Dzień 6, Tadżykistan, 97 km
Na dzień dobry czekał mnie przejazd przed tunel, 2600 metrów z lekkim spadkiem. Potem znów interwały, aż do zjazdu z głównej drogi. Co ciekawe na nowej drodze już sporo odcinków w remoncie, chyba nie postarali się podczas budowy nowej drogi … W końcu po tym jak minąłem wioskę Komsomalabad zjechałem ponownie na trakt pamirski i dolinę rzeki Waksz. Dalej miałem 10km do skrzyżowania dróg koło miasta Darband. Na skrzyżowaniu punkt kontrolny, musiałem okazać paszport i pozwolenie na wjazd do Gbao. Policjant chciał jeszcze kopię, to musiałem iść do budynku posterunku kawałek wyżej i zrobić ksero. Od skrzyżowania w kierunku miasta Tavildara droga znacznie gorszej jakości, stary asfalt, dziury, długie męczące kamieniste odcinki, a ruch samochodowy znikomy. Pierwsze 20km wymagające. Do miasteczka Tavildara 1000 metrów w górę od skrzyżowania. Na drodze kilamrazy utknąłem za ogromnymi stadami kóz i owiec, musiałem się długo przez nie przeciskać. Wzdłuż drogi kilka źródełek co pomagało się schodzić. Do miasteczka Tavildara dociągnąłem się na chwilę przed 20.00. Dobrze że ostatnie kilometry przed miastem były już względnie płaskie. Przy moście na wjeździe do miasta kolejna kontrola paszportu i przepustki. W Tavildara szybka kolacja (Plow i herbata), zakupy i wynajem pokoju hotelowego – wszystko w jednym budynku. Udało mi się nawet wytargować 50 somoni na 150 za nocleg. Budynek w remoncie, pokój na 4 piętrze, brak wifi, ręcznika, mydła, papieru. Najbardziej przeszkadzał brak wifi, a reszta to dobre argumenty na obniżenie ceny noclegu. Do kolejnego miasteczka mam 20km, do przełęczy Tavildara 46km, a do zjazdu w dolinę rzeki Pandż 80km. Tuż przed miastem Tavildara w poprzek drogi przebiega granica pomiędzy Tadżykistanen Zachodnim i Górno-Badachszańskim Obwodem Autonomicznym (Gbao). Patrząc po mapie to przez 5 dni przejechałem połowę Tadżykistanu.















Dzień 7, Tadżykistan, 87km
Od rana niespodzianka, deszcz, a jak wiadomo w deszczu na przełęcz powyżej 3000 metrów n.p.m się nie wjeżdża. Na szczęście do ósmej przestało padać na tyle że zaryzykowałem przejazd do kolejnego miasteczka. Przez kolejne kilka godzin było pochmurno, mokro, straszyło deszczem i było dużo chłodniej niż wczoraj, ale już nie padało. Z każdą godziną przez chmury przebijało się słońce, aż zrobiło się naprawdę przyjemnie. Na jednym ze skrzyżowań nie spojrzałem w mapę i niepotrzebnie przejechałem 3.5km, potem musiałem się wracać na właściwą drogę. Od skrętu w dolinę rzeki Sariob i wioski Qalai Huseyn na 1850 metrów n.p.m zaczyna się właściwy podjazd na przełęcz. W wiosce zrobiłem dłuższą przerwę, zjadłem śniadanie i zrobiłem zapas wody. Odtąd już jest głównie pod górę. Kilka kilometrów jedzie jedzie się wzdłuż wezbranej i hałaśliwej rzeki, a nad głową pną się ogromne skalne ściany. Dalej aż do przełęczy droga trawersuje po zboczach. Mija się jeszcze dwie wioski i charakterystyczny schron górski. Wyżej pogoda bardzo niepewna, zmienna, kilka razy pokropiło, na chwilę wyszło słońce. Powyżej 2800 metrów wciąż sporo zalegającego śniegu w płatach. Droga szutrowa, o dziwo lepsza niż odcinek do miasta Tavildara wczoraj, cześć drogi nawet ostatnio była wyrównana, co było widać. Ruch samochodowy żaden, przez pół dnia minęło mnie kilka aut i motorów. Po obu stronach przełęczy zauważyłem charakterystyczne dlugoogoniaste rude świstaki pamirskie, ale były zbyt płochliwe i nie miałem szans na zrobienie dobrego zdjęcia. Przełęcz Tavildara (Aghbai Khaburabot) ma wysokość 3258 metrów n.p.m. Na przełęczy tylko mała wiata przystankowa i jakieś ruiny budynków sto metrów dalej. Miałem sporo szczęścia z pogodą, w oddali czaiły się chmury deszczowe, a nawet przez chwilę z nieba sypały się lodowe kulki. Zjazd z przełęczy do drugiej stronie bardziej stromy, jedzie się głównie wąskimi wąwozami blisko rzek. Im niżej tym więcej asfaltowych odcinków, a przez miasteczkiem Kalaikhum (Darvoz) całkiem przyjemna droga. Przed wieczorem udało mi się dojechać do miasteczka. Nocleg w hostelu za 100 somoni. Przed spaniem jeszcze spacer Kalaikhum i kolacja. Miasteczko Kalaikhum (Darvoz) leży w dolinie rzeki Pandż, a za rzeką Afganistan. Jutro etap wzdłuż rzeki Pandż i granicy w Afganistanem.


















Dzień 8, Tadżykistan, 127km
Całą noc solidnie lało, a wraz nowym dniem pięknie się wypogodziło. Na wiosce nie było prądu i nici z napisania nowego posta. Wydawało mi się, że przede mną trzy luźniejsze dni przed wjazdem w góry wysokie Pamiru. Jednak wieczorem odczuwałem podobne zmęczenie jak po wczorajszej przełęczy, mimo łatwiejszej trasy. Z miasta Kalaikhum (Darvoz) do stolicy Gbao czyli Chorog( Khorog) jest około 240km, które chciałem przejechać w dwa dni. Wiedziałem, że na tym odcinku droga wygląda lepiej aniżeli wczoraj i przedwczoraj. W Chorog planowałem odpocząć dzień i przy okazji przedłużyć przepustkę w Gbao o kolejne 10 dni, tak abym spokojnie mógł dojechać do granicy z Kirgistanem. Tylko że jak spojrzałem w kalendarz to w Chorog będę w niedzielę, z wtedy biuro przepustek jest zamknięte, więc chyba czeka mnie też wolny podróże poniedziałek. Cóż będę musiał odpuścić jakiś cel bliżej Kazachstanu… Cały dzień jazdy wzdłuż rzeki Pandż i granicy z Afganistanem. Pandż to jedna z głównych rzek Azji Środkowej, a Afganistan chętnie zwiedzę pod kątem zdobywanie na rowerze najwyższych przełęczy drogowych kraju, ale sytuacja polityczna na obecną chwilę bardzo nie zachęca po podróży tam.
Wzdłuż drogi sporo żołnierzy, patrole piesze, wozy opancerzone, wojskowe punkty kontrolne, bazy wojskowe, itp. Wojsko wciąż dobudowuje kolejne przęsła ogrodzenia pomiędzy drogą i rzeką Pandż. Wzdłuż sporej części drogi ogrodzenie na betonowych słupach z przęsłami i drutem żyletkowym. Na trasie dwa długie tunele. 3400 i 2000 metrów. Pierwszy dłuższy tunel byl zamknięty, podobno całą droga była zamknięta kilka dni temu że względnie na solidne opady i osuwiska. Zresztą co jakiś czas wciąż na drodze mijałem przeszkody, ogromne skały lub osuwiska skalne pospiesznie usuwane przez ciężki sprzęt. Podobnie jak ciężarówki musiałem grzać naokoło starą drogą zamiast skrócić drogę przez tunel. Droga i tak kilka godzin była nieprzejezdna ponieważ jedna z ciężarówkek popsuła się w wąskim gardle drogi i sporą część dnia jechałem sam.
Po stronie afgańskiej widać niewielkie wojskowe namioty i punkty obserwacyjne. Po stronie tadżyckiej piękna nowa, szeroka droga asfaltowa od miasteczka Kalaikhum tak mniej więcej to setnego kilometra w kierunku Chorog, dalej już raczej stara droga bardziej przypominająca odcinki z przedwczoraj, kamienie, dziury, wyboje… Po stronie afgańskiej tylko wąska szutrowa nitka. Z tych 100km dobrej drogi i tak trzeba odjąć odcinki w remoncie, uszkodzone przez osuwiska skalne i kawałki których nie ma sensu remontować, jak wąskie przesmyki blisko rzeki. Udało mi się przejechać przez drugi, krótszy tunel, zaoszczędziłem przez to kilka kilometrów. Dostałem nawet maseczkę od strażnika żebym nie musiał zdychać pyłu w tunelu. Co kilka, kilkanaście kilometrów jakaś wioska na trasie, mały sklep lub restauracja. Nie musiałem dźwigać zapasów. Pod wieczór zacząłem się już rozglądać za miejscem na namiot, ale w wiosce Kalot wyrósł mi przed oczami sporu zajazd dla ciężarówek i hotel Kalot. Nocleg za 200 somoni w dobrych warunkach. Dobry dzień ponieważ zrobiłem większą część trasy i większość przewyższenia z początku doliny. Do Chorog już tylko 108km i 700 metrów w górę.












Dzień 9, Tadżykistan, 109km
Drugi i ostatni dzień jazdy doliną rzeki Pandż, wzdłuż granicy z Afganistanem. Droga z Kalot do Chorog w większości kiepska, szuter, kamienie, dziury, resztki asfaltu. Liczyłem na lepszą nawierzchnię bliżej Chorog, niestety dobry asfalt zaczął się zaledwie kilkanaście kilometrów przed miastem. Im bliżej stolicy Gbao tym więcej wiosek, lepszych hoteli, restauracji. Kilka dni temu na trasie wyprzedził mnie Włoch. a dziś udało mi się wyprzedzić młodego Niemca. Miał zdecydowanie za dużo sprzętu i za ciężki rower. Po 44km dotarłem do miasteczka Vamar, dość spore. Tutaj w restauracji zjadłem dobre śniadanie, było też otwarte wifi blisko mostu, więc w końcu udało się połączyć ze światem.
Nachylenie drogi niewielkie, co było też widać do rzece. Ta się uspokoiła, zaczęła płynąć spokojnie, bez hałasu. Do Chorog dojechałem około 17.00. Szybkie zakupy i wieczorny odpoczynek w hotelu. Jutro dzień przerwy na regenerację. Chorog leży na wysokości powyżej 2000 metrów n.p.m. dlatego po dwóch dniach walki z drogą i podjazdem około 1800 metrów w górę na dystansie 240km spokojnie mogę sobie zaliczyć ten odcinek jako podjazd.






Dzień 10, Tadżykistan, Chorog, 0km
Odpoczynek, dzień bez jazdy, regeneracja. Przed dalszą jazdą po najwyższej cześć Gbao i Pamiru trzeba dać odpocząć mięśniom. Następny odpoczynek dopiero w Osz w Kirgistanie. Musiałem zadbać o rower, przede wszystkim go umyć, przejrzeć i doprowadzić napęd do używalności. Po szutrowych i mokrych odcinkach cały napęd był w błocie i hałasował. Mój stalowy Author Ronin lubi szutry, a taki rodzaj nawierzchni czeka mnie przez najlepszy tydzień. W łożyskach korby mam już 2mm luzu, musiałem poprawić mocowanie pękniętego bagażnika mocniejszą trytytką i lekko przesunąć sakwy Extrawheel Biker do tyłu. Zbyt często kopię w tylne sakwy. Fakt, że to zmienia lekko środek ciężkości i ma negatywny wpływ na pęknięty bagażnik, ale najwyżej pęknie wyżej na kolejnym spawie. Jutro o tak muszę ogarnąć gdzieś w warsztacie kilka trytytek bo mi się skończyły, jednej brakuje do przymocowania pancerzy do ramy i kilka dobrze mieć w zapasie. Napęd wyczyszczony i nasmarowany, dętki trzymają ciśnienie, innych luzów poza łożyskami korby nie znalazłem, można grzać dalej.
Popołudniu zaczęło padać, a organizm domagał się drzemki. Do tej pory mam szczęście z pogodą, oby tak dalej. 1/3 wyprawy za mną. Przed wieczorem spacer po głównej ulicy Khorog, szukałem otwartej restauracji, ale w niedzielę chyba wszystkie zamknięte. Na kolację kanapki z serem, kiełbasą, pomidorem i ogórkiem. W hotelu rodzinnym mam kuchnie do dyspozycji, jest kawa, kupiłem mleko i wypiłem chyba z pięć przez cały dzień.
Khorog to w sumie niewielkie miasteczko otoczone wysokimi górami. Leży dość wysoko, na 2100 metrów n.p.m. Z każdej strony widać jakiś cztero lub pięciotysiecznik. Miasteczko przedziela na pół rzeka Ghunt. Sporo tu hoteli, ale turystów to nie widziałem żadnych. Wczoraj i dziś w hotelach tej byłem jedynym gościem. Chyba nie sezon na turystów. Kolejny cel za 150km, miasteczko Murghab za 300km, a granica z Kirgistanem za 500km Dwa razy jednak muszę zjechać z głównej drogi na przełęcze Khargush i Qulma.
















napisz coś od siebie