Pętla Beskidzka

Pętla Beskidzka od zawsze należała do moich ulubionych wyścigów. Prawdziwe górskie ściganie, przepiękne beskidzkie widoki i walka z samym sobą. Po udanych starcie w Pucharze Równicy, aspiracje na dobry wynik podczas tegorocznej Pętli były bardzo wysokie. Jednak upalna pogoda, wymagająca trasa i mocna obsada miały pokrzyżować moje ambitne plany. Jak poszło? Zapraszam na relacje.

Wyjazd na MTB Trophy, jako suport dla teamu DSR-Author przystopował trochę moje treningi. Jednak te 5 dni spędzone na łonie natury, bez konieczności wsiadania na rower, bardzo dobrze mi zrobiły. Każdy potrzebuje czasem przerwy od treningowej rutyny i lekkiego odetchnięcia dla zmęczonego startami organizmu. Po powrocie na siodełko do przygotowania się na istebniański wyścig miałem jeszcze 2 tygodnie, które pomimo niesprzyjającej pogody udało mi się dosyć dobrze przepracować. Skupiłem się głównie na mocnej jeździe w rytmie i długich statycznych podjazdach, w treningu których pomógł mi mój wysłużony trenażer Tacxa.

Podczas tegorocznej Pętli do wyboru były 2 dystanse: 100km i 160km. Biorąc pod uwagę prognozy pogody, profil trasy, a także mój poziom wytrenowania, zdecydowałem się na krótszy z nich. Zaplanowany na 11.00 start, dawał możliwość wstania o normalnej porze i dojazdu jeszcze tego samego dnia. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie korek, spowodowany leżącą w rowie ciężarówką co spowodowało, że w biurze zawodów pojawiłem na  jedynie 30min przed planowanym startem. Na odbiór numeru, przebranie się i przygotowanie roweru pozostawało niewiele czasu, jednak udało mi się zdążyć ze wszystkim, przed końcowym odliczaniem. Całe szczęście, że jako członek teamu Dobre Sklepy Rowerowe – Author Fanclub, miałem prawo do startu w pierwszej linii, gdyż inaczej musiałby się ustawić w samym ogonie ponad 200 osób czekających od prawie 20 minut na start.

Na trasę wyruszyliśmy punktualnie o 11.00. Mój plan był bardzo prosty. Przetrzymać pierwsze 3 górki w głównej grupie, żeby potem wraz z nią dojechać do finałowego podjazdu pod Kamesznicę. Plan bardzo ambitny, jednak już pierwsza górka w dużej mierze poddała go weryfikacji.

Wprawdzie podjazd pod Stecówkę udało mi się ukończyć w pierwszej grupie, to już wiedziałem, że dalej lekko nie będzie. Tempo było dla mnie trochę za mocne, więc szybko zadecydowałem, że postaram się jeszcze utrzymać z czołówką na podjeździe pod Kubalonkę, jednak nie za wszelką cenę. Kiedy po pierwszych km podjazdu stało się jasne, że tego planu nie uda mi się zrealizować, odpuściłem i kontynuowałem wspinaczkę we własnym  tempie.

Dystansu do mety było jeszcze sporo, a ja nie chciałem  dalszej jazdy pokonywać wycieńczony w tempie wycieczkowym. Na szczyt Kubalonki dotarłem w kilkuosobowej grupce, która również nie wytrzymała wysokiego tempa pierwszych zawodników. Pozostawał zjazd do Wisły i podjazd na Salmopol, którego stopień nachylenia odpowiadał mi dużo bardziej. Jakość asfaltu na zjeździe z Kubalonki do Wisły pozwalała na rozwijanie dużych prędkości. Przy moich skromnych 60-70km/h zastanawiałem się w jaki sposób kolarze podczas Tour de Pologne, byli w stanie osiągać tam prędkości ponad 30km/h wyższe.  Mi życie było miłe, więc starałem się raczej uważać i przez to dogoniło mnie jeszcze kilka osób. Oczywiście zbytnio mnie to nie zdziwiło i cała sytuacja była mi nawet na rękę. Jeśli mieliśmy gonić, to większa liczba osób, była do tego celu bardziej przydatna.

Przejazd przez Wisłę i dojazd do konkretniejszej części podjazdu, pozwolił nam na dogonienie czołówki tuż za skocznią narciarską w Wiśle Malince.  Ja do samej sprawy podchodziłem trochę sceptycznie, gdyż dojazd ten kosztował sporo sił, a przed nami rozpościerał się jeszcze sam podjazd. Dlatego nie było zaskoczenia, kiedy niedługo potem wraz z kilkoma innymi zawodnikami  ponownie odpadłem od pierwszej grupy. Pozostawał pojazd we własnym tempie i przyznam się szczerze, że udawało mi się to całkiem nieźle.

Na szczycie napełnianie bidonów (w tym mojego olbrzymiego SKS 750ml, który tego dnia okazał się zbawienny) i zjazd do Szczyrku, na którym do mojej grupki dojechało jeszcze kilka osób.  Gdy do ponownej gonitwy towarzyszom zabrakło ochoty, sam postanowiłem nadawać umiarkowane tempo.

Najbliższe 40km zapowiadało się relatywnie płasko, więc pojawiło się też małe rozprężenie. Każdy myślał już też o końcowym podjeździe, na którym nachylenie miało sięgać nawet 30%. Ja ochoczo cykałem zdjęcia, oszczędzałem siły i wdawałem się w krótkie pogawędki. Dobrze wiedziałem kto spośród moich towarzyszy radzi sobie dobrze w podjeżdżaniu pod górę, wiec szarpanie tempa nie miało większego sensu. Na kolejnym bufecie ponownie napełniłem moje bidony SKS`a, które w ten upalny dzień były moim wybawieniem.

Po około 70km trasy dogoniliśmy kolejne osoby, które odpadły z czołówki.  Mocne tempo i upał zbierał żniwa, wiec w duchu podziękowałem sobie, że odpuściłem w odpowiednim momencie. Do mety pozostawały  jeszcze 2 górki (Kotelnica, Laliki) i finałowy podjazd w Kamesznicy, którego wszyscy (głównie ze względu na odpowiednie przełożenia, a raczej ich brak) obawiali się najbardziej.

Ja pamiętam go jeszcze sprzed 2lat, kiedy po prawie 5h jazdy (wtedy startowałem na dystansie 160km), również pozostawiono nam go na deser. 2km ścianka o nachyleniu sięgającym 20-30% pokonała wtedy niejednego. Widok ludzi wchodzących na piechotę i prowadzących rower przy boku nie był niczym wyjątkowym. Nie inaczej było tym razem.  Ja podszedłem do sprawy ambitnie i postanowiłem, że przejadę cały odcinek w korbach i niezależnie od prędkości nie zejdę z roweru. Po mojej stronie była oczywiście siłowa jazda, której nigdy nie odpuszczam sobie zimą.

Mimo gorąca i kibiców zachęcających do podejścia na piechotę, udało mi się dotrzeć na szczyt. Słyszałem potem legendy o ludziach, którym gorący i topiący się asfalt rozpuścił bloki w butach uniemożliwiając im ponowne wpięcie się w pedały w okolicach mety…..

Podsumowanie

Trudno mi jednoznacznie ocenić start podczas tegorocznej Pętli. Z jednej strony po starcie w Ustroniu aspiracje były bardzo wysokie. Z drugiej, z roku na rok poziom istebniańskiego wyścigu podnosi się coraz bardziej, a na kolejnych edycjach pojawiają się również znani zawodnicy.  Te 2 czynniki pozwoliły na zweryfikowanie mojej formy i miejsca w amatorskim szosowym peletonie. Biorąc jednak pod uwagę pogodę, moją przerwę w startach i samą trudność trasy jestem zadowolony z osiągniętego wyniku (8 miejsce Open) i mam nadzieję, że uda mi się pojawić na beskidzkich trasach także za rok.

Dodaj komentarz przez Facebook

komentarzy

2 comments on “Pętla Beskidzka

  1. Tomek 13 lipca 2011 at 10:55

    „legendy o ludziach, którym gorący i topiący się asfalt rozpuścił bloki w butach” – asfalt jak kwas Obcego! :P

    Niby można się domyślić, że chodzi raczej o roztopiony asfalt zapychający bloki, ale wypadałoby napisać relację po polsku, nie? ;)

  2. Maciek 13 lipca 2011 at 12:42

    Hehe, oczywiście masz racje:) Temperatura mięknienia PP, z którego przypuszczalnie zrobione są bloki w butach to 165*C, a asfalt tyle na pewno nie miał:P pomyślałem jednak, że takie stwierdzenie nada trochę więcej dramatyzmu:D

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *