Z.Krzeszowiec: Trzeba kręcić i myśleć jak kręcić – cz.2

W drugiej części wywiadu ze Zbigniewem Krzeszowcem pytamy między innymi o różnice w dzisiejszym kolarstwie i tym sprzed lat oraz o to, jak to jest z wygrywaniem kolejnych wyścigów. Jeśli pominąłeś pierwszą część naszej rozmowy, znajdziesz ją tutaj.

Blog Rowerowy: Podobno wygrał pan w czasie swojej kariery 77 wyścigów, teraz po jej wznowieniu znacznie więcej, już tych amatorskich. Czy kiedy zaczyna się wygrywać to każde zwycięstwo cieszy tak samo czy to już kwestia przyzwyczajenia?

Zbigniew Krzeszowiec: Na pewno każde zwycięstwo cieszy. Oczywiście nie porównuję swoich wyścigów, kiedy startowałem w profesjonalnym peletonie, takich jak Dookoła Polski czy imprez zagranicznych do tych, które jeżdżę obecnie. Jasne, że bywało naprawdę ciężko, ale wygrywanie to wielka frajda.

A które momenty w zawodowej karierze uważa pan za najważniejsze dla siebie?

Myślę, że cztery przejechane Wyścigi Pokoju i trzy wygrane w nich etapy. Na pewno dwa wyjazdy na mistrzostwa świata. Szczególnie wspominam też wygrany wyścig Dookoła Algierii – zagraniczne starty były zawsze fajnym przeżyciem, a jeśli jeszcze można było stanąć na najwyższym stopniu podium…

Zawodowo ścigał się pan na szosie, teraz też w MTB i przełajach. Do której formy kolarstwa ostatecznie jest panu najbliżej? Co sprawia największą frajdę?

Wszystko! (śmiech) Jak zaczynałem kolarstwo to bardzo lubiłem przełaje, bardzo mnie one pociągały. Ścigałem się w nich do momentu, w którym nastąpiła specjalizacja, podział na zawodników typowo przygotowujących się pod przełaje. Zostałem przy szosie. Teraz przełaj jest dla mnie doskonałym przygotowaniem do sezonu. W terenie zawsze dużo się dzieje, trzeba szybko reagować i być elastycznym na rowerze. To później procentuje na szosie, bo podobnie jest w peletonie, gdzie nie można bać się innych zawodników jadących obok.

458C0217 gazeta

A jeżeli chodzi o MTB – kiedy zaczynał pan karierę, ten sport praktycznie nie istaniał. Skąd później pana przeskok na rower górski?

Moja przygoda z MTB zaczęła się w 1995 roku, kiedy kupiłem rower górski. Były pierwsze starty, ale tak naprawdę dopiero kiedy przeszedłem na emeryturę, zacząłem mieć więcej czasu na treningi i zaczęły przychodzić większe wyniki z tego okresu mojego ścigania.

Pana syn, Artur, również poszedł w pana ślady, został kolarzem i sięgnął nawet po wicemistrzostwo Polski na szosie. Zachęcał go pan, by wybrał właśnie kolarstwo?

Z mojej strony nie było wielkiego nacisku, że musi być kolarzem. Zdecydowanie wolałem, żeby miał wolny wybór tego, co chce robić. Pewnie nawet gdybym nie wiem jak mocno naciskał, a on by nie chciał, nie zostałby dobrym zawodnikiem. Jeżeli potrzebował, byłem obecny, żeby podpowiedzieć jeśli chodzi o sprzęt czy inne kwestie związane z tym sportem. Ale mój syn już w pierwszym roku trafił pod oko znakomitego trenera Karola Madaja, który był jeszcze szkoleniowcem na moich zgrupowaniach w okresie, kiedy to ja się ścigałem. Miałem pewność, że jest w dobrych rękach.

A obecnie interesuje się pan kolarstwem, śledzi pan wyścigi?

Powiem więcej, nie wyobrażam sobie, żebym nie mógł oglądać transmisji z Giro d’Italia czy Tour de France! Nie interesują mnie inny dyscypliny, tylko właśnie kolarstwo. Czasem to jest problematyczne. Jeśli z jakiegoś powodu nie zdołam zrobić treningu do południa, jak zwykle, i zostaje mi on na popołudnie, a wtedy leci też któryś z wyścigów… to co wybrać? To też jest chyba wyraz tego zapału do kolarstwa, który wciąż głęboko we mnie siedzi.

Kiedy obserwuje pan obecnie wyścigi, widzi pan sukcesy polskich kolarzy, porównuje pan swoje czasy w peletonie do tych dzisiejszych?

Ogromnie cieszą mnie te sukcesy Polaków. To znakomite, że wyrastają w Polsce kolarze, którzy nie boją się konfrontacji. Kiedy to ja się ścigałem, mieliśmy zupełnie inne możliwości. Trzeba podkreślić, że jeździliśmy jako amatorzy, a do zagranicznych zawodoców było nam daleko. W amatorskim peletonie wygrywaliśmy praktycznie wszystko. Raz stworzono nam okazję do sprawdzenia swoich sił z całym zagranicznym zawodowym peletonem. Startowaliśmy w Paryż-Nicea, razem z takimi nazwiskami jak Eddy Mercx. Muszę się pochwalić, że na jednym z etapów, gdzie odjechała 10-osobowa grupka, ścigałem się z Mercxem o 11. miejsce. Oczywiście przegrałem. Ale to była dla nas poważna próba zmierzenia się z prawdziwymi zawodowcami i doskonałe doświadczenie.

458C9530panorama

A porównując sprzęt – wtedy i dziś?

To jest przepaść. Przerzutka została przerzutką, rama też jest ramą… Ale patrząc na wykonanie czy na materiały, jakich teraz się używa, różnica jest ogromna. Do dzisiaj mam rower, na którym ścigałem się do 1980 roku. Stoi na honorowym miejscu i jeśli przyrównam go do mojej obecnej szosówki Authora to postęp jest niesamowity…

Można powiedzieć, że teraz sprzęt trochę ułatwia jazdę?

Zdecydowanie tak. Chociaż jak czasem śmiejemy się w kolarskim towarzystwie, mówi się, że rower sam nie pojedzie. Trzeba mieć też głowę i nogi, trzeba kręcić i myśleć jak kręcić.

Dziękujemy za rozmowę i życzymy, żeby nogi dalej kręciły po kolejne sukcesy.

Dziękuję bardzo!

Dodaj komentarz przez Facebook

komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *