałmat. To dobra możliwość na dorzucenie sporej ilości przełęczy do listy zdobycznej. Póki co wjechałem na 692 wysokie podjazdy powyżej 2000, 3000, 4000 i 5000 metrów n.p.m w kilkudziesięciu krajach świata na sześciu kontynentach 683/1000 już za kilka dni w okolice tunelu Szachristan w Tadżykistanie.
Dzień 0, Polska- Czechy- Turcja- Uzbekistan
Oczywiście przygotowania na ostatnią chwilę, mimo że wyprawę zacząłem planować w sumie tuż po powrocie z Omanu w marcu. Żadnych zmian w rowerze od kilku wypraw. Napęd już ma chyba z 10.000km, a pęknięty tylny bagażnik trzyma trytytka od Andów już drugi rok. Poza tym lekki luz na łożyskach korby i brak dekielka pod jedną z manetek. Nawet karton mam ten sam z którym wracałem z Muskat w Omanie może być ciekawie… ale wierzę w swój sprzęt
Wybrałem bardzo dobry parking 7km za lotniskiem V.Havla . Za 34 dni parkingu zapłaciłem tylko 1400 czeskich koron, rezerwując miejsce online. Do tego darmowe usługi transferu do i z lotniska, bez dopłaty za karton z rowerem i nawet klucze od auta przechowają https://www.air-parking.cz/ polecam. Parking na uboczu, bezpieczny, ogrodzony, monitorowany.
Odprawa na lotnisku w Pradze szybka i bezproblemowa. Niestety za rower znów musiałem zapłacić podwójnie. Osobno za lot do Stambułu i osobno do Samarkandy. Łącznie ponad 600zł mimo, że loty obsługiwane są przez jedną linię Turkish Airlines. Babka przy okienku wytłumaczyła mi, że gdybym kupił bilet poprzez stronę linii lotniczych to była by jedna opłata, ale ponieważ bilety kupiłem przez pośrednika czyli Kiwi lot jest na dwie osobne rezerwacje. Wcześniej tak nie było…. Już nawet w TA zdzierają z rowerzystów.
Przelot do Stambułu bez większych kłopotów, poza tym, że samolot był niemal pełny i miał chyba z 20 lat. Na plus posiłek na tak krótkim locie i darmowe wifi dla wszystkich pasażerów, jednak baaardzo wooolne. W Stambule miałem 4 godziny na przesiadkę, nie musiałem się martwić o rower, który miałem odebrać w końcowej destynacji w Samarkandzie. Na głównym lotnisku Stambuł Airport kołowanie trwa wieczność…. to główne lotnisko narodowego tureckiego przewoźnika. W terminalu już mocno wielokulturowo, przegląd ras i religii z całego świata.
Lot do Samarkandy nieco dłuższy. Zdecydowanie lepszy i nowszy samolot, również Boeing 738-800. W Uzbekistanie wylądowałem o 4.00 nad ranem. Udało się trochę przymknąć oko podczas lotu, miałem o co głowę oprzeć bo trafiła się miejscówka pod oknem, na samym końcu z ostatnim numerem. Od jakiegoś czasu nie wykupuje miejsc, tylko czekam na darmowe przydzielenie podczas odprawy. Różnica z czasem w Polsce do trzy godziny do przodu.
W obliczu trwającego konfliktu w Iranie i okolicach Cieśniny Ormuz celowo wybrałem dużego tureckiego przewoźnika. Renomowana linia lotnicza nie pozwoli sobie na ograniczanie lotów, jak niektóre mniejsze. Produkcja i dostawy paliw lotniczych zostały mocno zmniejszone w ostatnich miesiącach, ale Turcy mają swoją ropę.









Dzień 1, Uzbekistan- Tadżykistan, 121km
Samolot wylądował punkt 4.00 rano. Powoli już zaczynało świtać. Szybka odprawa paszportowa, nieco dłuższe oczekiwanie na rower w miejscu obioru bagażu ponadgabarytowego. Chwilę potem składałem już sprzęt obok głównego wejścia na lotnisko. O piątej rano czyli o drugiej czasu polskiego wyjechałem z lotniska.
Od lotniska jest wąska ścieżka rowerowa przy chodniku. Chwilę później jest już się w centrum miasta. Samarkanda do starożytne miasto z wielowiekową historią, perła jedwabnego szlaku, stolica Azji Środkowej w XIV wielu dzięki podbojom Amira Temura. Za pierwszy cel w Samarkandzie obrałem sobie niewielkie wzgórze z ruinami ogromnego sekstantu do obserwacji astronomicznych. Niebywale, że już w XIV wieku tutejszy Kopernik – Uług Beg obserwował gwiazdy i robił pomiary. Obserwatorium odwiedził nawet Jan Heweliusz. Dalej mijając park z wielką flagą Uzbekistanu, przejechałem wzdłuż bulwaru zaczynającego się od ogromnego monumentu Amira Temura. AT to tutejszy władca i barbarzyńca, złupił pół Azji od Kaukazu po Indie. Bulwar to długa zielona aleja. Wzdłuż bulwaru znajdują się instytucje edukacyjne, muzea, sklepy i kawiarnie Samarkandy. Przed siódmą byłem w najbardziej znanym miejscu w mieście. Registan to spory plac z trzema medresami (muzułmańskimi szkołami teologicznymi). Stanowią one serce dawnego imperium Timurydów i arcydzieła architektury islamu. Wstęp jest płatny i kosztuje około 20zł. Niestety otwarte od ósmej. Nie chciałem tracić czasu i czekać godziny, więc udałem się w kierunku granicy. Od Samarkandy aż do granicy z Tadżykistanem droga tragiczna, stary łatany i nierówny asfalt. Spory ruch samochodów i klaksonów żebym zjechał z asfaltu na szuter. Ani mi się śniło jechać po jeszcze większych dziurach. O dziewiątej miałem straszny kryzys, położyłem się na ławce w cieniu i uciąłem półgodzinną drzemkę. Wystarczyło do wieczora. Granice przekroczyłem ekspresowo. Dwa stemple, zero pytań i nawet nie musiałem skanować bagażu. Po stronie tadżyckiej asfalt już dużo lepszy. Oficjalnie to mój odwiedzony 88 kraj świata. W pierwszym większym mieście Pandżakent wybrałem gotówkę z bankomatu. Chciałem też zjeść jakiś obiad i skorzystać z wifi, ale nic nie przypadło mi do gustu i pojechałem dalej. Same kebaby i szaszłyki… Mniej więcej od południa do 15.00 bylo mi zdecydowanie za gorąco 31°C. Na wioskach dzieci bardzo przyjazne, witają się, pytają o imię i wyciągają ręce do przybicia „piątki”. Lepiej tak, niż rzucanie kamieniami jak w Etiopii. Popołudniu dojechałem do miasteczka Gusar w którym stoi hotel, niestety okazało się że jest w remoncie i po chwili przerwy na lody i uzupełnienie płynów pojechałem dalej. Następny hotel był 16km dalej w małej wiosce Dasthikazy, to bardziej rodzinny guest house niż hotel, albo jak to nazywają Home stay. Nocleg dość drogi, ale z kolacją i śniadaniem. Wifi też nie było, jednak właściciel udostępnił mi dane z telefonu. Na kolację ryż z warzywami i wołowiną, tutaj nazywają to plow. Od razu po kolacji poszedłem spać, organizm bardzo domagał się snu .







































Dzień 2, Tadżykistan, 127km
Na śniadanie z gospodarzem umówiłem się na 6.30 i dokładnie na tą godzinę było przygotowane. Jajka, chleb, domowe masło i dżem. Chwilę po 7.00 wyruszyłem w dalszą trasę. Do głównego celu dni i tunelu Szakristan miałem 80km. Od pierwszych kilometrów dość mocny wiatr z przodu, który skutecznie mnie spowalniał. W oddali coraz więcej widocznych wciąż ośnieżonych szczytów powyżej 5k aż do skrzyżowania głównych dróg w Khushikat sporo krótkich zjazdów i podjazdów na drodze w dolinie rzeki Zarafszan. Dopiero od Khushikat zaczyna się właściwy podjazd pod tunel Szakristan. Po drodze do Khushikat robiłem sporo przerw po podjazdach, muszę oszczędzać siły, to dopiero drugi dzień jazdy. Droga do tunelu prowadzi wzdłuż rzeki Khushikat, jest ona jednak znacznie mniejsza Zarafszan, będąca jej dopływem. To główna droga krajowa łącząca Duszanbe i Istarawaszan i Chodżent. Od skrzyżowania do tunelu jest 23km i 1350 metrów podjazdu. Na trasie jest 7 nawrotów, ale droga głównie biegnie dość prosto. Maksymalne nachylenie to 9%, mniej więcej do połowy podjazdu jest większa stromizna, potem im wyżej tym się wypłaszcza. Już z dołu widać jak wysoko pną się w górę samochody. Na przełęcz wdrapałem się po 4h jazdy z przerwami. Pierwsze koty za płoty… 693 przełęcz, a w zasadzie podjazd pod tunel zdobyty, z czego mój pierwszy w Tadżykistanie. Do właściwej przełęczy na ponad 3200 metrów prowadzi stara i obecnie mało uczęszczana droga górska, kamienista, nawet nie wiem czy w ogóle przejezdna. Pod przełęczą w okolicach tunelu temperatura odczuwalna spokojnie dziesięć stopni mniej niż na dole. Tunel ma ponad 5000 metrów długości i został wybudowany w latach 2006-2012 czyli dość niedawno. Do 17.00 uporałem się z dojazdem pod przełęcz, a godzinę później byłem już na rondzie w miejscu z którego startowałem. Podjechałem do miasteczka Ayni, zaspokoiłem pragnienie i zastanawiałem się co zrobić z końcówką dnia. Zajechalem nawet do hotelu przy rondzie na wylocie z miasta do Duszanbe, ale cena była wysoka, standard niski i brak wifi. Pojechałem dalej w kierunku stolicy. Prawie do zmroku zrobiłem jeszcze 20km wzdłuż rzeki Fondaryo. Dolina dość wąska i ciężko mi było znaleźć miejsce na nocleg. Same skały, blisko rzeki drogi. Dopiero trzecie miejsce wg mapy nadawało się na spanie. Nocleg w namiocie Marabut BIKO. Pierwsza noc w namiocie podczas wyprawy i od razu wieczorny deszcz. Popadało z godzinę, kilka razy zagrzmiało. Spanie na 1610 metrów n.p.m, 37km do tunelu Anzob w małym zagajniku powyżej drogi. 39.2603447N, 68.5410569E.

































Dzień 3, Tadżykistan , Duszanbe, 119km
Po wieczornej burzy noc w namiocie spokojna. Równo z budzikiem gdzieś niedaleko zaczął wyć osioł. Pakowanie sprzętu zajęło mi jakieś 20 minut. Chwilę po szóstej wyruszyłem w drogę. Po 5km dojechałem do niewielkiej osady. Parę sklepów, stacja paliw, mała restauracja. Przynajmniej kawę z proszku udało mi się wypić.ponownie dość stromy początek głównego podjazdu i łatwiejsza końcówka. Skończyły się serpentyny, droga zrobiła się prosta i nachylenie znacznie spadło. Wzdłuż drogi kilka kopalń węgla, sporo ciężarówek transporujacych węgiel w dół doliny. Na drodze trochę porozrzucanych brył węgla. Po drodze minął mnie Włoch, który od jakiegoś czasu jeździ po Pamirze, mocny był, nawet nie starałem się go gonić. To moje początki tutaj. Na 5km przed przełęczą zajechałem do przydrożnej restauracji na kawę i napój. Obsłużyła mnie 7-8 letnia dziewczynka. Dała sobie radę z wrzątkiem i nawet potrafiła liczyć. Znów robiło się gorąco i kilka razy skorzystałem z zimnej wody strumieni i sztucznych źródeł z rur. Jeszcze dobrze nie zdążyłem dojechać do tunelu, a strażnik już włączył alarm dźwiękowy i leciał w moim kierunku coś krzycząc po swojemu… oczywiście nic nie rozumiałem, ale po samych gestach wywnioskowałem że nie mogę przejechać przez tunel na rowerze. Zrobiłem parę zdjęć i czekałem ze strażnikiem na jakąś okazję podwózki. Tunel Anzob (Inkan…) leży na wysokości 2680 metrów i ma aż 5400 metrów długości. Wydrążony w 2006 roku, ale prace wykończeniowe ciągnęły się aż do 2012 roku. Na okazję czekałem prawie 40 minut. W końcu zatrzymał się jakiś kierowca busa ze zdecydowaną pomocą strażnika. Nic dziwnego, że przez tunel nie można przejechać na rowerze. Tunel oświetlony tylko przez kilkadziesiąt metrów, dalej już ciemno. Do tego nierówny asfalt, woda miejscami leje się strumieniami, na drodze mokro, wąsko jak na dwa pasy, ogromny hałas, kurz i spaliny. Nic przyjemnego. Kierowca wysadził mnie po drugiej stronie tunelu, a tam inny świat. Jak powiedział kierowca „raj na ziemi”. Przepiękna panorama gór, zielone doliny i droga prowadząca w dół. Do Duszanbe z tunelu miałem już tylko 75km zjazdu. Początkowo co chwilę zatrzymywałem się aby robić zdjęcia. Zjazd do stolicy zajął mi dwie i pół godziny. W górnej części kilka tuneli naziemnych (galerii) i jeden podziemny na jakiś kilometr, przez co musiałem skorzystać z lampek. Im bliżej Duszanbe tym więcej restauracji przy drodze, niżej też hotele i ośrodki wypoczynkowe. Chyba pora na rabarbar w Tadżykistanie, bo co chwilę przejeżdżałem obok straganów z tym warzywem. Do centrum Duszanbe wjechałem po 18.00 starając się zobaczyć kilka miejsc przed dojazdem do hotelu. Aby zablokować nocleg wszedłem do restauracji i poprosiłem o hasło do wifi. Przy okazji zrobiłem odpoczynek na lody i kawę jako nagrodę za zdobyty podjazd. Jutro dzień przerwy.







































Dzień 4, Tadżykistan, Duszanbe, 0km
Spanie do 7.00. Potem śniadanie o 8.00 przy ogromnym stole. Hotel niezbyt mi się podobał, dlatego na kolejną noc wybrałem inny. Z hotelu miałem tylko kilometr do biura paszportowego, gdzie musiałem załatwić pozwolenie na wjazd do GBAO. W biurze byłem prawie równo z jego otwarciem, 8.30. Formalności zajęły mi może 10 minut. Babka wpisala dane z paszportu w komputer, wydrukowała dane na małym blankiecie, podpisałem odbiór i zapłaciłem 10 somoni. Szybko i sprawnie. Pozwolenie dostałem tylko na 10 dni do 28 mają i nie wiem czy nie będę musiał w Chorog wykupić kolejnego lub jakoś przedłużyć. Zapewne do 28 mają muszę opuścić region GBAO na co nie mam szans. Po wizycie w biurze paszportowym wróciłem do hotelu, spakowałem się i wyjechałem w miasto trochę pozwiedzać. Pojeździłem głównie w okolicach Parku Rurami, to chyba najbardziej reprezentacyjna część miasta. Duszanbe nie jest bardzo dużym miastem, od wjazdu do wyjazdu można je przejechać w godzinę na rowerze. W sumie też poruszałem się tylko prawostronną częścią miasta. W mieście kilka dużych parków, fontanny, bardzo zielono, ogrom kwiatów, liczne pomniki. Sporo też elektrycznych samochodów, rozstrzał od starych ład do najnowsze G wagony. Popołudnie już w hotelu i znacznie lepszym standardzie i 16 stopni w pokoju dzięki AC. Wieczorem wyszedłem tylko na kolację do koreańskiej knajpki na kurczaka z ryżem. Po Szymkent, Taszkent, Manangan Biszkek i Ałmatach w zeszłym roku, teraz odwiedziłem Duszanbe, a przede mną jeszcze Osz. Nazbierało mi się już tych postsowieckich miast z regionie. Bardzo mi się tutaj podobają ceny. 10 somoni to około 3.35zł. Tyle kosztuje paliwo 92 i 95, kawa, lody. Ogólnie wszystko znacznie tańsze.






















































Dzień 5, Tadżykistan, 139km
Po wczorajszym odpoczynku, dziś znów w trasie. Wraz z opuszczeniem Duszanbe zaczyna się słynna trasa pamirska. W hotelu punkt 7.00 zjadłem dobre, urozmaicone śniadanie i chciałem jak najszybciej opuścić miasto. Jak na złość głównymi ulicami miała przejechać jakaś kolumna państwowa. Co kilkanaście metrów policjant na drodze, wszystkie drogi boczne zamknięte. Piesi tylko chodnikiem mogli się poruszać, a ja razem z nimi. Chwilę po przejeździe kolumny wszystko wróciło do normy. Na rogatkach miasta znów spora kontrola policyjna kierowców, mnie policjanci tylko pozdrawiają i kibicują. Nie podoba mi się jazda kierowców, za dużo wolnej amerykanki, wyprzedzania na siłę i rajdów przez miasto ponad 100km/h. I te ich ciągle trąbienie… rozróżniam już trzy rodzaje klaksonów: uwaga nadjeżdżam, zjedź mi z drogi i cześć, witam w Tadżykistanie.
Drugie czego nie lubię to śmieci… spore dzikie wysypiska, mniejsze porozrzucane wzdłuż dróg, na zboczach gór i przy brzegach rzek, a także wieczorne lub poranne palenie śmieci, swąt plastiku na całą okolicę. Nie jest tak czysto jak w Kazachstanie. Psów mało, a jak są to grzeczne. Od początku dnia wiatr z przodu, a nad górami od południa zaczęły się kłębić chmury burzowe. Po wieczornej burzy dziś i tak było dużo chłodniej. Zdecydowanie wodę niższe temperatury, nawet kosztem wolniejszej jazdy pod wiatr, lepsze to niż gotowanie się jak w piekarniku. Nie wyobrażam sobie teraz jechać w 46°C jak w Nevadzie, 44 w Etiopii czy 42 w Indiach. Sam nie wiem jak ja kiedyś mogłem jechać w takich warunkach. W połowie dnia zatrzymałem się na jednej ze stacji aby kupić wodę (tutaj ceny ze zwykłymi sklepami są porównywalne, nie ma przebitek x2 czy x3 w cenach). W końcu trafiłem na sprawny ekspres i mogłem się napić kawy. Młody sprzedawca bez wahania podzielił się wifi z telefonu. Kilka godzin jechałem z widokiem na czterotysiecznik Javdara. Piękny szczyt wywyższający się nad okolicą. W wiosce Misibos wierzchołek przełęczy na prawie 1800 metrów n.p.m. Potem na zjeździe przed kolejnym podjazdem przerwa na obiad. Z zewnątrz restauracja oferowała szerokie menu, a w środku tylko jedno danie. Sucha bułka, sałatka owocowa i baranina. Dobrze że mięso było dobre, miękkie i mam nadzieję nie zepsute. Smakowało, chociaż nie wyglądało. 100km zrobiłem do 16.00. W okolicy miasta Roghun ponowny podjazd do tunelu, tym razem trochę wyżej i 15km podjazdu. Dopiero po kilku kilometrach kapnąłem się, że zjechałem z traktu pakirskiego. Droga prowadząca przez tunele to nowy odcinek, wybudowany niedawno. Drogi na mapach Google nawet nie widać, na mapach com wszystko ładnie zaktualizowane. Do wieczora przejechałem dwa tunele. Droga zrobiła się pofalowana, raz w górę raz w dół ze sporymi nachyleniami. Nocleg w namiocie za miasteczkiem Sadoqat. Dobrze, że udało mi się kupić wodę w małym kiosku. Namiot rozłożyłem tuż przed tunelem Istiklol. To najdłuższy z trzech tuneli na tej nowej drodze. Dawno nie miałem takiego luksusu jak długi dzień. Jazdę mogę zacząć już o 5.00 równo ze wschodem i jechać do 19.30 aż zacznie się ściemniać. Dalej w górach pewnie będę jechać też po zmroku, lubię takie wieczorne końcówki dnia. Mam też to szczęście jechać głównie na wschód, więc od południa słońce mam z tyłu i tym razem spalony nos mi nie grozi.







































napisz coś od siebie