Pierwszy start po chorobie i sukces!

W zeszłym roku w Łukowie po maratonie były rozgrywane starty bikejoringowe, na krótkiej ok. 3 km, widowiskowej trasie. Wtedy w bikejoringu zająłem drugie miejsce, natomiast w maratonie na dystansie mini byłem pierwszy!

Kiedy biorę torbę i rower Zoja – mój pies wie, że jadę na zawody. Staje przy drzwiach domu, macha radośnie ogonem, a gdy je otwieram, biegnie do auta i na zmianę patrzy na mnie i na auto. Zupełnie jakby chciała powiedzieć: jadę z Tobą. W aucie mam swoje miejsce, więc nie zapomnij o mnie.

Jednak tym razem Zoja zostaje w domu.Tym razem jadę sam.

W tym roku wystartowałem na dystansie max, który liczył 51 km. Był to dla mnie też pierwszy prawdziwie upalny wyścig w tym roku. W tak wysokiej temperaturze kluczowe jest dobre nawodnienie organizmu, dlatego często sięgam po mój bidon SKS z płynem izotonicznym. Dużo piję zarówno przed startem, jak i w czasie wyścigu. W tak wysokiej temperaturze równie ważne jest dobre chłodzenie głowy. Gdy głowa zostanie przegrzana, nasz organizm odmówi współpracy i po wyścigu. Mój kask MET Sine Thesis ma najlepszą wentylację ze wszystkich kasków jakie miałem, dlatego spokojnie czekam na start.

W czasie ostatnich minut przed startem konferansjer zawodów – znany dziennikarz Bogdan Saternus –  tak podkręca atmosferę, wyzwala takie emocje, że startuję prawie tak mocno jak w bikejoringu. Po chwili okazuje się, że jadę sam. Odwracam się i widzę następnych zawodników kilkadziesiąt metrów za mną. Rozpędzić mój rower do prędkości 40-45 km/h nie jest problemem, ciężej samemu potem utrzymać tę prędkość przez dłuższy czas. Jadę szybko ale spokojnie, wiedząc, że przede mną jeszcze wiele kilometrów. Dopiero po jakimś czasie dochodzi mnie pierwsza grupka, schodzę na dalsze pozycje i odpoczywam. Po paru minutach jestem już dobrze rozgrzany i odzyskałem świeżość po starcie. Skaczę do przodu chcąc podkręcić tempo grupy, niestety pilot wyścigu jadący autem za późno zauważa mój manewr i zanim on przyspieszył, ja muszę wyhamować, by w niego nie wjechać. Niedługo potem skacze na piaszczystym podjeździe Daniel Pepla, dojeżdża do niego Rękawek i Roszkowski. Ja po chwili decyduję się ich puścić, bo wiem, że nie utrzymam ich tempa do mety. Zaraz dojeżdżają do mnie Ernest Kurowski i Artur Mioduszewski, a po paru minutach także Mariusz Kowal, który daje baaaardzo mocną zmianę. Jednak po około 2 km łapie gumę i znowu zostajemy we trzech. Na początku nie daję zmian, jadę na kole. Ernest i Artur jadą za mocno dla mnie. Jednak po pewnym czasie łapię oddech i na tyle, ile mogę, daję zmiany. Udało nam się odjechać sporej, 10-osobowej grupie, która próbowała nas dojść i tak we trzech przejechaliśmy prawie cały wyścig. Na około 3 km przed metą okazało się, że następna grupa nas dochodzi. Umawiamy się, że każdy z naszej trójki uczciwie pracuje na zmianie, by nas nie doszli. Przed samą metą każdy z nas finiszuje. Wpadam trzeci z mojej grupki, ale nie dajemy się dojść goniącej nas grupie! :)


Fot. Liga MTB

Jestem 6 w open i 3 w M2. Jest pudło! :-)

Po wyścigu korzystam z zapewnionego przez organizatora masażu. Rozluźniony po masowaniu czekam na dekorację i myślę sobie: bardzo udany dzień. Tym bardziej, że był to mój pierwszy wyścig po chorobie. Zawsze pierwszy wyścig po chorobie jest zagadką, liczyłem na drugą dziesiątkę, a stanąłem na podium :)

Dodaj komentarz przez Facebook

komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *